Zejdź z linii bocznej, tato. Jak zdjąć z dzieci presję na boisku?
Słuchaj w formie podcastu
Dzieci nie idą do klubu, żeby zostać zawodowymi piłkarzami. Wynik w młodzieżowej piłce jest sprawą drugorzędną – mówi Tom Kmiecik, trener piłkarski. I dodaje: – Regularne trenowanie piłki może być czymś, co robisz przez całe życie, a co nie doprowadzi ani ciebie, ani większości grających do zawodowstwa. Nie warto rezygnować.
Jest początek roku szkolnego, klub uruchamia zajęcia dla nowego rocznika, na pierwszym treningu pojawiają się sześcio- lub siedmiolatki, a wraz z nimi ich tatusiowie. Panowie, dla których oglądanie piłki nożnej to najważniejsze hobby, którzy – według własnego mniemania – znają się na niej lepiej niż selekcjoner reprezentacji. A ty masz szkolić ich synów. Jak rozbroić tę bombę?
Tom Kmiecik: Jestem w uprzywilejowanej sytuacji, bo sam założyłem szkółkę. Mam więc dużą sprawczość względem tego, co dzieje się w klubie. Ale bywałem w swojej karierze trenerskiej w sytuacjach, w których jako dwudziestoparoletni chłopak musiałem zwrócić uwagę rodzicom zawodnika, że robią coś nie tak. To jest ogromny stres, tym bardziej że grupy sześcio- i siedmiolatków są zwykle trenowane przez najmniej doświadczonych trenerów, którzy muszą mieć pełne wsparcie ze strony klubu. Muszą wiedzieć, do kogo mają się zwrócić, gdy rodzic nie będzie chciał zmienić podejścia. Bo najgorsze, co można zrobić, to zostawić taką sytuację bez reakcji z nadzieją, że rozwiąże się sama.
Podajmy przykład…
TK: Sytuacja sprzed tygodnia, roczniki 2018 i 2019, czyli zerówka i pierwsza klasa. Ojciec jednego z chłopców stoi przy linii bocznej i ciągle krzyczy: „Biegnij!”, „Podaj!”, „Strzelaj!” – jakby nim sterował na Playstation. To nie jest pierwszy raz, tylko że poprzednio nie zareagowałem, po prostu nie było okazji. Teraz podchodzę do niego i mówię:
„Super, że się angażujesz. Wiem, że chcesz pomóc, ale pamiętaj, że to twój syn ma podejmować decyzje na boisku, a nie ty. To jest najważniejsza rzecz w piłce nożnej. Jeśli się tego nie nauczy, to nigdy nie będzie dobrym zawodnikiem. Bo co zrobi, gdy nie przyjdziesz na mecz? Kto mu wtedy powie, jak ma grać? Jasne, bij mu brawo, chwal go, ale nie instruuj”
Facet się oczywiście zreflektował. Taka rozmowa może być dla trenera trudna, ale to i tak jedna z bardziej klarownych sytuacji.
Zdarzyło ci się wyrzucić rodzica z meczu?
TK: Nie, ale zdarzyło mi się być o wiele bardziej stanowczym. I zapytać: „Panowie, czy macie licencję trenerską, że się tak wymądrzacie? Czy pracujecie w tym klubie? Jeśli nie, to proszę przejść do strefy dla kibiców i zachowywać się kulturalnie”. Najtrudniej wyegzekwować takie decyzje w klubach, których byt jest uzależniony od liczby trenujących dzieci. Strach przed tym, że rodzic się obrazi i zagrozi odejściem, może być dla trenera paraliżujący.
Łukasz, ty patrzysz na te sytuacje z drugiej strony, bo twój syn trenuje pod okiem Toma. Perspektywa wielu rodziców wiąże się z ogromną nadzieją. Wierzą, że mają w domu wyjątkowy talent na miarę Lewandowskiego, a zadaniem pierwszego trenera jest jego docenienie. Ma go nie zepsuć. Tak było z wami?
