W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy

W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy - Fathers.pl
TEKST SPONSOROWANY. PARTNER: KOLEO
Podróże #andy warhol #bieszczady #karpaty #medzilaborce

„Zdarza mi się stanąć na karpackiej grani, okrakiem, z jedną nogą w Polsce, drugą na Słowacji. Z każdej strony widzę coś innego” – Adam Robiński – po wizycie w Muzeum Etnograficznym – opowiada o rusińskich korzeniach Andy’ego Warhola, bieszczadzkim micie i dzieli się rekomendacjami, co, gdzie i jak w „polskim Yellowstone”.

Lubię myśleć, że wrota do tej krainy znajdują się pod ziemią. Jak w heroicznym eposie – trzeba najpierw utonąć w ciemności, żeby potem wrócić na powierzchnię i ujrzeć świat od nowa. Przeprawić się przez Acheront i Lete, mitologiczne rzeki lamentu i zapomnienia, i dzięki temu móc nadać krajobrazowi więcej znaczeń niż te widoczne na pierwszy rzut oka.

Metafora jest być może trochę wydumana, ale ma zaczepienie w rzeczywistości: wspomniane wrota da się przyszpilić na mapie. Trzeba tylko pojechać do Starego Łupkowa w podkarpackiej gminie Komańcza. Zostawić auto przy stacji kolejowej, i ruszyć na zachód wzdłuż torów. Dla własnego bezpieczeństwa dobrze wcześniej sprawdzić rozkład – między czerwcem a wrześniem kursują tu dwa składy na dobę. Czyli: ryzyko znikome. Półtora kilometra marszu to nie jest zresztą żadna wyprawa – raczej spacer. Poza tym już w połowie trasy zza zakrętu wyłoni się sylwetka tunelu. Cała reszta będzie aktem wiary: ostatni rzut oka na białego orła wiszącego nad ciemnym wlotem, a potem cała naprzód w ciemność.

W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy

Pamiętam swój pierwszy raz w tunelu: szurgotanie kamieni pod stopami i to, że w pewnym momencie zmienił się kształt podkładów. Na ścianie, w miodowej smudze światła z lampy, zobaczyłem kilka znaków. Pionową kreskę granicy oraz litery. S jak Słowacja i P jak Polska. Poniżej dwie kolejne: U jak Ungarn i G jak Galizien. Geografia i historia zaklęte w nowożytne hieroglify. Człowiek wewnątrz mapy, niczym ołowiany żołnierzyk z armii jakiegoś Habsburga.

Poza tym – co to jest za frajda, przekroczyć granicę państwową pod ziemią!

Potem jest już z górki: zamiast polskiego orła – czechosłowacki lew. I tablica z poprzedniej epoki, z inskrypcją o braterskiej radzieckiej armii, która naprawiła to, co zniszczył zły Niemiec. Gdzieś tam na końcu doliny, kilkanaście kilometrów dalej – Medzilaborce.

Kraina przegadana

Zdarza mi się stanąć na karpackiej grani, okrakiem, z jedną nogą w Polsce, drugą na Słowacji. Zerkam wtedy przez lewe ramię i widzę ową ziemię kowbojów, europejską Patagonię, krainę przeładowaną emocjami i znaczeniami, odwiedzaną rokrocznie przez miliony turystów. Po akcji „Wisła” Bieszczady i Beskid Niski stały się ziemią bez narracji. Krainą nieopowiedzianą. Gdy znikają ludzie, wraz z nimi wyparowują historie, które opowiadali sobie przed snem, pieśni, które śpiewali i plany, jakie snuli. Ale życie nie znosi pustki. Wyludniona ziemia domaga się nowej narracji. Polska ludowa robiła w tej sprawie, co mogła.

Najpierw przyjechali marzyciele. Garstka dziwaków, których skusiła wizja pustej przestrzeni, nieograniczonej regułami panującymi na nizinach. Drugą falę przybyszów zwabiły pieniądze.

Karpackie buki i jodły miały stać się budulcem nowej Polski. Trzeba było ściągnąć w góry ludzi pracy: robotników, drwali, pracowników tartaków i kombinatów rolno-przemysłowych. Wokół jednych i drugich wytworzyła się (z pomocą środków masowego przekazu) nowa tożsamość gór. Dość pokraczna: popkulturowa papka o ziemi, na której mniej trzeba, a więcej wolno, o kowbojach i o bieszczadzkim worku, w którym łatwo zniknąć. To właśnie ona stała się pożywką dla mitu Bieszczadów, który dotrwał do czasów kapitalizmu i masowej turystki. W ten sposób kraina nieopowiedziana stała się przegadaną.

