W rytmie rzeki 4: Szlak Wezery i wiatr od morza
Słuchaj w formie podcastu
Szlak Wezery (Weserradweg) to trasa, która z jednej strony uczy pokory, a z drugiej odwdzięcza się pustymi kempingami, architekturą z baśni braci Grimm i rewelacyjną zabawą na mieliznach Morza Wattowego. Kolejny odcinek opowieści Jacka Grunta-Mejera o podróżach rowerowych wzdłuż niemieckich rzek.
Partnerem cyklu jest : Niemiecka Centrala Turystyki
Na progu wakacji wraz z Jackiem Grunt-Mejerem podróżujemy szlakami rowerowymi wzdłuż najbardziej malowniczych niemieckich rzek.
Część 1 – Sprawdź niesamowite miejsca nad Odrą, Nysą i Łabą
Część 2 – Odwiedź rzeczne labirynty Westfalii
Część 3 – Zmierz się z 1200 km pedałowania wzdłuż Renu i Menu!
To była ostatnia duża wyprawa z dziećmi w dotychczasowym formacie. Trasa poprowadziła nas wzdłuż Wezery (Weserradweg). Był to też swoisty pożegnalny test naszego ekwipunku – po raz ostatni użyliśmy przyczepki, w której podróżowały prawie ośmioletnie już bliźniaki, oraz holu typu follow-me podpiętego do najmniejszego roweru na dwudziestocalowych kołach.
Logistyka wyglądała klasycznie: pociągiem przez Berlin do Getyngi, skąd ruszyliśmy na rowerach do Hann. Münden – urokliwego miejsca, gdzie Wezera bierze swój początek. Dalej jechaliśmy wzdłuż rzeki aż do wybrzeża Morza Północnego w Cuxhaven, a stamtąd, wzdłuż Łaby, dotarliśmy do Hamburga, by wrócić pociągami do domu.
Lekcja pokory i magiczny pedelec
Pierwsze dni szybko zweryfikowały nasze założenia i przyniosły ważną lekcję: jeśli zaczynasz podróż w terenie pagórkowatym, dokładnie sprawdź profil trasy. Z przyczepką rowerową każda górka urasta do rangi solidnego wyzwania. Ponieważ nauczeni doświadczeniem zawsze jeździmy z zapasami na nieprzewidziane sytuacje, nie był to dramat, ale do pierwszego noclegu, który na mapie znajdował się „tuż przy Getyndze”, jechaliśmy bite dwie godziny. Z kolei pokonanie 45 kilometrów do drugiego miejsca zajęło nam cały dzień.
To właśnie tam, drugiego dnia, ugościła nas w ramach couchsurfingu starsza pani profesor z uniwersytetu w Getyndze. Drobna, niezwykle ciepła kobieta mieszkająca w dużym, drewnianym domu tuż nad rzeką. Gdy rzuciła w rozmowie, że codziennie dojeżdża do pracy 16 kilometrów przez solidne wzniesienie w zaledwie godzinę, myślałem, że coś źle zrozumiałem. Zagadka rozwiązała się szybko – nasza gospodyni na co dzień śmigała na rowerze elektrycznym (w Niemczech nazywanym nieco mocniejszym słowem pedelec). To był absolutnie fantastyczny wieczór na rozpoczęcie podróży. Na podwórku stała wielka trampolina, która pochłonęła dzieci na resztę dnia, a my mogliśmy w spokoju zjeść kolację i porozmawiać.
Cisza Wezery i zderzenie z wybrzeżem
Sama Wezera okazała się dla nas prawdziwym odkryciem. W przeciwieństwie do gęstego turystycznie Renu, tutaj pedałowaliśmy przez tereny niemal nieodkryte. Rzadko mijaliśmy innych rowerzystów, a kempingi momentami bywały zupełnie puste – do tego stopnia, że zastanawiałem się, czy nie pomyliłem trasy. Rzeka płynie tu leniwie, wśród łąk i niewielkich miasteczek. To był ten unikalny rodzaj cichej podróży, gdzie nikt się nie spieszy, a czas zwalnia.
Ten sielankowy stan zmienił się drastycznie, gdy tylko dotarliśmy nad morze. Cuxhaven pękało w szwach. Na kempingach brakowało miejsc – namioty rozbiliśmy dopiero na trzecim z rzędu, zajmując dosłownie ostatni wolny skrawek trawy. W szczycie sezonu wakacyjnego o noclegach u lokalsów w takich kurortach można zapomnieć.
Wyschnięta rzeka i spacery po dnie morza
Tamto lato było wyjątkowo suche, co zaserwowało nam dwie nietypowe przygody. Pierwsza: dojeżdżamy do przeprawy promowej i dowiadujemy się, że prom nie kursuje z powodu zbyt niskiego stanu wody. W zamian podstawiono nam… autobus zastępczy. Druga sytuacja miała miejsce niedaleko Bremerhaven. Zapakowaliśmy całą naszą rowerową karawanę do autobusu, by przejechać niezwykle długim tunelem pod korytem Wezery. Zjazd pod ziemię uświadomił nam to, czego nie było do końca widać z brzegu – jak potężna i szeroka jest w tym miejscu rzeka. Z poziomu wody aż tak się tego nie czuło; z tunelu – bardzo.
W samym Cuxhaven czekała na nas jeszcze jedna, absolutnie rewelacyjna niespodzianka – Morze Wattowe (Wattenmeer). To spektakularne mielizny Morza Północnego, po których w czasie odpływu można wejść naprawdę daleko w głąb morza, mając wodę zaledwie po kolana. Dzieci były zaskoczone, ale i wniebowzięte. Ganianie, chlapanie i zabawy w błocie w upalny dzień to idealny przepis na dziecięce szczęście. Warto zostać w tej okolicy nieco dłużej, by poobserwować, jak krajobraz niesamowicie zmienia się w rytm morskich pływów.
