Wyprawa na Wschód

Mariusz Kłobucki

Bez precyzyjnego planu, z zamiarem pytania lokalsów o fajne miejsca, bez ciśnienia na zaliczenie wszystkiego. Chcieliśmy przeżyć przygodę, być blisko przyrody i poznać siebie. I jeszcze żyć przez chwilę trochę bardziej minimalistycznie, po staremu, bez smartfonów GPS-a i innych zbędnych współczesnych wynalazków.

Pojechaliśmy na wschód od Poznania, najdalej jak się da, na zachodni brzeg Buga. Zaczęliśmy od magicznego Siedliska Sobibór, i od razu weszliśmy w tryb slow motion. Przemiła gospodyni Ewa urządziła cudne miejsce o niezwykłym klimacie. Po przepysznym ekologicznym śniadaniu przy wspólnym stole, zostaliśmy prawie do obiadu, rozmawiając z dopiero co poznanymi letnikami. Ludzie nas zachwycili, przyroda też. Zastanawialiśmy się poważnie, czy w ogóle jechać dalej.

Ruszyliśmy na północ. Na Podlasie wpłynęliśmy z rozmachem, ręcznym promem rzecznym. Osobiście przeciągnąłem moją rodzinę na drugą stronę Buga. No i się zaczęło – niebo zaciągnęło się fioletem (chyba, nie wiem, nie znam się na kolorach), w każdym razie – mordor. Wycieraczki nie nadążały zbierać gradu wielkości – no, może nie jajek, ale groszku na pewno. Jechaliśmy dalej z lekkim podnieceniem, tak długo, jak się dało, do momentu, gdy zwalone potężne drzewa zatarasowały nam drogę. Przeczekaliśmy sztorm w samochodzie, było epicko.

Dalej Nadbuże (nomen omen) zwiedzaliśmy w dość smutnym krajobrazie połamanych połaci drzew, pozrywanych dachów i objazdów, co akurat było niezłe, bo dawało możliwość wykazania się naszej terenówce – dzielna bestia! Pierwsza noc w namiocie na dachu auta, i to na dziko, była super. A tak właściwie to była średnia, bo po pierwsze – nie mieściliśmy się w nim w czwórkę, po drugie – trochę strach, a po trzecie – Amelka w nocy zaprotestowała, że ona nie śpi w namiocie, bo ma klaustrofobię.

Kolejny dzień zaczęliśmy od pysznego obiadu na śniadanie w Drohiczynie u Ireny. Zguby, Kartacze, Parowańce – petarda. Później dotarliśmy na Grabarkę. Grabarka dla prawosławnych jest jak Częstochowa dla katolików, tylko taka bardziej kameralna. Czuć tam bliskość Boga. Wspaniałe mistyczne, tajemnicze miejsce. Poczuliśmy się jak u siebie. Zamiast zwiedzać, zabraliśmy się z siostrami z tamtejszego żeńskiego zakonu do prac porządkowych po nawałnicy z poprzedniego dnia. Grabie i widły poszły w ruch. Zbieraliśmy połamane gałęzie. Po paru godzinach pracy zapaliliśmy świece, napełniliśmy butelki wodą święconą i ruszyliśmy dalej, na Białowieżę.

Puszcza Białowieska, a w szczególności rezerwat ścisły to jeden z przełomowych momentów wyprawy. Otworzyliśmy się na przyrodę, zaciekawiliśmy się nią i zaczęliśmy traktować z większym szacunkiem i uczuciem. Poszliśmy krok dalej i spędziliśmy popołudnie w „obozie dla Puszczy” z ekologami, którzy protestują przeciwko wycince drzew i chcą, by cały teren puszczy Białowieskiej został objęty ochroną rezerwatu ścisłego. Przyjaźni ludzie od razu przyjęli nas do swojej społeczności. Dzieci tworzyły swoje plakaty o puszczy, a my wtopiliśmy się w obozowe życie. Wrażliwość i miłość do przyrody tych ludzi jest nadludzka i może dlatego nie wszyscy rozumieją, o co im chodzi. Naładowani pozytywną energią o 3 nad ranem wyruszyliśmy na Safari – w poszukiwaniu dzikich zwierząt, w szczególności Żubrów. Musieliśmy jednak uciekać przed tubylcami, wracającymi z dyskoteki, którzy najdelikatniej mówiąc – niespecjalnie przepadają za ekologami. Pierwszy raz w życiu ktoś nazwał mnie ekologiem i to od razu jebanym. To nawet miłe było.

