Z wózkiem przez bagna. Dlaczego rzuciliśmy wakacje na rzecz błota za blokiem
Słuchaj w formie podcastu
Mikroturystyka to stan umysłu, w którym porzucony schron w lesie jest równie ekscytujący co lazurowa laguna. Przedrostek „mikro” odnosi się tu do skali, budżetu i czasu, ale na pewno nie do emocji. Monika Masalska o tym, jak przestać żyć od urlopu do urlopu i zacząć kolekcjonować wrażenia tuż za progiem własnego mieszkania.
„Szok, klasa średnia odkryła spacery” – przeczytałam pod jedną z naszych publikacji. Nie dyskutowałam, bo kłótnie z ludźmi w internecie mają tyle samo sensu, ile przekonywanie czterolatka, że nie ma znaczenia, kto pierwszy nacisnął guzik w windzie. Zamiast tego wykorzystam tu strategię najstarszych wykładowców uniwersyteckich – pomądrzę się, bo nikt i tak mi nie przerwie.
Czy mikrowyprawa rzeczywiście jest spacerem? Owszem, jeśli w waszym pojęciu spaceru mieści się zdolność do zachwytu najbliższą okolicą, przeprawiania się przez strumień w połowie października i gotowość do pokochania obłupanych ryzalitów i ruin w lesie. Wtedy tak – spacer może być mikrowyprawą.
W zasadzie mikropodróże wymagają od nas jednej rzeczy: zmiany sposobu patrzenia na najbliższą okolicę. Wszystko inne (może poza wodą, prowiantem i plasterkami ze Spidermanem) jest zbędne.
Jeśli czujecie się zaintrygowani – zapraszam do naszego mikroświata. Tylko ostrzegam, że z mikroturystyką jest jak z kłótnią z nastolatką – nigdy nie wiesz, dokąd cię zaprowadzi.
Zaczęłabym od definicji, bo mikrowyprawy – choć niewielkie – mają za swoimi plecami solidną teorię. Niestety, nie my jesteśmy jej autorami, bo już mądrzejsi od nas znacznie wcześniej odkryli, że eksploracja nie dzieje się jedynie na innym kontynencie, w innym kraju albo przynajmniej w odległości więcej niż pięćdziesiąt kilometrów od domu. Osobą, która ukuła pojęcie microadventure, a potem je rozpropagowała, jest brytyjski podróżnik Alastair Humphreys. Z kolei w Polsce pałeczkę od niego przejął przewodnik i autor książek Łukasz Długowski, który chyba jako pierwszy pisał o mikrowyprawach chociażby w kontekście miasta.
Tak naprawdę całą ideę mikrowyprawy możecie wyczytać z jej nazwy. Przedrostek „mikro” oznacza, że robimy coś na niewielką skalę. Przy czym skala ta odnosi się do bardzo wielu aspektów małych podróży. Na mikrowyprawę nie zabieramy ze sobą dużego bagażu (chyba że jesteście rodzicami trójki dzieci, kiedy to i tak wszędzie nosicie ze sobą zapasy oraz niezbędniki o objętości worka ziemniaków), nie potrzebujemy też dużego budżetu, kilkudniowych przygotowań i decyzji w stylu, czy wziąć klapki, szpilki i adidasy, czy może lepiej obcasy wymienić na balerinki, a adidasów wziąć dwie pary. Tylko pytanie: czy wtedy musimy dokupić dodatkowy bagaż, bo linie lotnicze raczej nie uznają za kabinówkę walizki 80 na 120.
Taka microadventure w swojej najczystszej postaci nie powinna też wymagać posiadania auta. Zamiast tego wystarczy rower, zdolność poruszania się na nogach albo nawet na wózku, a czasem bilet na autobus albo pociąg.
