Znam historię każdego pnia

Maciej Gąsienica Giewont jest tokarzem i rzeźbiarzem. Jako dziecko podglądał dziadka dziadka przy stolarskiej robocie. Dzisiaj swoje misy toczy często z „zepsutych” kawałków drewna. Nie szlifuje ich na gładko, ale podkreśla pęknięcia, uwypukla ich chropowatość, naturalny rysunek słojów.

Bierze pierwszą: „Kobieta, od której je kupiłem, sama to drzewo zasadziła”. Sięga po drugą, obraca ją w rękach: „To orzech. Zachorował i trzeba było go ściąć”. Podnosi trzecią. Jasne drewno nie kryje drobnych pęknięć. „A pod tą brzozą się wychowałem”.

Kapryśny buk

Trzy drewniane misy zrobione przez Macieja to trzy zapisane w nich historie. O kobiecie, która znała swoje drzewo od ziarenka, a potem kazała je ściąć, bo gałęzie zasłaniały jej taras.

O orzechu, z którego powstało kilka mis – m.in. ta, którą Maciek obraca w dłoniach. Był w połowie pracy, gdy urodził mu się syn. Skończył tę misę dwa dni po narodzinach Tymka. Została z nimi.

O halnym, który powalił brzozę przy rodzinnym domu Maćka w Zakopanem. Cięli ją razem z ojcem – Maciej zabrał najgrubszy odziomek, z którego powstała ta trzecia misa.

Drewno ma nie tylko swoją historię. Ma też charakter. Buk jest kapryśny, do tego trudny w obróbce i bez polotu, brakuje mu ciekawych wzorów. Lipa – włóknista i nie z każdym jej rodzajem dobrze się pracuje, choć lubią ją rzeźbiarze, bo dłuto dobrze wchodzi w miękkie drewno. Za to jarzębina jest śliczna i wdzięczna do pracy. Tak jak wiąz górski – z niego Maciej nie tworzy, gdyż ten gatunek mocno przetrzebiły choroby. Godnie zastępuje go czereśnia, praca z nią to czysta przyjemność. Kiedy Maciej bierze ją na warsztat, po pracowni rozchodzi się woń cukierków anyżkowych. Jesion pachnie jak wyciągnięty z pieca chleb. Mokre wióry dębowe kojarzą się z zapachem whisky (dojrzewająca whisky leża- kuje w dębowych beczkach).

Te doznania to przywilej tokarzy i tych, którzy poddają drewno mokrej obróbce. Kiedy budujesz stół czy szafę, drewno musi być wysezonowane, czyli wysuszone, podczas toczenia drewno zaś jest mokre. Gdy Maciek kończy misę, ono nadal pracuje, odkształca się, bo to natura ma tutaj ostatnie zdanie. Maciek najbardziej lubi twarde drewno dębu, wiązu i jesionu.

Z „warstatu” do „Oksfordu”

Maciek pamięta „warstat” – stolarski stół dziadka Stanisława. Pierwsze upiłowane deski i palce pocięte dłutem ma właśnie stamtąd. Dziadek potrafił zrobić wszystko – od chałupy do drewnianej szkatułki. W języku angielskim jest dobre słowo na określenie takiej osoby – woodmaker. Drugi dziadek był ślusarzem – zapach warsztatu na Myślenickich Turniach to jedno z silniejszych wspomnień z dzieciństwa Maćka. Tam podglądał pracę ślusarskich tokarek. Dzisiaj łączy tamte dwa warsztaty: stolarski i tokarski.

Kiedy po podstawówce wybierał szkołę średnią, od razu wiedział, że to będzie

„Oksford”. Tak w Zakopanem mówiło się na tamtejszą zawodówkę. W pierwszej klasie trzy dni w tygodniu odbywały się w niej lekcje szkolne: polski, matematyka, przedmioty zawodowe, a kolejne trzy dni były przeznaczone na prywatną praktykę u wybranego majstra. Na trzecim roku zajęcia szkolne odbywały się tylko raz w tygodniu, resztę czasu spędzało się w warsztacie. W żadnej szkole nie było tylu praktycznych zajęć. Maciek przebierał nogami, już latem ganiał do warsztatu Bachledy. Kątem oka zerkał na stojącą w kącie tokarkę, której majster nie pozwalał dotykać. Ani latem, ani w trakcie praktyk.