Łukasz Zaremba: Niezupełnie. Od początku byłem nastawiony negatywnie do piłki jako sportu dla dziecka. Robiłem wiele, żeby Felek wybrał coś innego. Dwa razy nielegalnie postawiliśmy z kolegą kosz na osiedlowym podwórku, bo chcieliśmy, żeby nasze dzieci zainteresowały się koszykówką. Spółdzielnia go usunęła, ale w międzyczasie syn sąsiadów złapał bakcyla, i pięć razy w tygodniu jeździ teraz na treningi autobusem z Pragi aż na Ursynów.
Byłeś nastawiony negatywnie?
ŁZ: Źle mi się kojarzyła. Ale nie było to też spojrzenie z dystansu – odrzucenie czegoś, czego zupełnie nie znam, więc powtarzam stereotypy. Kocham piłkę nożną, ale spędziłem wiele lat na trybunach i wiem, z czym często ona się wiąże. Ile bywa w niej przemocy i negatywnych emocji. Gdy Felek miał sześć lat, oświadczył, że chce trenować piłkę nożną, bo wszyscy w szkole grają. Skoro tak, to postanowiliśmy znaleźć mu odpowiednią szkółkę. Początkowo naszym priorytetem było bezpieczeństwo. Sprawdzałem raczej brak zjawisk negatywnych, niż szukałem pozytywów: Czy trener będzie krzyczał? Używał jakichś form przemocy psychicznej? Wyzwalał w dzieciach nadmierne ambicje? Czy będzie podejmował rozmowę i słuchał, czy wydawał rozkazy? Felek dołączył do kolegów w połowie roku szkolnego, więc żeby dodać mu otuchy, stałem przy linii. Gdy on trenował, ja biegałem, czytałem albo po prostu patrzyłem. Czasem pomagałem trenerowi, bo akurat byłem pod ręką, a trzeba przynieść piłki, ustawić bramkę albo popilnować chłopaków przez minutę. Byłem tym zaangażowanym rodzicem, który zawsze jest obecny na treningu. Ostatecznie zacząłem się uczyć podstaw i wspierać treningi w roli asystenta.
Z czasem zaczęliśmy z Tomem więcej rozmawiać – nie o konkretnych planach treningu, ale o pomyśle na całość.
Któregoś razu zapytałem wprost: „Co my tu z takim zaangażowaniem właściwie robimy? Co jest naszym celem?”. W domyśle: „Czy ktokolwiek zostanie tu zawodowym piłkarzem?”
Była to też oczywiście miękka wersja twojego pytania: czy Felek to talent na miarę Lewandowskiego. Każdy rodzic ma je z tyłu głowy.
Co usłyszałeś?
ŁZ: Tom pokazał mi wideo z kursu, jaki ukończył w Anglii. Nagranie, które pokazują tam trenerom na pierwszym spotkaniu. To są wywiady z dziećmi przeprowadzone na treningu. Na pytanie „Dlaczego tu jesteś?” żadne z nich nie odpowiada, że chce pójść do akademii albo zrobić karierę. Żadne nie wspomina o zostaniu zawodowym piłkarzem. Sześcio-, siedmio- i ośmiolatki opowiadają, że przyszły do klubu, bo są tu ich przyjaciele. Bo świetnie się bawią. Bo jest miło.
Jakiś czas później zadałem to samo pytanie Felkowi. Nie wymyśliłbym lepszej odpowiedzi: „Bo jak coś długo robię, to najpierw mi nie wychodzi, a potem zaczyna się udawać”. Takie podejście zmienia wszystko. Zaczyna się rozmowa o satysfakcji, przyjemności, rozwoju. Rywalizacja przesuwa się w inne miejsce, bo nie dotyczy mnie i kolegi, ale samego siebie. Czy jutro będę lepszy niż wczoraj? Czy w końcu uda mi się ten zwód, którego uczymy się od pół roku?
W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, czyli w czasach mojego dzieciństwa piłkę trenowali nieliczni. Owszem, wszyscy graliśmy na podwórku, ale tylko najlepsi chodzili do klubów. Dziś już niemal wszyscy, bo piłka nożna jest pierwszym wyborem pozalekcyjnych zajęć dla chłopców. Jak połączyć potrzeby tych, którzy mają dryg do gry z opieką nad pozostałymi?