Lubię też myśleć, że mikrowyprawy są w pełni demokratyczne i nikogo nie wykluczają. Mikroturystykę mogą uprawiać całe rodziny, pary, single, osoby starsze, studenci, właściciele psów, właściciele kotów chodzących na smyczy lub noszonych w plecakach, a także poruszające się w słabo skoordynowanych stadach nastolatki.
I ostatnia sprawa – mikrowyprawa może, choć nie musi, zmieścić się w mikroczasie. Bywają mikrowyprawy całodniowe, ale także półgodzinne. Te ostatnie regularnie odbywa mój pracujący w biurze mąż i nazywa je lunchowymi. Podczas przerwy obiadowej wyprawia się za róg, za płot albo na sąsiednie podwórka, odkrywając takie skarby jak stare tory, nieprzyzwoite graffiti, modernistyczne klatki schodowe czy ławeczki pośród różanych krzewów.
Duży ciężar gatunkowy niesie ze sobą drugi człon terminu, czyli adventure, co po polsku znaczy przygoda lub wyprawa. I chyba właśnie ten pierwiastek przede wszystkim odróżnia mikrowyprawę od zwykłego spaceru, nawet tego najdłuższego. Wyprawa zawsze zawiera w sobie element przygody, odkrywania, gotowości na nieprzewidywalne i zaskakujące. Porządny eksplorator to też eksplorator uważny, liczy się więc umiejętność obserwacji i ciekawość. Zaprawieni w bojach mikroturyści, którzy już przez niejeden płot przeskakiwali i przepraszali niejednego stróża, zwykle posiadają wspólną superumiejętność – potrafią spojrzeć na najbliższą, a często nawet na znaną sobie okolicę okiem turysty. Sami decydujemy, co uznamy za piękne i interesujące, tak jak w powiedzeniu beauty is in the eye of the beholder.
Nic się jednak nie bójcie: każdą z tych zdolności możecie u siebie wytrenować tak, jak crossfitowe mamy na IG trenują swoje smukłe łydki i zawstydzająco nieobwisłe przedramiona. Wrażliwości na detale, dociekliwości i nieoczywistych zachwytów zaskakująco dobrze uczą też dzieci. One, żeby paść z wrażenia, niekoniecznie potrzebują lazurowych lagun albo włoskich willi. Czasami wystarczy im trupek wielkiego świerszcza na poboczu leśnej drogi, grobla przez bagna, porzucony schron z pierwszej wojny światowej czy rodzina zielonkawych grzybków u progu drewnianej chatki.
Ludzi potrafią połączyć różne rzeczy – szacunek dla Jedi i nienawiść do Imperium, uczulenie na gluten, dietę paleo albo posiadanie psów tej samej rasy, a tym samym głębokiego zrozumienia ich potrzeb, chociażby takich jak zakup wełnianej kurteczki w kolorze złamanej śliwki na jesień. Natomiast nas z Sewerynem połączył brak, a dokładniej: brak umiejętności usiedzenia w miejscu. Trochę to wynieśliśmy z domu, bo nasi rodzice też lubili zmieniać otoczenie. Chodziliśmy z nimi po Wenecji z plecakiem pełnym gotowanych jajek i kajzerek z serem albo do lasu na grzyby, przy okazji łapiąc parę kleszczy, którymi nikt się wtedy nie przejmował. Bardzo im jesteśmy za tego bakcyla wdzięczni. Chociaż – bądźmy szczerzy – tamto chodzenie w porównaniu z naszym chodzeniem wydaje się doprawdy śmieszne.