 

W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy
fot. Adam Robiński
W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy
fot. Adam Robiński

To wszystko mam na myśli, gdy tkwiąc tam, na karpackiej grani, zerkam na polską stronę. Potem odwracam głowę i patrzę w prawo. Przed oczami mam gęsty bukowy las, a niżej doliny, w których mieszka garstka ludzi. Te same góry, te same lasy, a jednak w świadomości Słowaków traktowane jako byle co. Ot, sam wschód kraju, prawie Ukraina. Niskie i zarośnięte, i przez to pozbawione widoków. Że park narodowy? I tak mało kto o nim słyszał. Poza tym nikogo stąd nie wysiedlano (pomijając epizod związany z budową zbiornika retencyjnego Starina), wsie nie znikały, więc nikt za nimi nie płakał. Turyści? Bywają, ale kto by ich liczył. Niedźwiedzie? Były, ale wystrzelali. Rusini? Pewnie że są, ale sami się zesłowacczyli. Tylko nieliczni wciąż chcą pamiętać o swoim pochodzeniu.

Kontrast jest szokujący, momentami wręcz śmieszny. Z jednej strony majestatyczne Bieszczady, z drugiej niemal anonimowe Poloniny, które Słowakom zdarza się mylić z Pieninami. Usłyszałem kiedyś: „Wy, Polacy, macie tylko Tatry i Bieszczady, więc walicie tłumnie w jedne i drugie. U nas gór jest więcej, więc mało kto przejmuje się tymi najniższymi. Owszem, Połoniny są ładne, ale nic ekstra”.

Dlatego, żeby to wszystko uprościć i odrzeć z niepotrzebnego patosu, każdą myśl o Karpatach poprzedzam westchnieniem.

W tekście może je symbolizować wykrzyknik. Słowacki prozaik i poeta Jan Púček właśnie w ten sposób zatytułował swoją książkę – Karpaty!, z wykrzyknikiem, bo myśl o tej rozległej krainie przynosi mu fizyczne ukojenie. Púček ma co prawda na myśli Małe Karpaty (Małe Karpaty to zresztą tytuł polskiego przekładu), niepozorną część pasma Karpat Zachodnich, pagóry leżące u stóp Bratysławy. Ale od kiedy przeczytałem jego książkę, uzurpuję sobie prawo do korzystania z tego wykrzyknika również w Karpatach Wschodnich. Nad Sanem, w Puszczy Karpackiej, pod połoninami. W Bieszczadach i Beskidzie Niskim. Trzeba wiedzieć, że to bardzo pojemny wykrzyknik. Czyli wychodzę z łupkowskiego tunelu na słowacką stronę, a potem wzdycham: „Karpaty!”. I kiedy już tam jestem, to przypominam sobie o Medzilaborcach.

W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy
fot. Filip Springer

Warhola

Medzilaborce istnieją na europejskiej mapie głównie za sprawą Muzeum Sztuki Nowoczesnej Andy’ego Warhola. Skąd na słowackiej prowincji nowojorski król pop-artu? Karpacką Rusinką była jego matka, Júlia Varcholová, z domu Zavacká. Jako młoda kobieta opuściła rodzinny dom we wsi Miková i – jak wielu jej pobratymców – wyemigrowała za ocean. Tam, już jako Julia Warhola, w Pittsburgu, urodziła trzech synów. Myślami nieustannie wracała do Europy. Przed oczami stawały jej wspomnienia z karpackich dolin, gdy wozem jeździła z rodzicami do Medzilaborec. Jej środkowy syn wspominał: „Aleśmy się wtedy cieszyli, że kiedyś kupimy konie i wóz i też pojedziemy do Medzilaborec!”. Medzilaborce jako cel ostateczny. Medzilaborce jak raj.

A jednak to inny syn Julii, urodzony w 1928 roku Andy – Andrejek – zapisał się w historii czymś więcej niż barwną anegdotą. Ale i tych nie brakuje. Słynny artysta nigdy nie odwiedził Słowacji. Wysyłał za to krewnym paczki. Kolorowe skórzane szpilki, które projektował, wyrafinowane obrazy, jakie wyszły spod jego ręki. Ale eleganckie buty nie sprawdzały się w błotnistych Karpatach, a malunki były zbyt wyrafinowane jak na pasterski gust. Podobno niektóre z nich zamieniono na trąbki, by mogły się nimi bawić wiejskie dzieci. Inne trafiły na strych i z czasem zniszczyła je powódź. Przetrwały za to stare rusińskie piosenki, które nagrała Julia.

Któregoś dnia Andy zaciągnął ją do studia przy nowojorskiej Szóstej Alei i kazał śpiewać. Płytę ozdobili aniołkiem, a potem wysłali z okazji Bożego Narodzenia „do kraju”. Ale – to było do przewidzenia – w Mikovej nikt nie miał adaptera. Głos starej Rusinki poniósł się w karpackie doliny dopiero długo po jej śmierci, za sprawą otwartego w Medzilaborcach muzeum.

