Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania

Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania - Fathers.pl
Fot. Kazik Springer
Esej Fotografia #fotografia

Może zamiast uczyć dzieci „ładnej fotografii”, lepiej pozwolić im na używanie aparatu jako narzędzia eksploracji i komunikacji? I przy okazji budować w nich odporność na manipulacje dokonywane przy pomocy wszędobylskich obrazów.

Mojego starego, mocno zmęczonego już Mju II wyciągnął z szuflady ze starym, fotograficznym sprzętem. Przez kilka dni bawił się nim, używając go jako statku kosmicznego w swojej zabawkowej flocie. Aparat świetnie się do tego nadawał – zaprojektowano go w 1997 roku w Japonii, miał obły, złamany zaledwie kilkoma delikatnymi liniami kształt oraz obiektyw ukryty za przesuwaną klapką. Kosmicznego sznytu dodawał mu kolor – moja wersja oficjalnie nazywała się „silver”, czyli srebrny, ale aparatowi bliżej było do matowego białego złota. Wszystko to sprawiało, że naprawdę wyglądał jak mały statek kosmiczny. Albo bardzo luksusowa mydelniczka.

Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania
Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania

Point and shoot

Mju II to kultowy aparacik, który dziś na aukcjach internetowych osiąga dość nieprzyzwoite ceny (czego w tamtym czasie nie byłem świadomy). Doceniono go za szybkość działania, niewielkie rozmiary, idealnie ostry obiektyw 35 mm i możliwość punktowego pomiaru światła. Bez cienia wahania można powiedzieć, że Mju II zdefiniował nowy trend w fotografii, zwłaszcza ulicznej, do której nadawał się idealnie – był mały, dyskretny, cichy i nie zwracał niczyjej uwagi.

Doskonała materializacja fotograficznej idei point and shoot – wyceluj i strzelaj. Aparat zrobi za ciebie całą resztę. Do dziś są fotografowie, którzy nie wychodzą bez niego z domu. Niektórzy tym maleństwem robią całe sesje dla modowych magazynów.

Akurat wyjeżdżaliśmy na wakacje. Czekała nas samochodowa podróż przez pół Europy, potem trochę byczenia się i powrót rozłożony na prawie cztery dni. Kazik miał cztery lata i choć dobrze już znosił takie podróże, wiedzieliśmy, że ta będzie dla niego wyzwaniem. Oprócz książeczek, planszówek, łamigłówek i kolorowanek wrzuciliśmy do jego torby także Mju. Zrobiłem to bez większego zastanowienia. Załadowałem do niego film i wymieniłem baterie. Nie spodziewałem się niczego.

Dłuższą chwilę zajęło mi wyjaśnienie synowi, że może tym aparatem zrobić tylko trzydzieści sześć zdjęć i żadnego z nich nie da się później wykasować, ani tym bardziej wyświetlić na tylnej ściance aparatu. W końcu to ogarnął. I zaczął go po prostu używać. Point and shoot.

Po powrocie wyciągnąłem film z aparatu, oddałem do wywołania. Oglądając odbitki, pomyślałem, że byliśmy na dwóch, trochę innych wyjazdach.

Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania

Dowiadywać się, fotografując

Fotografia to znakomite narzędzie poznawcze. I nie chodzi mi wcale o to, że dzięki niej możemy zobaczyć miejsca, ludzi, sytuacje, dowiedzieć się, jak wyglądają nieznane gatunki roślin czy zwierząt oraz się nimi zachwycić. Oczywiście ma to znaczenie, choć pewnie czas przeszły byłby tutaj bardziej na rzeczy. Od dawna żyjemy przecież w natłoku obrazów, bombardują nas w każdej godzinie naszego życia – ruchome i nieruchome, prawdziwe i syntetyczne.

Czasami myślę sobie, że robienie zdjęć, by coś komuś pokazać, właśnie się kończy.

Bo szansa, że ten ktoś znajdzie czas i będzie na tyle uważny, by przy tej fotograficznej opowieści zatrzymać się na dłużej i jeszcze ją przemyśleć, jest coraz mniejsza. Ale jednocześnie, gdy mowa o uwadze i koncentracji, umykających nam coraz bardziej, to nie mam wątpliwości, że fotografia doskonale nadaje się do tego, żeby choć trochę odzyskać nad tymi dwiema kontrolę. Ale pod warunkiem, że z biernych oglądaczy zamienimy się w aktywnych, zaangażowanych twórców. I że będziemy postępować zgodnie z kilkoma zasadami, które da się zamknąć w zdaniu: „Jeśli już robisz zdjęcie, postaraj się je zrobić najlepiej, jak umiesz i możesz”.