Oboje urodziliśmy się w Kielcach i poznaliśmy w sytuacji, która do dziś jest jedną z moich ukochanych anegdot. Moich, bo Seweryn z jakiegoś powodu niekoniecznie lubi jej słuchać. Spotkaliśmy się na egzaminach wstępnych do jednego z kieleckich liceów. Dzielili nas na grupy alfabetycznie, no i moje Mich z jego Mas trafiło do jednej sali. Ja na sam koniec dostarczyłam wszystkim sporo atrakcji, mdlejąc przy oddawaniu pracy. Runęłam twarzą na biurko egzaminatorki, a nogi poleciały mi do tyłu i w górę. Jak dowiedziałam się dobre półtora roku później, Seweryn akurat stał za mną i zamiast mnie złapać, zakłopotany usunął się na bok. Po tym kiepskawym starcie było już tylko lepiej. Ostatecznie w pewną listopadową środę na Placu Partyzantów w Kielcach padło pytanie, na które mogłam odpowiedzieć wyłącznie twierdząco: „No, to co? Chodzimy?”.
Mieliśmy szczęście, bo świętokrzyskie to region, po którym naprawdę można pochodzić. Taki mikrowyprawowy supermarket, w którym od nadmiaru czasem boli głowa.
To kraina skałek, kamieniołomów, prastarych gór, gołoborzy, mieszczańskich dworków i miasteczek z wielowiekową historią. Do Warszawy trafiliśmy tak, jak cała reszta „słoików” – na studia. Te słoiki to zresztą sama prawda. Do dziś z czułością wracamy do czasów, kiedy ledwo dyszącym Peugeotem wracaliśmy od rodziców przesiąknięci zapachem zalewajki i schabowych smażonych na smalcu.
Mazowsze zrobiło na nas duże, choć niekoniecznie dobre wrażenie swoją porażającą płaskością. Nie przywykliśmy patrzeć tak daleko w horyzont i nie męczyć łydek krótkimi truchtami pod górę. Seweryna nawet dopadł rzadki syndrom lęku spowodowanego przebywaniem na zbyt małej ilości metrów nad poziomem morza. W najbardziej kryzysowych chwilach po wielokroć wchodził sobie na najwyższe piętro naszego bloku. Uspokajał się dopiero wtedy, kiedy uda zaczynały piec go w znajomy i swojski sposób.
Jednak nasza umiejętność trwania w miejscu jest taka, jak zdolność przeciętnego faceta do rozmowy o tym, co różni dwa podobne kolorystycznie typy urody – ciepłą wiosnę od wiosny czystej. Zrobiliśmy więc to, co umiemy najlepiej – chodziliśmy. Na początku trochę bezmyślnie i po omacku albo zbyt oczywiście – po Starym Mieście, wokół Pałacu Kultury, po Żelazowej Woli. Z czasem tym wędrówkom przybywało sensu i świadomości. Dziś Warszawiakami jesteśmy dłużej niż byliśmy Kielczanami, a Mazowsze opletliśmy ogromną pajęczyną mniejszych i większych mikrowypraw.
Interesowało nas wszystko – pojedyncze ulice, podwórka, modernistyczne bloki, bagna i malutkie rzeczki. Widok płaskich po horyzont pól nie wywołuje już w nas żadnego niepokoju, a podwarszawskie wydmy nazywamy górami. Co chyba oznacza, że spaliliśmy za sobą już ostatnie świętokrzyskie mosty.
Patrzymy też z politowaniem na tych, którzy twierdzą, że Mazowsze jest nudne.
To zdanie ma tyle wspólnego z prawdą, ile nazywanie naszego ośmiolatka cierpliwym i dobrze znoszącym porażki.
Od tamtych pierwszych wycieczek dzieli nas więcej czasu niż byłabym skłonna przyznać. Z raźnie maszerującej dwójki rozmnożyliśmy się do poruszającej się ruchem konika szachowego piątki. Zamiast wina i chipsów nosimy ze sobą zapasowe majtki i skarpetki w rozmiarze 104, kukurydziane chrupki, garść ludzików lego i cukierka na wypadek, gdybyśmy musieli przekonać Młodego do przerwania strajku okupacyjnego chodnika. Liczba nerwów, fakapów i momentów, w których sikamy ze śmiechu, zwiększyła się chyba trzykrotnie. Podobnie jak czas, którego potrzebujemy na pokonanie kilometra.
