Who’s Your Daddy: Horyzont Zdarzeń albo mgliste wspomnienie ze szkoły rodzenia
Słuchaj w formie podcastu
Kusi cię, żeby na sali porodowej opowiedzieć żart o tym, że pęknięty zajad boli tak samo jak poród? Nie rób tego. O przezroczystych fartuszkach, walce z plastikową lalką i brutalnym zderzeniu teorii z rzeczywistością, w której pytanie: „Jak się czujesz, kochanie?” to strzał w kolano.
Szkoła rodzenia. Metaforyczny Horyzont Zdarzeń – punkt, zza którego nie widać już powrotu do starego życia, a grawitacja nieuchronnie wciąga nas w czarną dziurę pieluch i nieprzespanych nocy. Jak wspominam ten czas? Cóż, mam pewne przemyślenia, z którymi – mam nadzieję – nie zostanę sam.
Na wstępie mały disclaimer dla purystów: tak, na swoim kursie byłem dekadę temu. Pewnie zaraz ktoś krzyknie: „Ej, teraz jest inaczej, teraz mamy mindfulness, partnerskie oddychanie i plan porodu!”. Może i tak. Ale z relacji kolegów, którzy debiutują w roli ojca dzisiaj, wnioskuję, że pewne fundamenty – zwłaszcza te dotyczące męskiego zagubienia – niespecjalnie się zmieniły. Technologie ewoluują, ale przerażenie w oczach faceta, któremu dają do ręki noworodka, pozostaje ponadczasowe.
Idziesz tam zazwyczaj przy pierwszym dziecku. To logiczne – przede wszystkim towarzyszysz partnerce i szukasz instrukcji obsługi. Trochę jak z nauką jazdy, tyle że szkoła rodzenia to taki przyspieszony kurs teoretyczny.
Siedzisz, słuchasz, zdajesz wewnętrzny egzamin, a potem… potem ktoś podaje ci twoje dziecko.
Ale zderzenie z rzeczywistością następuje zazwyczaj już na izbie przyjęć. W głowie masz te wszystkie wzniosłe obrazy o cudzie narodzin, o magii, o wspaniałym doświadczeniu… A tu ci nagle wjeżdża szpitalny realizm. Ja na przykład od pani w okienku na „dzień dobry” usłyszałem komendę: „Soczek kupi!”. Rozglądam się… Do mnie mówi? Do żony? Kto ma kupić? I dlaczego soczek akurat?
Potem jest etap przebieranek. Dostajesz ten zielony, flizelinowy strój. Panowie, umówmy się – to jest test na godność. Podobno w stresie niektórzy zakładają worki na buty na głowę, a czepki na buty. Słyszałem legendę o gościu, który rozebrał się do naga, włożył ten półprzezroczysty fartuszek bezpośrednio na ciało i dumnie wkroczył na porodówkę. Nie wiem, może był wizjonerem i przewidział nadchodzącą kolekcję domu mody Marni? W każdym razie – łatwo się potknąć. Zwłaszcza o własne ego albo źle spakowaną torbę (o której przecież było w szkole, ale widocznie za mało).
I tu wracamy do samych szkół. Fajnie, że są. To naprawdę ważne. Ale mam nieodparte wrażenie, że wciąż jest tam trochę za mało o Tatusiach. Tak, wiem, jak to brzmi – nie wszystko musi być o nas. Z praktyki? Każą ci przebrać lalkę. Plastikową, sztywną lalkę. I choć wydaje się to banalne, to nawet na tym etapie można się spocić, gdy głowa manekina ląduje w nogawce pajacyka. Ale zdradzę wam tajemnicę, której lalka nie wyjawi: żywe dziecko się rusza. Mało tego – ono ma swoje zdanie. Jak mawiał jeden z ulicznych wieszczów: „Niby jest fajnie, ale ni ch*ja nie jest fajnie”, zwłaszcza gdy w połowie operacji „pielucha” następuje niekontrolowany wyciek. Na lalce tego nie przećwiczysz. A to wtedy, gdy ciepło rozlewa się po rękach, a ty uśmiechasz się głupawo do położnej, następuje prawdziwy egzamin dojrzałości.
W szkole uczymy się też oddychać. Wdech, wydech, relaks, om. Piękna teoria. Na sali porodowej dynamika jednak nieco się zmienia. Twoje subtelne sugestie: „Kochanie, oddychaj przeponą” mogą spotkać się z szybką i precyzyjną ripostą: „Zamknij się”. I wiecie co? Trudno się obrażać. Riposta jest cięta i ostra, ale szczera. Kobiety przy porodzie mają gorzej – nie ma co owijać w pieluchę, tfu, w bawełnę.
Co prawda znam jednego śmiałka, który stwierdził kiedyś, że poród boli podobnie jak pęknięty zajad, ale słuch o nim zaginął.
Nie wiem, czy jego ciało kiedykolwiek odnaleziono.
Czego mi więc brakuje? Modułu życiowego. Czegoś w stylu poradnika „Jak przetrwać potem”. Nie mam absolutnie nic do położnych – te, które poznałem to wspaniałe osoby, anioły cierpliwości. Ale system szkolenia często skupia się głównie na mechanice porodu, niewiele zajmując się tym, co dzieje się w głowie, szczególnie męskiej. Zamiast tego słyszymy wyświechtane suchary: „Wyśpijcie się na zapas” (a czy można też najeść się na zapas na przyszły tydzień?) albo „Nie wy pierwsi, nie ostatni”. To nie pomaga. To tylko potęguje frustrację, gdy o trzeciej nad ranem orientujesz się, że jednak nie dajesz rady.
Marzy mi się szkoła rodzenia z większą dozą empatii dla obu stron, a mniejszą ilością suchej techniki. Taka, która powie facetowi: „Słuchaj, też jesteś częścią tego projektu. Po twojej stronie jest ogarnięcie logistyki, spakowanie torby (tak, żeby wiedzieć, co w niej jest), i – na miłość boską – niezadawanie w trakcie skurczu pytań w stylu: »Boli cię, kochanie?«”. Ale może to nie szkoła rodzenia powinna mnie zaopatrzyć w tę wiedzę? Może właśnie wymyśliłem nowy produkt na pojemnym parentingowym rynku.
Jesteśmy w tym razem. Bycie Tatą brzmi dumnie, ale na ten tytuł trzeba zapracować. I mimo że to panie odwalają najcięższą robotę, nam przydałaby się męska szkoła rodzenia – taka bez lukru, o emocjach i odpowiedzialności. Dlatego panowie: zadawajmy pytania, bądźmy blisko, nie siedźmy na ławce rezerwowych przez cały mecz. Szkoda by było przegapić najważniejszą rozgrywkę w życiu.
PS Czy właściwie pęknięty zajad serio nie boli podobnie…?