Supraśl. A tu jakoś inaczej, artystycznie, kulturalnie, Zaczęliśmy od pokazu slajdów lokalnego artysty Wiktora Wołkowa, który całe swoje życie poświęcił na uwiecznianie przyrody Podlasia. Później wspaniałe muzeum ikon i poranna msza o 6:30 w monasterze męskiego zakonu prawosławnego. Jeszcze tego samego dnia zmiana klimatu i religii. Odwiedziliśmy Polskich Tatarów, zajadając się tatarskimi przysmakami.

Suwalszczyzna to oddzielny rozdział. Wpadliśmy do Augustowa tylko na chwilę, na Czarną Hańczę i na sławne jagodzianki podczas spływu. Trafiliśmy do lokalnej knajpy, a w niej pełno fotografii właścicielki z dalekich podróży – jest dobrze, wzięliśmy ją na spytki… i tak zostaliśmy w okolicach Augustowa 3 dni. Wylądowaliśmy na nocleg nad Rospudą w Leśnym zakątku kulturalnym. Zwariowaliśmy na punkcie tej miejscówki i gospodyni Justyny. Wspaniały wieczór przy kominku opalanym starymi europaletami, kącik z książkami, mgła Rospudy i nocne opowieści turystów ze spływu kajakowego. Gość, gdzieś z południa Polski, powiedział, że kiedy zobaczył naszego Landa, nogi mu się ugięły, bo gdy był studentem, przejechał takim całą Afrykę.

Nie wiem co jest grane. Ludzie, których spotkaliśmy w trakcie podróży, zachowywali się jakoś dziwnie, jakby nas znali, jakbyśmy byli jakimiś celebrytami. Byli życzliwi, ufali nam, zapraszali do swoich domów i częstowali najlepszymi kąskami. W większości komercyjnych miejsc – restauracji albo ośrodków agroturystycznych – czuć było ducha właścicieli, można było z nimi pogadać, chętnie słuchali o naszej wyprawie, organizowali nam czas i polecali kolejne miejscówki. Ta bliskość właścicieli tworzy klimat. Ludzie „zachodu” często o tym zapominają.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o nasze kochane Mazury. Odwiedziliśmy Irenkę nad Bełdanami. Ostatni raz widzieliśmy się z pięć lat temu, a jakby to było wczoraj. Tam czas wolniej płynie. Jajecznica najlepsza, ale nie taka po prostu najlepsza, tylko naaajjjlllepsza na świecie. Wiemy jak ją się robi, ale w Poznaniu tak nie smakuje.

Na Wschodzie tak właśnie się żyje – z szacunkiem do pracy, z poszanowaniem dla przyrody i Boga. Boga pod różnymi postaciami, bo tam często w jednej rodzinie można spotkać prawosławnych, katolików i muzułmanów. Wszyscy żyją w zgodzie, bez uprzedzeń i podziałów. Są ludzie, którzy mieszkają tu od zawsze, i tacy, którzy wyrwali się z komercyjnego świata, by żyć normalnie.

Podczas wyprawy na Wschód poznaliśmy się lepiej, przez dwa tygodnie byliśmy sami dla siebie. Byliśmy skazani tylko na nasze towarzystwo i to było piękne. Poznaliśmy Polskę, jej niesamowite krajobrazy, przyrodę, różnorodność, historie, religie i kulturę. Nauczyliśmy dzieci posługiwać się mapą, Helenę poznała poczucia czasu (ile to jest godzina), a Amelia wyleczyła się z namiotowej klaustrofobii. Nauczyliśmy się rzeźbienia w drewnie, odpowiedzialności społecznej, wrażliwości na przyrodę, zaufania, historii o wychowaniu żurawi i rodzajów drzew.

Choć raz na jakiś czas spróbujcie podróżować sami, bez znajomych z dziećmi, które zajmą się waszymi dzieciakami, bez smatrfonów, komputerów i bajek. Wykorzystajcie ten czas dla siebie i swoich dzieci. Ze znajomymi spotkacie się, kiedy dzieciaki pojadą na wakacje do babci.

Dziękujemy! Karola, Amelia, Helena i Mario