Dla wielu stolarzy poważna stolarska robota to domy, drzwi i okna, meble. Drewniana galanteria, jak misy, talerze czy szkatułki, się do niej nie zalicza. „Wielu stolarzy traktuje tokarkę po macoszemu, a dla mnie to jest narzędzie idealne, dzięki niemu mogę wykonać właściwie wszystkie czynności związane z tworzeniem misy – od toczenia kształtu do wykończenia. Nie potrzebuję całego parku maszyn, a dodatkowo mogę pracować sam, w warsztacie nie jestem zależny od pomocy innych osób” – mówi Maciej.

Po trzech latach odebrał dyplom czeladnika.

Tylko tokarka

Schody, balustrady, samych okien ze dwa razy więcej niż normalnie. Jak góral buduje dom, stolarzowi pracy nie brakuje. „Mogłem być przeciętnym cieślą na Podhalu, gdzie konkurencja na rynku pracy jest bardzo duża, lub pójść swoją drogą. Ale stolarskie wykształcenie nie poszło na marne, majster nauczył mnie szacunku do narzędzi i materiału. U niego najmniejszy kawałek drewna był wykorzystywany, do pieca szły niemal same skrawki” – mówi Maciej. Ten sam stolarski etos pracy widział u dziadka.

Po zawodówce na chwilę zahaczył jeszcze o „Kenara”. To zakopiańska szkoła z długą tradycją. Jej początki sięgają 1876 roku, powstała jako szkoła snycerska ucząca sztuki rzeźbienia w drewnie. Przez dziesięciolecia wielokrotnie zmieniała nazwę (od Zawodowej Szkoły Przemysłu Drzewnego pod koniec XIX wieku do Zespołu Szkół Plastycznych im. Antoniego Kenara we wrześniu 2002 roku), ale jej bramy niezmiennie opuszczały kolejne pokolenia twórców. Jej patron, Antoni Kenar, był słynnym zakopiańskim rzeźbiarzem, pedagogiem i wykładowcą. Od jego nazwiska szkołę nazywa się dziś potocznie „szkołą Kenara” lub „Kenarem”. Kończył ją dziadek Macieja, wtedy jako Państwową Szkołę Przemysłu Drzewnego.

Sam Maciej wytrzymał w „Kenarze” pół roku – tu także nauczyciel nie pozwalał mu dotykać tokarki. Gdy odszedł, rodzina nie była zachwycona, ale on miał w głowie plan i pewność, że będzie toczył naczynia. I nie chciał już marnować ani miesiąca więcej.

Dłuta z Utah

Pierwsze inspiracje czerpał z katalogu wystawy w zakopiańskiej BWA, który dostał od kolegi. Zamieszczono w nim kilkadziesiąt zdjęć z eksponatami. Patrzył na gładko wypolerowane ścianki, błyszczące powierzchnie mis i waz toczonych przez amerykańskich artystów. Wyglądem przypominały bardziej ceramiczne naczynia. To czasy sprzed internetu, więc Maciek nie mógł po prostu odpalić YouTube’a i sprawdzić, jak coś jest zrobione. „W Stanach ta technika nazywa się woodturning, jest popularna i ma swoją tradycję. U nas nikt wtedy tego nie robił” – mówi. Wyszukiwał zagraniczne magazyny, w jednym z nich trafił na reklamę amerykańskiego sklepu w Utah. „Zamówiłem u nich parę dłutek, jakieś przyrządy i kasetę VHS. Był początek lat dziewięćdziesiątych, nie miałem karty kredytowej, więc poszedłem do banku zrobić przelew. Pani w okienku spojrzała na mnie i zapytała: »Nie boi się pan?«. Oczywiście, że się bałem! Ten przelew to była pewnie średnia miesięczna pensja”.