Dosyć często fotografuję architekturę, co oznacza zaangażowanie w ten proces całej mojej uwagi i całego ciała. Aby zrobić zdjęcie budynkowi, muszę się nachodzić – wokół niego i w środku. Patrzę z daleka i z bliska, dotykam, obserwuję korzystających z niego ludzi. Szukając idealnego punktu, czasem leżę na ziemi, a czasem stoję na dachu budynku naprzeciwko.

Dbam, by piony były pionowe. Czekam na pogodę, na światło, na pustą ulicę albo na tramwaj, który rozmyty długim czasem ekspozycji przysłoni mi malowniczym maźnięciem nieestetyczny parter secesyjnej kamienicy. Stojąc ze statywem na środku chodnika, wchodzę w interakcje z innymi ludźmi. Przede wszystkim jednak skupiam się na zadaniu. To skupienie owocuje nie tylko satysfakcjonującym zdjęciem, ale także lepszym poznaniem miejsca, które fotografuję.

Oczywiście żadne dziecko z aparatem nie będzie robiło tego, co ja. Wejdzie raczej w fotograficzną praktykę na zasadach idei point and shoot. I nic w tym złego. Jednorazowy aparacik, wysłużona cyfrówka wygrzebana z szuflady biurka, jakaś „małpka”, która mieści się w kieszeni albo nie będzie zbytnio ciążyć na szyi, całkowicie tu wystarczą.

Dzieci fotografują najczęściej w myśl zasady, którą sformułował wybitny amerykański fotograf Garry Winogrand: „Fotografuję, by zobaczyć, jak świat wygląda na zdjęciach”. Kierują jednak obiektywy w trochę inne strony.

Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania

Katalog skarbów

Na początku nowego milenium zespół brytyjskich badaczy pod kierunkiem profesora Mike’a Sharplesa przygotował duże, finansowane przez Unię Europejską badanie pod tytułem Children as Photographers: An Analysis of Children’s Photographic Behaviour and Intentions (pol. „Dzieci jako fotografowie: Analiza ich zachowań fotograficznych oraz intencji”). W ramach badania rozdano sto osiemdziesiąt aparatów dzieciom w wieku siedem, jedenaście i piętnaście lat, w pięciu krajach europejskich (Wielka Brytania, Niemcy, Polska, Portugalia, Finlandia). Postawiono przed nimi jedno zadanie: róbcie zdjęcia czegokolwiek przez cały weekend.

Analiza zebranych fotografii przyniosła kilka ciekawych wniosków. Przede wszystkim: dzieci nie interesowała estetyka. A jeśli już, to nie w pierwszej kolejności.

O ile dorośli często robią zdjęcia, by „zatrzymać piękną chwilę”, o tyle maluchy uruchamiają migawkę, by katalogować rzeczywistość.

Zwłaszcza najmłodsi uczestnicy badania kierowali obiektywy na swoje zabawki, kolekcje czy zwierzęta – zdjęcia służyły jako dowód: „To jest moje”, „to istnieje”.

Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania

Dokładnie to zobaczyłem na zdjęciach Kazika z tamtych wakacji z aparatem Mju. W austriackim Gumpoldskirchen, pięknym miasteczku otoczonym winnicami (które jak sam mówił, bardzo mu się podobało i chciałby tam wrócić) sfotografował jednak szorstkowłosego jamnika oraz własny klapek, który spadł mu ze stopy podczas spaceru. W Chorwacji zrobił serię zdjęć swoich foremek do piasku rozrzuconych na plaży i samochodziki leżące na dywanie w hotelowym pokoju. Ze Słowacji pochodzi zdjęcie loda z posypką. Na żadnym z jego kadrów nie ma tego, co nas (ale też i jego) podczas tych wakacji tak zachwycało.

To sprawiło, że przypomniałem sobie myśl, którą kiedyś w wywiadzie podzielił się ze mną inny tata, fotograf i podróżnik Bart Pogoda (obecny zresztą na łamach „Fathers” od samego początku): „Najbardziej mnie chyba przeraża to, że ludzie potrafią przerwać swoje przeżycie w danym miejscu, żeby wrzucić zdjęcie albo nagranie na Instagram. W tym nagraniu opowiedzą ci w dodatku, jak niezwykłą chwilę przeżywają, zamiast ją po prostu przeżyć”.

Oglądając kadry Kazika, a raczej to, czego na nich nie ma, zacząłem się zastanawiać, jak często przerywam sobie przeżycie, by zrobić zdjęcie, którego de facto robić nie muszę.

Dzieci – co pokazało badanie profesora Sharplesa – żywią też wyraźną niechęć do zdjęć pozowanych. Zwłaszcza młode nastolatki podkreślały „fałszywość póz i zachowań” sfotografowanych dorosłych. Pamiętajmy, że badanie przeprowadzono w 2003 roku, a więc jeszcze przed masowym rozwojem mediów społecznościowych.