TK: Różnica poziomów jest czymś normalnym. Stykamy się z nią nawet w grupach selekcyjnych w poważnych akademiach piłkarskich. Najprostszym sposobem na radzenie sobie z tym są przesunięcia w rocznikach. Jeśli widzę zawodnika, który fizycznie i technicznie wyróżnia się na tle pozostałych, to muszę jeszcze wybadać, czy byłby psychicznie gotowy na grę ze starszymi chłopcami. Zaczynamy rozmawiać. Jeśli w końcu do tego dojdzie, ważne, by takie dziecko raz na jakiś czas trenowało z rówieśnikami. Żeby obserwowało się na ich tle i widziało, że wciąż może być tym gościem, który przeholuje piłkę przez całe boisko i strzeli bramkę. Dzięki temu podbuduje pewność siebie. Bo w starszym roczniku nie zawsze będzie miał taką możliwość.
A w drugą stronę? Co z tymi, którzy odstają in minus? I tymi, którzy chcą po prostu pograć dla przyjemności?
Przy przesunięciach do młodszych roczników rozmowa jest znacznie trudniejsza. Szczególnie w przypadku trzecio-, czwartoklasistów. Ale chłopcy są na tyle bystrzy, że jeśli odstają od grupy, to sami to widzą. Albo grupa im to mówi. Rzeczywistość bywa brutalna. Ale fakt, że odstają dziś, nie oznacza, że zawsze tak będzie. Trzeba im to uświadomić. Jeśli mają pasję, lubią grać w piłkę, chcą się rozwijać, to jest szansa, że szybko doskoczą do rówieśników. Muszą jednak wykonać dodatkową pracę. Najgorsze, co można zrobić, to im tę szansę odebrać. Ważne jest też, by cała grupa była świadoma, że chłopak wciąż jest częścią zespołu. Przesuwamy go niżej, bo chcemy, żeby się rozwijał. Kibicujemy mu i czekamy, aż do nas wróci.
Za każdym razem umawiam się na rozmowę. Ważne, żeby brali w niej udział i rodzice, i dziecko. Trzeba być transparentnym. Rozumiem, że to wszystko może być dla trenera trudne organizacyjnie, bo jest tylko trybikiem w klubowej maszynie. Moja sytuacja jest w tym względzie komfortowa.
Moi synowie, którzy trenują w klubie przy szkole, do której chodzą, mieli momenty zniechęcenia. Wszystkie spowodowane były napięciami w grupie. Ktoś wybijał się ponad resztę i zaczynał zadzierać nosa. Nie podawał, grał z przekonaniem, że jak on nie strzeli bramki, to nikomu się nie uda. Pojawiała się przemoc werbalna, której trenerzy albo nie widzieli, albo ignorowali. Zamiast tego cieszyli się, że mają świetnego zawodnika, który podczas turnieju potrafi sam wygrać mecz.
TK: Nie mówię, że w moim klubie wszystko działa idealnie, ale nie wyobrażam sobie podobnej sytuacji.
Lewandowski udzielił niedawno wywiadu, który był często cytowany: żeby się rozwijać, musisz być nieustannie challenge’owany. Gra musi być wyzwaniem. W przeciwnym razie tracisz nie tylko ty, ale również twoi koledzy. Wszyscy przestajecie się rozwijać. Wynik w młodzieżowej piłce jest sprawą drugorzędną.
Czasem doprowadzam to przekonanie do ekstremum, bo gdy chłopcy pytają mnie „ile jest?”, odpowiadam: „Zapytajcie sędziego”. Mówiąc to, pamiętam, jak trudne jest dla trenera przegrywanie, szczególnie na początku kariery. Gdy jest 0:20 na waszą niekorzyść – nawet w takiej sytuacji należy znaleźć pozytywy, bo na pewno były: pobiegaliście, zrobiliście wysiłek fitnessowy, łatwiej się będzie grało następnym razem na większym boisku.
ŁZ: Pamiętam sytuację, gdy drużyna Felka przegrała 2:18. Tom zapytał syna i jego kolegę, czy ta porażka nie jest dla nich zbyt dużym obciążeniem. A oni byli zachwyceni tymi dwoma bramkami, które strzelili! Oczywiście siedmiolatkowi o wiele łatwiej pocieszyć się w takiej sytuacji niż jedenastolatkowi. Starsi chłopcy inaczej już odczuwają taki łomot.
