Żegnaj Roombo, witajcie roboty! Historia odkurzacza, który przybył do nas z przyszłości
Słuchaj w formie podcastu
Marka iRobot jako jedna z pierwszych wprowadziła do naszych domów roboty sprzątające – jej Roomba stała się legendą. Niedawno firma ogłosiła upadłość. Maciej Orłowski opowiada, jak to się stało, że technologiczne wizje jej inżynierów, nie udźwignęły potrzeby wygody zwykłych klientów, i jaka jest przyszłość robotów sprzątających.
W holu siedziby firmy iRobot pod Bostonem znajduje się gablota wypełniona przełomowymi robotami, które stworzyli jej inżynierowie. Jest tam oczywiście kilka Roomb, odkurzaczy przypominających jeżdżące sokowirówki, które zdefiniowały rynek robotów sprzątających początku XXI wieku. Ale podziwiać można również maszyny wykorzystywane do rozbrajania bomb w Iraku i Afganistanie, roboty pracujące w Fukushimie i po atakach z 11 września, a także wczesne konstrukcje łazika, który później trafił na Marsa.
Dziś w ofercie iRobot pozostała już tylko Roomba. A już niedługo firma zmieni właściciela – 15 grudnia ubiegłego roku ogłosiła, że zostanie w całości przejęta przez chińską firmę Shenzhen PICEA. Powód był prosty: firma znalazła się na granicy niewypłacalności, a Chińczycy przejęli go za długi. Historia tego upadku pokazuje, jak zmienił się rynek robotów sprzątających i czym może się stać w przyszłości.
Robot, czyli Roomba
Dla wielu osób Roomba była pierwszym spotkaniem z domową robotyką. Właściciele pierwszych modeli (dostępnych na polskim rynku od 2005 roku) często spędzali więcej czasu na pilnowaniu robota, niż on sam sprzątał. Trzeba było go uwalniać spod krzeseł, odplątywać z kabli, namierzać miejsca, w których utknął. Mimo to na hasło robot sprzątający w głowach klientów wyświetlały się pocztówki z przyszłości, a sprzęty te szybko stawały się popularne.
Dziś wiele osób mówi na swój jeżdżący odkurzacz po prostu „Roomba”, nawet jeśli okruchy i sierść zbiera sprzęt zupełnie innej firmy.
iRobot powstał w 1990 roku, założony przez robotyków z Massachusetts Institute of Technology, jednej z najważniejszych uczelni technicznych świata. Przez lata rósł dzięki kontraktom rządowym: zanim firma w ogóle pomyślała o salonach, budowała maszyny do eksploracji kosmosu, wykrywania min, rozbrajania bomb i akcji ratunkowych. Dopiero w 1999 roku miała dość pieniędzy, by wejść na rynek konsumencki i opracowała pierwszą Roombę. Robot zadebiutował w Stanach w 2002 roku, kosztował 200 dolarów i trafił do sieci sklepów z nowinkami technologicznymi i gadżetami, a nie do masowego AGD.
Roomba była pierwszym takim odkurzaczem w USA i drugim na świecie – rok wcześniej pojawił się Trilobite Electroluxa. Obie maszyny były proste: czujniki zderzeń i schodów, losowe poruszanie się, odbijanie od ścian. W 2005 roku firma weszła na giełdę, pozyskując z rynku ponad 100 milionów dolarów.
Sukces Roomby skusił naśladowców. Choć nowe marki wzorowały się na iRobocie, szybko zaczęły wyprzedzać go pod każdym względem.
Chińskie Ecovacs i Roborock pchały rynek do przodu, oferując popularne zestawy odkurzacza z mopem, stacje samoczyszczące i zaawansowane systemy łączące lidar (laserowy system skanowania pomieszczeń) z kamerami. W dodatku ich produkty były dużo tańsze.
iRobot długo bronił się patentami, próbował też nadganiać z innowacjami (do 2015 roku jego roboty miały już wi-fi i aplikacje, zaczęły też omijać przeszkody). Wraz z nowymi funkcjami rosła jednak i cena: gdy w 2018 roku pojawiła się Roomba i7, kosztowała już tysiąc dolarów.
Tymczasem chińscy naśladowcy mieli ogromne przewagi: dostęp do kapitału, wsparcie rządu i ogromny, zamknięty na zachodnie produkty rynek. W 2016 roku udział iRobot w globalnym rynku robotów sprzątających szacowany był na 64 procent. W 2025 roku było to już zaledwie 9 procent.
Brak innowacji czy innowacja, która nie chwyciła?