Duma z sakw i walka z wiatrem
To był też wyjazd, na którym dzieci zaczęły ogarniać mnóstwo obozowych spraw samodzielnie. Wieczorami graliśmy w planszówki lub kometkę, a przy rozbijaniu obozowiska ślizgali się boso po mokrej trawie, chętnie pomagając przy namiocie. Z liczącej 700 kilometrów trasy, samodzielnie, na zmianę, przejechały około 400. Dzielnie pedałowały i dosłownie pękały z dumy, gdy do ich własnego roweru udało nam się przypiąć małe, przednie sakwy.
Mieliśmy tylko jednego, bezlitosnego wroga: wiatr od morza. Im bliżej Bremy, tym Wezera staje się szersza (w pewnym momencie drugi brzeg był ledwie widoczny na horyzoncie), a wiatr wiał nam prosto w twarz. Przyczepka działała w takich warunkach jak otwarty spadochron. Próbowałem szukać alternatywnych, osłoniętych leśnych dróg, ale niewiele ich tam było.
10 miejsc na trasie, których nie możecie ominąć!
Hann. Münden – tam, gdzie rodzi się rzeka
Startujemy z grubej rury w miejscu, gdzie łączy się ze sobą krajobraz i historia. To właśnie tutaj, z połączenia rzek Werra i Fulda, powstaje Wezera, co upamiętnia słynny kamień Weserstein. Samo miasteczko to absolutna perła pełna urokliwych domów o konstrukcji szachulcowej, czyli z pruskiego muru.
Bad Karlshafen – barokowa przystań
Jadąc dalej, traficie na miasto, które wygląda, jakby je tu przeniesiono z zupełnie innej epoki. Bad Karlshafen to zachwycające barokowe miasto portowe, założone niegdyś przez Hugenotów. Rzędy białych, eleganckich budynków kontrastujących z portową romantyką to świetne tło na dłuższą kawę nad wodą.
Opactwo i Zamek Corvey - lekcja historii
W okolicach miasta Höxter koniecznie zróbcie przerwę na zwiedzanie opactwa Corvey. Ten wspaniały historyczny kompleks widnieje na liście światowego dziedzictwa UNESCO i dzierży dumny tytuł najstarszej budowli w całej Westfalii.
Zamek Bevern – renesans na bogato
Dolina rzeki jest wprost usiana architekturą w stylu tzw. renesansu wezerskiego, a olbrzymi zamek Bevern (Schloss Bevern) to jego doskonały przykład. Imponujące fasady i wielkie dziedzińce zrobią wrażenie nawet na najbardziej znudzonych kilkulatkach.
Hameln – wprost do baśni braci Grimm
Niezaprzeczalny hit wyjazdu dla dzieciaków. Historyczne miasto słynie z legendy o fujarce, szczurach i zaginionych dzieciach. Pedałując przez tutejszą starówkę, nie możecie przegapić słynnego Domu Szczurołapa z rzeźbioną inskrypcją upamiętniającą tę mroczną – acz fascynującą – opowieść.
Porta Westfalica i Pomnik Cesarza Wilhelma
Jeżeli podczas wyprawy ułożycie sobie w głowie ranking najlepszych panoram, ten punkt prawdopodobnie go wygra. Gigantyczny pomnik cesarza Wilhelma majestatycznie góruje nad tzw. przełomem Wezery (Weserdurchbruch). Spojrzenie z góry na rzekę wdzierającą się na rozległe niziny to idealna nagroda dla nóg.
Nienburg nad Wezerą – rynek i... szparagi
Kolejne urocze miasteczko rzucające urok swoimi domkami w szachulcową kratę. Serce Nienburga bije wokół wspaniałego, renesansowego ratusza i ceglanej świątyni. Miasto uchodzi w Niemczech za mekkę miłośników lokalnych upraw – znajdziecie tu tętniący życiem, historyczny targ oraz, co może być niezłą ciekawostką, Dolnosaksońskie Muzeum Szparagów.
Verden – w rytmie końskich kopyt
Położone nad dopływem Wezery (rzeką Aller) Verden jest miastem o niesamowicie spokojnym klimacie, w którym punktem obowiązkowym jest nadwodna Dzielnica Rybacka. Region żyje i oddycha tradycjami jeździeckimi, a z rowerowego siodełka warto się tu przesiąść na spacer po potężnym Niemieckim Muzeum Koni.
Hanzeatycka Brema
Absolutny klasyk kulturalny i „wielkomiejski” oddech na trasie. Bremerowska starówka to miejsce z listy UNESCO – potężny gotycko-renesansowy ratusz, legendarny posąg Rolanda oraz pomnik Muzykantów z Bremy to punkty obowiązkowe. Wieczór najlepiej spędzić, prowadząc rowery tętniącą życiem nadbrzeżną promenadą Schlachte.
Cuxhaven i Morze Wattowe
Ujście rzeki do bezkresnego Morza Północnego. W Cuxhaven czeka na Was prawdziwy cud natury, wpisane na listę UNESCO Morze Wattowe (Wattenmeer). Potężne połacie mielizn, odsłaniające się cyklicznie wraz z odpływami, to wielki, słony plac zabaw, do którego aż chce się wskoczyć boso.
Oglądaj także rozmowę z Jackiem Gruntem-Mejerem w Podcaście Fathers!