Pamiętam też, gdy któregoś razu Felek poszedł zagrać mecz ze starszymi chłopcami, a oni go zaakceptowali. Radzili, jak ma się ustawić, poklepywali po plecach, chwalili. Był zachwycony! Chciał zostać z nimi na stałe. Ale tydzień później Tom wysłał go na mecz z młodszymi. Syn na początku tego nie rozumiał. Zastanawiał się, czy to jakaś kara. Ale zagrał, strzelił trzy bramki i szybko wszedł w rolę: teraz to on ustawiał młodszych kolegów, chwalił ich i pocieszał.
Wrócę jeszcze do tego, co mówiłeś o piłce, która jest dziś sportem pierwszego wyboru. Myślę, że punktem wyjścia jest to rozpoznanie, że piłka nożna nie musi zapraszać i poszukiwać chętnych. Piłka musi walczyć o dziewczynki, chłopcy bardzo licznie przychodzą sami. To jest dla tego środowiska ogromna odpowiedzialność. Nie wiem, czy uświadomiona.
Zajmujemy się kompetencjami nauczycielek i nauczycieli w szkołach, debatujemy o ich przygotowaniu do uczestnictwa w rozwoju dziecka. Tymczasem mój syn spędza z trenerem tyle samo czasu, co z wychowawczynią! Trener jest osobą, która ma na niego ogromny wpływ w wielu dziedzinach życia
Moim zdaniem kluczem jest zbudowanie wokół drużyny przyjaznego środowiska. Umawianie się na mecze z drużynami, w których podobnie patrzy się na kwestie szkoleniowe. Bo jaki sens ma kontynuowanie meczu przy wyniku 10:0? Jeśli trafi się aż taka różnica poziomów między drużynami, można temu łatwo zaradzić. Wygrywasz 3:0, zdejmujesz jednego zawodnika, więc rywal gra w przewadze. Wygrywasz 5:0, zdejmujesz drugiego. Gdy przeciwnik podgoni, wyrównujecie szanse. Szkoda, że w Polsce nikt nie stosuje takich rozwiązań.
Gdzie przebiega granica między kompetencjami trenera a rodziców?
TK: Nie jestem typowym przypadkiem, bo drugą klasę trenerską robiłem na Akademii Wychowania Fizycznego, ale potem wyjechałem do Anglii, gdzie moje kwalifikacje nie zostały uznane, więc zaczynałem od zera. Zrobiłem zatem kursy UEFA, ale też oddzielną brytyjską ścieżkę przygotowującą do trenowania dzieci. Dzięki temu miałem okazję poznać tamtejszy system od podszewki. Jego podstawą jest player centered approach, podejście ukierunkowane na zawodnika. Nieważne, jaki jest to poziom, masz przed sobą człowieka, a twoim zadaniem jest rozwinąć jego potencjał. To się nigdy nie ogranicza wyłącznie do umiejętności techniczno-taktycznych. Szkolenie odbywa się na czterech płaszczyznach: psychologicznej, społecznej, fizycznej i dopiero przy uwzględnieniu tamtych techniczno-taktycznej. Czyli de facto nie tyle robisz piłkarza, co uczestniczysz w jego wychowaniu. Młodsi zawodnicy, którzy grają dziś w reprezentacji Anglii, jak Phil Foden, są produktami tego podejścia. Element psychologiczny jest w nim obecny od poziomu grassroots do zawodowej piłki. W serialu dokumentalnym Wszystko albo nic: Tottenham zobaczysz, jak trener José Mourinho w przerwie meczu zwraca zawodnikom uwagę na ich spowolniony czas reakcji na popełnione błędy. Mówi, że jeśli po stracie piłki będziecie się łapać za głowę, to zgubicie ćwierć sekundy, a to będzie nas kosztować bramkę. Te same rozmowy prowadzimy z naszymi zawodnikami.
ŁZ: Gdy dziecko przychodzi na trening, nie wyłącza życia społecznego, problemów, emocji, zmęczenia, dojrzewania. Trener musi być osobą, która ma profesjonalny aparat do tego, by traktować dziecko w sposób podmiotowy. Przecież nawet z pięciolatkiem można przeprowadzić rzeczową rozmowę. Tak samo ważne jest wzbudzanie pozytywnych emocji. Trzeba się nauczyć okazywać radość. Jako ojciec chłopców przyznasz, że nie mamy wiele innych przestrzeni, w których chłopcy mogliby się z czegoś spontanicznie i wylewnie cieszyć.
