Who’s Your Daddy: „Kwestia organizacji”, czyli jak dobić leżącego
Dlaczego w internecie, ale i na placach zabaw tak lubimy się zamieniać w sędziów cudzego życia? Łukasz Dominiak, Daddy, rozprawia się z „perfekcyjnymi ogarniaczami” i ich złotymi radami. Zamiast nich woli wspólną kawą ze zmęczonymi rodzicami.
Z jednej strony są ci „ogarnięci”. Ludzie, którzy używają pewnego legendarnego wyrażenia niczym magicznej różdżki (a raczej bejsbola) w stosunku do osób – to ta druga strona – radzących sobie nieco gorzej. Kiedy się spotykają, wtedy wjeżdża on – Rycerz Złotej Rady – i odpala tę słynną rakietę, powiem to od razu na trzy-cztery: „To wszystko kwestia organizacji”.
Zawsze zastanawia mnie motywacja osoby wypowiadającej te słowa. Czy naprawdę wierzy, że ta druga strona dozna nagle olśnienia?
Że usłyszy je i krzyknie: „O kurczę! Rzeczywiście! Dzięki, Bożenko! Wystarczyło kupić planer z empiku, a wszystko stało się takie proste!”. I pstryk: świat zamienia się w tęczową krainę, po której biega ten słynny koń ze szpikulcem na czole. Jak on się nazywał? Jednorożec – cytując klasyka polskiego hip-hopu.
Zaraz, zaraz, ale czy na pewno dane są kompletne? Czy pouczanie kogoś, zwłaszcza w internecie, jest w ogóle sprawiedliwe? Czy my faktycznie sami radzimy sobie tak celująco, żeby wydawać wyroki z wysokości kanapy?
Być może to mało odkrywcze, ale wracamy tu do empatii. Może warto włączyć myślenie, zanim położymy palce na klawiaturze? Niby to oczywistość, ale gdy czytam komentarze na grupach rodzicielskich, dochodzę do wniosku, że jednak to wiedza tajemna.
Scenariusz jest zawsze ten sam: ktoś pisze, że ma problem, że pada na twarz, że nie daje rady. I zawsze, ale to zawsze, znajduje się Samarytanin Dobrej Woli, który rzuca zaklęciem: „To kwestia organizacji”, „powinnaś to sobie lepiej poukładać” albo klasyk gatunku: „ja nie mam takiego problemu, moje dziecko śpi i je spokojnie”.
No właśnie. Twoje. Nie moje, nie sąsiadki spod piątki i nie Andrzeja z liceum. To, że twoje, nie czyni z niego wzorca z Sèvres pod Paryżem, do którego wszystkie inne – a my razem z nim – muszą równać. Jedyne, co wiemy na pewno: każde dziecko jest inne. A skoro jest wyjątkowe, to znaczy, że instrukcja obsługi od jednego nie pasuje do drugiego.
Ta „inność” wynikać może z miliona aspektów. Począwszy od spraw bytowych rodziny, poprzez jej warunki mieszkaniowe, aż po coś tak zwykłego jak fakt, czy pod ręką jest armia babć, czy na placu boju jesteśmy zupełnie sami.
Pamiętam dobrze czasy mojego dzieciństwa na wsi. Wychowywali mnie rodzice, jasne, ale żyliśmy w „systemie rodowym”. Mieszkaliśmy blisko siebie. Jeśli mama nie wyrobiła się z obiadem, ciocia miała mnie na oku i dokarmiała pierogami. Żyliśmy w swego rodzaju komunach wsparcia. Dziś rodzice rozjechali się po Polsce i świecie. Ich decyzja, owszem, ale to nie oznacza, że stracili prawo do tego, by trochę ponarzekać.
Gdy jednak przyznają, że jest im ciężko, bo babcia mieszka trzysta kilometrów dalej i znikąd pomocy, słyszą nieśmiertelne: „Oj tam, nie przesadzajcie, teraz macie pampersy!”.
My rodzice z wszystkich krajów bardzo się z tego cieszymy i szanujemy ten wynalazek.
Przypominam sobie podwórko mojej kuzynki obwiązane sznurkami, na których suszyły się tetrowe pieluchy, i wiem, że to była męczarnia. Ale posiadanie pampersów nie anuluje zmęczenia, także psychicznego, a pielucha (nawet najbardziej chłonna) nie wstanie w nocy do płaczącego niemowlaka ani nie zostanie z nim nawet na chwilę, żeby można było zrobić coś tylko dla siebie bez towarzystwa osoby o wiele młodszej.
Wracając do „kwestii organizacji” – tak mi się spodobało to wyrażenie, że nazwałem w ten sposób mój sklep internetowy. Jestem pod wrażeniem własnej ironii, więc myślę, że mam mandat do tego, by wbić małą szpilę w piękne, ponętne i napięte ciało perfekcyjnej organizacji.
A mandat mój wygląda tak: mam dwójkę wspaniałych dzieci. Te same geny, ten sam dom, ci sami (czasem niewyspani) rodzice. A jednak – dostały się nam dwa absolutnie różne egzemplarze! Inaczej zasypiały, inaczej jadły, inaczej się bawiły. Niemożliwe? A jednak. Odstają od zasad Rycerzy Dobrej Rady.
Co zrobiliśmy źle? I w przypadku którego z nich?
Jedno z nich nosiłem na rękach do trzeciej w nocy, robiąc kilometry po dywanie. Pamiętam, gdy kiedyś w akcie totalnej desperacji zostawiłem na długo włączoną suszarkę do włosów, bo tylko jej szum sprawiał, że ten mały terrorysta zasypiał. Rachunek za prąd bolał, ale cisza była bezcenna. A drugie? Odkładałem do łóżeczka, dawałem buziaka i wychodziłem. Ono po prostu spało.
Czyja to zasługa? Moja? Mojego geniuszu organizacyjnego? Nie. Takie po prostu się urodziły.
Gdybym miał tylko to drugie, „samoobsługowe” dziecko, może chodziłbym z zadartym nosem i twierdził, że rodzice, którzy nie potrafią uśpić malucha, na pewno robią coś nie tak. Ale nie myślałbym chyba, że to życiowe przegrywy i nieudacznicy, i że przerasta ich zadanie, z którym od początku ludzkości zmagają się rodzice. Ale życie dało mi też to pierwsze, które dawało mi w nocy tak popalić, że rano nie wiedziałem ani jak się nazywam, ani w którym roku się obudziłem. To była lekcja pokory.
Reasumując: nie oceniajmy (za szybko). Zamiast rzucać na prawo i lewo, że „to kwestia organizacji”, powiedzmy: „Daj znać, jak ci mogę pomóc. Może wpadnę z kawą i mi opowiesz?”, albo chociaż najprościej: „Jakbyś czegoś potrzebowała, jestem pod telefonem”. To działa lepiej niż najlepszy planer.
Trzymajcie się ciepło.