Intuicja podpowiada, że dziś ten wniosek mógłby być inny. Wystarczy spojrzeć, jak istotną rolę odgrywa fotografia i upiększające algorytmy w serwisach społecznościowych, także wśród dzieci, i jakie spustoszenie może siać w ich głowach. Dziś Kazik ma dziewięć lat i ilekroć fotografuję jego rówieśników i rówieśniczki w jakichś towarzyskich sytuacjach, odkrywam – ciągle ze zgrozą – że przynajmniej jedna młoda osoba na zdjęciu przybiera wystudiowaną pozę, którą podpatrzyła gdzieś w internecie.

Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania

Być może jednak najciekawszym wnioskiem z badania, na które się powołuję, było to, że zdjęcia służyły dzieciom do opowiadania. W tym sensie nie były autonomiczne – towarzyszyło im zawsze wspomnienie, anegdota albo choćby wyjaśnienie, które układały się w narrację o weekendzie spędzonym z aparatem w ręku. Co prowadzi oczywiście do ciekawych wniosków na temat narracyjnych możliwości i ograniczeń fotografii, ale to już historia na później. Powoli docieramy wreszcie do kącika za szopą.

 

Kącik za szopą

W pliku odbitek przywiezionych z tamtych wakacji znalazłem i takie, które przedstawiały miejsca czy sytuacje zaobserwowane tylko i wyłącznie przez Kazika. To właśnie one sprawiały, że miałem poczucie, że oglądam relację z trochę innego wyjazdu. Również i ta intuicja znajduje potwierdzenie w bardziej metodycznych opracowaniach. Witajcie w kąciku za szopą.

Profesor Alison Clark z University of South-Eastern Norway (USN) oraz UCL Institute of Education w Londynie – specjalizująca się w edukacji wczesnoszkolnej – jest światową pionierką metod partycypacyjnych, czyli takich, w których dzieci są współbadaczami, a nie tylko obiektami badań. Peter Moss to emerytowany profesor w Thomas Coram Research Unit (UCL Institute of Education), ceniony autorytet w dziedzinie edukacji wczesnoszkolnej i krytyk standaryzacji w edukacji. Kierowany przez tę dwójkę zespół postanowił zaangażować dzieci z londyńskich przedszkoli, by sprawdzić, jak odbierają i organizują one przestrzeń w tych placówkach i jak to wpływa na ich zachowania.

Celem było włączenie perspektywy dzieci poniżej piątego roku życia w ocenę wielozadaniowej sieci usług dla dzieci i rodzin w Londynie. Przygotowując się do tego zadania, badacze natknęli się bowiem na fundamentalny problem: tradycyjne metody – wywiady, obserwacje – były nieadekwatne do celu: przechwycenia bogatej wewnętrznej rzeczywistości małych dzieci. Te bowiem często nie mogły lub nie chciały mówić, obserwacje dorosłych były stronnicze, a ważne dla dzieci szczegóły pozostawały niewidoczne dla badaczy.

Clark i Moss postanowili więc wdrożyć szereg nowych, angażujących dzieci metod, dzięki którym zyskali wgląd w ich rzeczywistość. Jedna z nich polegała na rozdaniu maluchom jednorazowych aparatów, inna na organizowaniu wycieczek po przedszkolach, w których przewodnikami były same przedszkolaki. I to one decydowały, co fotografować i filmować mają dorośli.

To właśnie w ten sposób badacze dowiedzieli się o kąciku za szopą, centrum życia towarzyskiego przedszkolaków, o którym opiekunki i opiekunowie nie mieli wcześniej bladego pojęcia. Ujawniła się też problematyczna dla maluchów – dominująca w ich relacjach – obecność ogrodzenia w jednej z placówek. Dzieci próbowały jakoś sobie radzić, wydłubując w nim dziury i szpary, dzięki którym mogły obserwować przechodniów czy spacerujące w pobliżu psy. Z przeglądu zdjęć i ich omówienia z małymi autorami wynikało też jasno, że na wielu przedszkolnych dziedzińcach brakowało miejsc, na których można by sobie po prostu posiedzieć.

Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania
Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania

Tarcza

Ale oprócz samych odkryć poczynionych przez dzieci i badaczy w przedszkolach, fotografia okazała się niezwykle pomocnym narzędziem komunikacyjnym. W jednym z tekstów podsumowujących badania Alison Clark opisuje przypadek czteroletniego Reesa, borykającego się z pewnymi ograniczenia mowy, które utrudniały mu komunikowanie się z innymi. Jakakolwiek próba rozmowy z nim nie przynosiła efektu. Chłopiec był jednak zafascynowany aparatem jednego z badaczy, ochoczo zgłosił się do fotografowania, a później stworzył książkę z wykonanych przez siebie zdjęć, samodzielnie dyktując do nich odpowiednie podpisy. Dzięki fotografii badacze byli w ogóle w stanie skomunikować się z Reesem – jednym z tych dzieciaków, które zawsze trzymają się z tyłu. Bez użycia tego narzędzia pozostałby dzieckiem „niewidzialnym”.