Chiński kapitał to niejedyne przyczyny upadku iRobot. Krytycy twierdzą, że firma za wolno przechodziła z kamer na lidar i zbyt późno zaoferowała odkurzanie z mopowaniem. Nowoczesne roboty łączą lidar, kamery oraz sensory ultradźwiękowe. Dzięki temu tworzą dokładne mapy, planują optymalne trasy przejazdu i skutecznie omijają przeszkody.
iRobot miał inną wizję – jej założyciel, Colin Angle, od samego początku twierdził, że technologia oparta na kamerach i uczeniu maszynowym przetwarzającym obraz jest o wiele „inteligentniejsza” niż lidar. W jego wizji robot miał być w stanie nie tylko omijać przeszkody, ale też je interpretować: „rozumieć”, co jest brudem, co kablem, gdzie jest krawędź dywanu.
Problem w tym, że lidar był po prostu tańszy i znacznie szybszy: mapowanie pomieszczenia przy jego użyciu trwało dwadzieścia minut, a nie dwie godziny.
W 2021 roku portal Wirecutter przeprowadził analizę tysięcy ocen kupujących dla kilkunastu popularnych modeli. Wnioski były jednoznaczne: w przypadku robotów z lidarem nawigacja należała do najczęściej chwalonych elementów. Przy Roombach opinie na ten temat bywały neutralne albo negatywne.
Mimo wszystko wizja inteligentnego robota zbierającego dużo więcej danych niż tylko informację o przeszkodach skusiła Amazona do złożenia w 2022 roku oferty przejęcia iRobota. Ten ostatni od lat buduje sieć urządzeń wokół Amazon Alexa: głośniki, kamery, dzwonki, routery, a nawet robota Amazon Astro. Dla firmy budującej usługi inteligentnego domu odkurzacz z wizji Angle’a to złoto: pozwala lepiej integrować sprzęty, automatyzacje i asystenta głosowego.
Jednak po dwóch latach negocjacji i oporze ze strony Komisji Europejskiej oraz amerykańskich regulatorów (powołujących się na przepisy antymonopolowe) rozmowy o umowie odwołano. Dwa lata niepewności dodatkowo osłabiły firmę, która zwolniła prawie jedną trzecią pracowników.
W marcu zeszłego roku iRobot wypuścił nową generację Roomb. Wszystkie miały lidar, łączyły też mopowanie z odkurzaniem, przed czym iRobot długo się wzbraniał. Ale niczym nie wyróżniały się na tle konkurencji. Dzień później firma ostrzegła inwestorów przed bankructwem, a akcje spadły o 35 procent.
Koniec marzeń o inteligentnym domu?
Jaka będzie przyszłość robotów sprzątających?
iRobot próbował wyprzedzić konkurencję, wprowadzając rozwiązania trudniejsze i kosztowniejsze. Rynek brutalnie zweryfikował tę strategię.
W wywiadzie dla magazynu Techradar, opublikowanym pod koniec grudnia zeszłego roku, nowy szef Gary Cohen nie szczędził słów krytyki pod adresem poprzedniego zarządu.
– Mój poprzednik był wizjonerem, genialnym człowiekiem. Jego wizja inteligentnych domów i technologii wizyjnej opartej na kamerach była wspaniała, ale nie do realizacji – twierdził. I zganił firmę za to, że „nie była zorientowana na klienta”. – Na przykład konsumenci chcieli połączenia mopa i odkurzacza. Zespół iRobot powiedział wówczas: „Nie, stworzymy najlepszy mop i najlepszy odkurzacz”. Co było świetne z technicznego punktu widzenia, ale nie z punktu widzenia konsumenta.
To jednak nie znaczy, że wizjonerskie rozwiązania zniknęły z rynku. Przeciwnie – tyle że przychodzą dziś w wersji, którą da się produkować masowo i sprzedać za cenę akceptowalną dla klientów.
Roboty Ecovacs czy Roborocka potrafią same umyć mopy w stacji, wysuszyć je gorącym powietrzem, uzupełnić wodę i opróżnić pojemnik na kurz. W topowych modelach Roborock czy Ecovacs standardem stały się też ruchome ramiona mopów wysuwające się do krawędzi, automatyczne zdejmowanie padów przy wjeździe na dywan czy systemy kamer wspierane sztuczną inteligencją, które identyfikują przeszkody. Roborock Qrevo Curv 2 Pro potrafi na przykład rozpoznać według producenta ponad dwieście różnych obiektów, w tym kable, przedmioty domowe i akcesoria, i odpowiednio zmienić trasę bez zatrzymania sprzątania.
To wciąż ta sama obietnica inteligentnego domu – tyle że realizowana krok po kroku, w rytmie kolejnych aktualizacji oprogramowania, a nie wielkiej technologicznej rewolucji.
Przejęcie przez Piceę może więc oznaczać dla iRobota nie tyle symboliczny koniec, ile twardy reset. Marka, która wymyśliła kategorię, przestaje ją definiować. Od teraz będzie musiała nauczyć się funkcjonować w świecie, w którym o sukcesie decyduje nie wizja przyszłości, ale cena, tempo wdrażania nowości i wygoda. A to zupełnie inna gra.