Ale mikrowyprawy pozostały i to, co kiedyś było hobby i pomysłem na związek, teraz stało się pomysłem na życie. Dziś przejście zgrabnej pętli przez las albo szlaku przedwojennych kapliczek potrafi sprawić nam więcej frajdy niż dzień bez nadepnięcia na klocek lego albo posiłek, podczas którego nikt nic nie rozlał. Do tego wspominki mikrowyprawowe są trochę jak wspominki kombatanckie. Z czasem potrafią się stać rodzajem wspólnej rodzinnej legendy, sieci wspomnień, która zostaje na zawsze. W końcu niewiele sytuacji potrafi zintegrować tak, jak wspólna marcowa przeprawa przez tamę bobrów z wózkiem nad głową, poszukiwanie nowych okularów na podmokłej łące o powierzchni hektara i euforia na widok sklepu Lewiatan po tym, jak ktoś nie wsadził do plecaka torby z prowiantem.
Być może się rozpędzam, ale to przecież przywilej profesorów uczelnianych mówiących długo i w przestrzeń, więc wybaczcie. Mikroturystyka to w pewnym sensie stan umysłu i ciekawa alternatywa dla rzeczywistości, w której slogany typu „Więcej, szybciej, dalej i mocniej” przestają motywować, a zaczynają frustrować i ciągnąć w dół. Pod względem biologicznym człowiek jest przecież wciąż mało kompatybilny z dzisiejszym światem. Światem przepełnionym bodźcami tak, jak brzuch pięciolatka żelkami po urodzinkach kolegi.
Czy mikrowyprawa może być zatem – nomen omen – ścieżką do zdrowia? I to nie tylko fizycznego, ale także, a może przede wszystkim, psychicznego? Ośmielę się stwierdzić, że owszem, co wiem z najwłaśniejszego doświadczenia.
Powiedzieć, że wypady z wózkiem w różne części Warszawy uratowały moje zdrowie psychiczne po trzech porodach, to nic nie powiedzieć.
To żadna nowość, że wyjście z rutyny robi nam dobrze na głowę. Są badania pokazujące, że człowiek czuje się lepiej w pomieszczeniach, w których regularnie pojawiają się drobne zmiany – inny kolor poduszek, fotel pod oknem, a nie przy stole, dwa plakaty po lewej zamiast jednego obrazu po prawej. Właśnie takim powiewem świeżości mogą dla naszych udręczonych, zmasowanych mózgów być mikrowyprawy. Które nie tylko ruszają nasze tyłki z domu, ale też zmuszają nas do oderwania się od trybików codziennego, kanałowego myślenia. Tylko, żeby nie było wątpliwości – w żadnym wypadku nie hejtuję tutaj wycieczek z kategorii makro. My, tak jak pewnie większość z was, też kochamy cannoli z kremem z grzanych słońcem włoskich cytryn, najlepiej jedzone na piazza za rogiem albo nocny spacer po Times Square. Ale życie od wakacji do wakacji, kiedy to, co pomiędzy, odbywa się w trybie przetrwania i oczekiwania, jest jak jedzenie od Wielkanocy do Wigilii tylko ziemniaków i schabowego. Wszyscy wiemy, że, panie, co pan, przecież tak się nie da żyć.
Co niezwykle ważne – mikroturystyka ma bardzo niski próg wstępu i nikomu nie stawia wysoko poprzeczki. Czasem może być po prostu wyprawą za róg – zdziwicie się, jak wiele niespodzianek może ukrywać przed nami najbliższa okolica. Bo mikrowyprawy są trochę jak lody waniliowe i witamina C: dobre na wszystko. Więc może już najwyższa pora skończyć z dyskryminacją tego, co blisko przez to, co daleko? Bo daleko wcale nie ma monopolu na przygodę, reset i ekscytację.