Zanim jego misy trafiły do galerii, na wystawy designu i do prywatnych kolekcji na całym świecie, musiał iść na kompromisy. Pracował na wysokościach – z tego miał pieniądze. Tokarkę włączał po godzinach w domowym warsztacie. Część naczyń robił na indywidualne zamówienia klientów, te były czysto użytkowe. Inne toczył dla siebie – to właśnie one miały stać się wkrótce jego znakiem rozpoznawczym. Technikę doskonalił, współpracując m.in. z zaprzyjaźnionym lutnikiem – toczył dla niego kołki do barokowych instrumentów strunowych. W obróbce drewna na tokarce jest więc właściwie samoukiem. Tylko raz wyjechał na tygodniowe stypendium, żeby uczyć się u Mike’a Scotta, brytyjskiego tokarza. „Na początku od razu chciałem wszystko robić najlepiej na świecie i natychmiast mieć z tego pieniądze. Dziś wiem, że nie ma drogi na skróty” – mówi. W końcu znalazł dobrze płatną pracę: budował stoiska wystawowe na targach. To pozwoliło mu odetchnąć i skupić się na toczeniu tylko takich mis, z których naprawdę był zadowolony. W końcu spakował je, przyjechał do Warszawy i obszedł po kolei wszystkie galerie sztuki. Tylko dwie przyjęły jego misy w komis. Jedna po pół roku przechowywania ich w piwnicy oddała je wszystkie, ale w drugiej galerii się sprzedały.

„Nie było tak, że ktoś nagle mnie odkrył. Wszystko działo się stopniowo” – mówi Maciej. Pierwsze sprzedane misy, pierwsze wystawy designu, kolejne zamówienia, kolejne wystawy i obecność w publikacjach. W końcu na stałe osiadł w Warszawie. Dziś jego misy można znaleźć w galeriach i prywatnych kolekcjach w Europie i Stanach Zjednoczonych. Od kilkunastu lat regularnie pokazuje je na polskich i światowych wystawach designu. „Dzisiaj rzemieślnik musi być jednocześnie projektantem i wykonawcą, dbać zarówno o techniczny, jak i o artystyczny aspekt swojej pracy. Kiedyś te role były rozdzielone” – mówi. Jego misy przez wielu są traktowane nie jak obiekty użytkowe, ale jak rzeźby, przynależne bardziej do świata sztuki niż rzemiosła.

Praca zespołowa

Swoje misy toczy często z „zepsutych” kawałków drewna. Nie szlifuje ich na gładko, ale podkreśla pęknięcia, uwypukla ich chropowatość, naturalny rysunek słojów. Zaczął eksperymentować z opalaniem drewna, dzięki temu powstają wyjątkowe, czarne egzemplarze, a on uzyskuje ten efekt w sposób najbardziej naturalny z możliwych – za pomocą ognia. Punktem odniesienia jest dla niego japońska filozofia wabi-sabi. Sztuka prostoty, która w każdym aspekcie życia każe szukać tego, co surowe i niedoskonałe. Wabi-sabi pozwala dostrzec piękno w tym, co nadgryzione przez czas lub naturę, pozornie zniszczone. Dzięki temu możemy odkryć i docenić historię, która się za tym kryje. To wreszcie sztuka współistnienia z naturą i rezygnacji z nadmiaru elementów, zdobników, bodźców. „Wydobywam z materiału jego szorstkość, niedoskonałość. Znam historię każdego pnia, który kupuję prosto od właścicieli drzewa, nie w tartaku” – mówi.

„Dopiero w trakcie toczenia widzę, jak drewno pracuje, jak tańczy, co chce się z niego wydobyć na pierwszy plan” – ciągnie Maciej. „Nie jestem sam, to praca zespołowa. Za wzór w drewnie albo barwę odpowiadają kornik, grzyby i pleśnie, w czereśniach i innych gatunkach, w które ingerował człowiek, widać całą historię we wzorze na drewnie: tu ktoś coś przeszczepiał, uciął gałąź, drzewo się broniło. Ja tylko dokładam swoją część”.

Tekst pochodzi z książki Ręcznie robione.

Udostępnij