Wiele badaczy i badaczek zajmujących się znaczeniem fotografii w rozwoju dzieci wskazuje też na jeszcze jedną jej zaletę. To zamiana tradycyjnego podziału ról, zgodnie z którym to rodzic bądź inna osoba dorosła jest najczęściej przewodnikiem po świecie dla małego człowieka. Wraz z użyciem fotografii, ten podział ról może się zmienić, a razem z nim hierarchie wynikające z takiej relacji.

Uniwersum manipulacji

Niezwykle pouczająca może być też aktywna rozmowa o zdjęciach, zwłaszcza z nieco starszymi dziećmi i w kontekście problemu, z którym wszyscy, bez względu na wiek, borykamy się coraz częściej. Chodzi o to, co naprawdę zdjęcia znaczą. I czy to znaczenie jest niezmienne.

W zalewie obrazów niezwykle ważnym jest bowiem posiąść zdolność krytycznego przyglądania się im. Aby to zrozumieć wystarczy zrobić proste ćwiczenie, które na potrzeby tego tekstu przygotowałem dzięki generatorowi obrazów sztucznej inteligencji.

Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania
Midjourney

Spójrzmy na ten obrazek i zastanówmy się, co on przedstawia. W pierwszym odruchu powiemy zapewne, że widać na nim śpiącego na trawie mężczyznę. Po chwili zastanowienia, musimy jednak przyznać, że nie wiemy, czy mężczyzna na pewno śpi – równie dobrze może być martwy, nieprzytomny albo po prostu zamknął oczy. Najbliższa prawdzie odpowiedź na pytanie, co widać na tym zdjęciu, brzmi więc: widać na nim mężczyznę z zamkniętymi oczami leżącego na trawie.

Zacznijmy teraz naszą pouczającą manipulację. Nie musimy przy tym niczego zmieniać w samym zdjęciu wyjściowym. Ono nadal przedstawia to samo: mężczyznę z zamkniętymi oczami leżącego na trawie. Wystarczy, że położymy obok niego inne obrazy.

Jakie znaczenie nasuwa się dla takiej pary obrazów?

Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania
Midjourney
Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania

Sprawa jest dość oczywista – nasz bohater wypił zbyt dużo wina i zaległ na trawie pijany. Zmieńmy teraz zdjęcie towarzyszące.

Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania
Midjourney
Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania

Co z tej pary zdjęć wynika? Mężczyzna miał wypadek na rowerze, dzwonimy po karetkę.

Dokonujemy kolejnej zmiany. Robi się jeszcze groźniej.

Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania
Midjourney
Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania

I wreszcie dochodzimy do pary najbardziej uspokajającej.

Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania
Midjourney
Witajcie w kąciku za szopą, czyli dlaczego warto zachęcać dzieci do fotografowania

Ta prosta zabawa pokazuje jednocześnie, jak wielką moc i jak wielkie ograniczenia ma fotografia w budowaniu znaczeń. I jak łatwo przy jej pomocy manipulować interpretacjami poszczególnych obrazów. Dzieje się to na wielu poziomach, a ten przedstawiony powyżej jest jednym z najprostszych, jakie można przytoczyć. A przecież dziś nasze dzieci dorastają w świecie o wiele bardziej zdominowanym przez obrazy niż ten, w którym sami dorastaliśmy. Będą więc siłą rzeczy o wiele bardziej narażone na oszustwa dokonywane przy pomocy tych obrazów.

Ćwiczenie to przypomina także o istocie metody Mosaic stworzonej przez Clark i Mossa: każde zdjęcie (a także mapa, rysunek i wszystko czego w tamtym badaniu użyli badacze) to zaledwie „płytka” mozaiki, element całości, który objawia swoje znaczenie tylko w kontekście innych i dopiero wówczas staje się czytelny. A znaczenie to bardzo zależy nie tylko od kontekstu, w którym umieścimy zdjęcie, ale także od rzeczowej rozmowy o nim.

Miesiąc temu Kazik dostał pod choinkę kupionego z drugiej ręki hybrydowego superzooma – aparat, przy pomocy którego można fotografować oddalone o kilkadziesiąt metrów ptaki w karmniku albo kratery na księżycu. Po przełączeniu w tryb makro można nim zrobić także efektowne zdjęcia huby na drzewie w parku albo sweter mamy z bardzo, bardzo bliska. Niemal całe święta spędził, siedząc w oknie, pogryzając pierniki i czekając na rudzika w ogrodzie dziadków. Trzeciego dnia się doczekał. Tak sobie znalazł własny kącik za szopą.

 

Czytaj więcej