Najwspanialsza rzecz w młodzieżowej piłce wynika z faktu, że boisko jest jak laboratorium. Wychodząc na nie, możesz wypracować rozwiązania, które pomogą ci radzić sobie z trudnymi sytuacjami poza nim.
Gdy powinie ci się noga, nikt nie wystawi ci za to oceny. Nikt nie ochrzani. To musi być bezpieczna przestrzeń. Zabawa na serio. Za chwilę będzie następny trening, następny mecz. Znowu spróbujesz.
Ale kiedy odpalam inny sportowy dokument z serii „Wszystko albo nic”, widzę Pepa Guardiolę, trenera Manchesteru City, który po meczu wchodzi do szatni i zaczyna grillować swoich zawodników. Po prostu na nich wrzeszczy. Czy takie zachowanie może się stać pożądanym elementem treningi?
TK: Wrzeszczenie jest krzyczeniem bez sensu. Jest krzyczeniem z pretensją, opowieścią o emocjach osoby, która wrzeszczy. Nie przynosi żadnego skutku. Mówię czasem chłopcom, że jedyne, czego nie mogę zaakceptować, to sytuacje, w których ktoś nie wkłada wysiłku w grę czy trening. Masz gorszy dzień? Brakuje ci sił? Zdejmę cię, niech grają inni. Ale jeśli jesteś na boisku, to musisz dawać z siebie wszystko. Gdy widzę, że coś jest nie tak, mogę podnieść głos, ale na zasadzie budzika. „Hey, wake up! Ogarnij się!”. W sytuacji współzawodnictwa nasz system nerwowy potrzebuje czasem bodźca, żeby się obudzić. W profesjonalnej piłce w Anglii przyjęło się, że można podnieść głos, ale pod warunkiem, że chcesz wykrzyczeć coś sensownego. To nie może być przemocowe. Podczas kursu mieliśmy takie ćwiczenie: siadasz, a dwie osoby mówią do ciebie jednocześnie. Potem masz powtórzyć, co usłyszałeś.
Codzienność ojca dwójki dzieci.
TK: I to jest też sytuacja, w której jako zawodnik słyszysz komunikaty trenera i jeszcze podpowiedzi z trybun. Rozmawiamy o wrzeszczeniu, ale nie możemy zapominać, że krzyczenie na boisku piłkarskim, które ma sto na siedemdziesiąt metrów, jest niejako naturalnym sposobem komunikacji. Po emocjonującym meczu każdy trener ma zdarte gardło. Możemy oczywiście powiedzieć, że krzyki z trybun też są integralną częścią tego sportu. Ale statystyki są brutalne: dzieciaków, które grają w szkółkach w klubach angielskiej Premier League, profesjonalny kontrakt podpisuje tylko 0,5%. Jeden na dwieście. Głośne i żywiołowe trybuny są doświadczeniem wybrańców. Innym możemy je odpuścić.
Nie zmienia to faktu, że ci pozostali też są pod presją. Trenera, rówieśników, samego siebie. I jeszcze rodziców, a rodzic jest w tym przypadku również kibicem i pracodawcą trenera, bo składki członkowskie utrzymują klub. Wiele dzieci szybko się przez to zniechęca. Gdy rozumieją, że nigdy nie będą Lewandowskim, a szkoła robi się poważniejszym wyzwaniem, w czwartej czy piątej klasie piłka idzie w odstawkę.
TK: I to jest duża strata, bo ten okres to jest ten etap rozwoju, gdy dziecko może wreszcie pokazać pełnię swoich możliwości. Gdy zbiera owoce paroletniego wysiłku. Gdy może czerpać przyjemność z tego, że mu się wszystko zaczyna udawać. Technika użytkowa wchodzi na uświadomiony poziom, rośnie pewność siebie. Szkoda rzucać piłkę, zanim się to poczuje. Może to znak, że jakieś problemy szkoleniowe nie zostały odpowiednio wcześnie zaadresowane?
Ale może chodzi też o to, że nastolatek żyje nie tylko sportem. Chce prowadzić życie towarzyskie, ważnym elementem staje się smartfon. Szkoła dokręca śrubę, co chwilę jakaś klasówka. Treningi kilka razy w tygodniu stają się kłopotem.
TK: Regularne trenowanie piłki może być czymś, co robisz przez całe życie, a co nie doprowadzi ani ciebie, ani większości grających do zawodowstwa. Nie warto rezygnować. Korzyści można mnożyć w nieskończoność: od dbałości o kondycję, przez źródło przyjaźni i relacji, po przestrzeń przyjemności i współpracy.
Ale jeśli rozmawiamy o tym, co jest potrzebne do osiągnięcia profesjonalnego poziomu w piłce nożnej, to standardy angielskie mówią, że u dzieci to jest dwanaście godzin treningu tygodniowo. Czyli godzina czterdzieści pięć minut dziennie! Dużo? Dużo. Ale tak to wygląda. Być może w tym naszym zdziwieniu kryje się tajemnica sukcesu angielskiej piłki… Poza tym normą jest tam sytuacja, w której dziecko gra w kilku klubach naraz. Poniedziałek, środa, niedziela w jednej drużynie, wtorek, czwartek, sobota w drugiej. Do tego trening indywidualny w piątek. Tydzień się zamyka. To jest oczywiście ogromne poświęcenie i wysiłek, również ze strony rodziców.
ŁZ: Czy naprawdę aż tak wielki? Wyjścia na mecz czy turniej to jest świetny czas spędzany razem. Wsiadamy w tramwaj, samochód albo na rowery, rozmawiamy, później jest na boisku, gdzie ja nie mam nic do powiedzenia, mogę tylko patrzeć. To jego bezpieczne laboratorium, w którym on sam podejmuje decyzje. Nie chce mu się wracać do obrony? Poniesie konsekwencje. Za tydzień być może zacznie się cofać.
Cykliczność piłki nożnej jest pod tym względem niesamowita. To klasyka antropologii kultury: w pewnym sensie co tydzień świat zaczyna się na nowo.
Więc Felek gra, kombinuje, wyciąga wnioski, a potem wracamy do domu i rozmawiamy. Patrzę, jak radzi sobie z emocjami. Owszem, mogę być zmęczony, ale przecież rodzicielstwo jest wysiłkiem tak czy inaczej.
Ale w dzieciństwie boisko było dla nas przede wszystkim miejscem spotkania z kolegami. Brało się piłkę, wchodziło między bloki albo pod trzepak i tak spędzało pół dnia. Bez trenerów, sparingów, turniejów. Bez nadzoru. Czy w modelu, o którym opowiadacie, jest w ogóle miejsce na takie dzieci?
TK: W Anglii dużo się mówi o przywróceniu piłce ducha gry ulicznej. Chodzi o to, żeby dzieci, które kilka razy w tygodniu przychodzą na treningi, jak najwięcej czasu spędzały z piłką przy nodze. Złoty standard to siedemdziesiąt procent aktywnego udziału w treningu. Jak najmniej biernego stania, czekania. Są metody, żeby to osiągnąć, jednocześnie realizując cele szkoleniowe. Jakiekolwiek by one były, musimy jednak pamiętać o tych siedemdziesięciu procentach. To się czasami kończy tak, że przerywamy ćwiczenia, żeby grać. W czasie wewnętrznej gierki też można coś przećwiczyć.
Poza tym piłka nożna w Anglii jest w dużej mierze oparta na wolontariuszach. Całe społeczności angażują się w to, by poprawiać warunki trenowania i gry w klubach młodzieżowych. Rodzice zajmują się fundraisingiem. To ma później wymierne skutki, bo im szerszy dół piramidy, tym wyżej sięgnie jej czubek. Wydaje nam się czasem, że piłka nożna jest w Polsce sportem narodowym. Wylądowałem kiedyś w Derby, to średniej wielkości miasto w środkowej Anglii. W miejskim parku mają tam dziesięć pełnowymiarowych trawiastych boisk. Obok nich kolejne ze sztuczną murawą. Wszystkie otwarte, ogólnodostępne. Gdy chodziłem tam w soboty albo niedziele, widziałem kilkaset osób grających w piłkę i ją oglądających. A nie mówimy o Londynie, tylko o Derby.
Więcej grających to również więcej problemów, o których mówiliśmy na początku.
ŁZ: Dopóki się w to nie zaangażowałem, nie miałem pojęcia o tym, że w futbolu istnieje coś takiego jak safeguarding children – procedury dotyczące bezpieczeństwa dzieci. Polski Związek Piłki Nożnej ma na swojej stronie internetowej plakaty do ściągnięcia, UEFA materiały w wielu językach. Jeśli problemem jest zwrócenie komuś uwagi na niewłaściwe zachowanie, to punkt odniesienia w postaci regulaminu bardzo to ułatwia. Jeśli te przepisy czy porady wiszą na drzwiach w siedzibie klubu albo w hali, w której rozgrywa się turniej, to zawsze można powiedzieć: „Nie rób tego, zobacz, tam jest napisane, że to niewłaściwe”. To mogą być sytuacje z pozoru błahe, ale powtarzające się, bo nikt wcześniej nie zwrócił człowiekowi uwagi. I potem te zachowania przechodzą na dzieci.
Na przykład jakie?
ŁZ: Poza skrajnymi i rzadkimi przypadkami, w których rodzic chwilowo traci kontrolę nad emocjami i używa nieodpowiednich słów, jako akademik rozpoznaję na przykład mechanizmy pozytywnego seksizmu albo rasizmu – pozorną pochwałę, która ujawnia stereotypizujące założenia o danej grupie. Grają dziewczynki, a ktoś z trybun komentuje: „Mocny strzał jak na dziewczynę”. Słysząc coś takiego dość regularnie, nie mogę za każdym razem robić rodzicowi wykładu o stereotypach. Mam oglądać mecz swojej drużyny. Zamiast tego pokażę tablicę z zasadami, która zachęca do pozytywnego dopingowania uczestników i wskazuje zachowania nieakceptowane (jak choćby komentowanie wyglądu zawodników). Tak jak mówiłem, te materiały istnieją. Każdy z nas może za darmo przejść internetowe szkolenie w tej dziedzinie. I dostać certyfikat. Są kursy dla rodziców, dla trenerów i dla koordynatorów safeguardingu, czyli najważniejszych osób towarzyszących dzieciom w uprawianiu sportu. Niestety, ten system w Polsce nadal się nie przyjął.
TK: Jeszcze nigdy na turnieju w Polsce nie spotkałem osoby, która byłaby odpowiedzialna za te sprawy. Do której można by zwrócić się z interwencją. W Anglii safeguarding officer jest w każdym klubie! Poza tym wszyscy rodzice i zawodnicy wiedzą, jak dotrzeć do takiej osoby. Jest numer kontaktowy, e-mail. Gdy dzieje się coś złego, ścieżka postępowania jest jasna.
Łukasz, co zrobisz, gdy Felek zniechęci się do piłki?
ŁZ: W ogóle o tym nie myślę. Na razie mówi, że chce być piłkarzem, więc zachowuję się tak, jakby rzeczywiście miał nim zostać. Dlaczego miałbym mu nie dać tej szansy? Dlaczego mam robić reality check? Co zyskam?
Odpowiedź na pytanie, czy moje dziecko będzie nowym Lewandowskim brzmi: być może. Dziś tego chce. W tej sferze życia funkcjonujemy z tygodnia na tydzień. Jutro jest trening, w niedzielę mecz.
TK: Nikt nigdy nie jest w stanie ci powiedzieć, że na pewno nie zostaniesz profesjonalnym piłkarzem. Próbować możesz zawsze, nawet gdy masz już osiemnaście czy dziewiętnaście lat. Jamie Vardy, gwiazda angielskiej piłki, po odpaleniu z akademii Sheffield Wednesday grał amatorsko i przez chwilę przestał na poważnie myśleć o karierze piłkarza. Dwanaście lat później zadebiutował w reprezentacji oraz zdobył mistrzostwo Anglii i został królem strzelców. To piękny przykład: chcesz próbować, to próbuj, nie poddawaj się. Jeśli mimo wszystko ci się nie uda, to i tak przeżyjesz świetną przygodę. Grałeś tu i tam, strzeliłeś tyle bramek, emocje były niesamowite.