W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy
fot. Wikipedia Creative Commons

Kustosze wiedzieli, że ściągając na Słowację masę bezcennych dzieł sztuki, muszą o nie zadbać lepiej niż mieszkańcy Mikovej. Powstała imponująca placówka, jakiej nie powstydziłyby się europejskie stolice. Efektowny modernistyczny budynek na centralnym placu – nie oszukujmy się – brzydkiego miasteczka. Odwiedzałem go za każdym razem, gdy trafiałem w te strony.

Po 2020 roku muzeum zamknięto. Miało stać się jeszcze piękniejsze. Potem okazało się, że koszt remontu znacznie przerósł możliwości lokalnego samorządu. Wpadając do Medzilaborec, każdorazowo odbijałem się od drzwi. Ale bez obaw – podobno przebudowa wkrótce się zakończy, a Múzeum moderného umenia Andyho Warhola v Medzilaborciach znów otworzy się na zwiedzających.

Historia Julii Warholi to tylko jeden z mrowia wątków, jakie zgłębiałem podczas pisania książki Kiczery. Podróż przez Bieszczady, wydanej w 2019 roku książki o Karpatach Wschodnich (w 2025 ukazał się jej słowacki przekład Kýčery)

Jedna z wielu opowieści ukrytych pod tym, co widać. Ballada o niemal pustej dolinie.

Przypomniałem ją sobie teraz dzięki wystawie Formy Obecności. Sztuka Łemków/Rusinów Karpackich, która w styczniu otworzyła się w warszawskim Muzeum Etnograficznym. Kurator doktor Michał Szymko, z pochodzenia Rusin, przekonuje, że o tej grupie etnicznej na ogół mówią wszyscy, tylko nie Rusini. Ich głos był dotychczas pomijany. To skutek akcji „Wisła” – powojennego wysiedlenia mieszkańców Karpat niepolskiego pochodzenia. Wskutek prześladowań ów głos nie został co prawda zupełnie wyciszony, ale rozproszył się po Europie i świecie.

Wystawa w Muzeum Etnograficznym to opowieść o rusińskiej tożsamości. Według Szymki, można ją opisać trzema rzeczownikami: cerkiew, góry i las. Każdy, kto bywa w Bieszczadach i Beskidach, bez trudu rozpozna znajome motywy. Wrażenie robią pejzaże Nikifora, czarno-białe fotografie udostępnione przez etnografa Antoniego Kroha, pojedyncze prace Warhola albo pamiątki po jego mamie (przyjechały do Warszawy nie z Medzilaborec, lecz z czeskiej Pragi). Duża część eksponatów to prace z pozoru anonimowe, żyjące poza kolekcjami, w cerkwiach albo w zapomnianych muzeach.

Wystawę „Formy obecności. Sztuka Łemków/Rusinów Karpackich” można oglądać w Muzeum Etnograficznym w Warszawie do końca czerwca 2026 roku.

W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy
ilustracja: Muzeum Etnograficzne w Warszawie
W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy
ilustracja: Muzeum Etnograficzne w Warszawie

KARPACKI PORADNIK ADAMA ROBIŃSKIEGO

Po wydaniu Kiczerów przyzwyczaiłem się do pytań przyjaciół, znajomych i obcych: o ulubione miejsca, o noclegi, o pomysły na wycieczki. Któregoś razu spisałem w mailu do kogoś całą listę rekomendacji, a potem tylko przesyłałem ją kolejnym chętnym. Oto jej skrócona wersja.

Co więc zobaczyć w polskich Bieszczadach i słowackich Bukowskich Wierchach?

1. Przede wszystkim doliny Krywego i Tworylnego nad Sanem. Z prowiantem i wodą na cały dzień, bo po drodze nic nie ma. Trzeba przed Zatwarnicą odbić na leśną stokówkę prowadzącą na zachód, i piąć się nią w górę przez pięć kilometrów. Na prowizorycznym parkingu zostawić samochód, a potem po grzbiecie Rylego zejść do doliny nieistniejącej już wsi Krywe. A potem już hulaj dusza: wzdłuż Sanu przez Tworylne aż do Rylskiego. Trzeba będzie potem wrócić po własnych śladach, ale to raczej zaleta niż wada. Mówimy przecież o polskim Yellowstone. Historię Krywego i Tworylnego opisałem w Kiczerach, w rozdziałach od 23 do 32.

Po powrocie do auta – nagroda. Kinokawiarnia Koń-Kret w Zatwarnicy otwarta jest przez cały rok. Nagrodzić można się również objerzeniem na YouTubie filmu Rancho Texas, polskim easternem z 1958 roku, kręconym w Tworylnem. Dostępny za darmo tu.

W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy
fot. Filmoteka Narodowa
W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy
fot. Filmoteka Narodowa

2. Dla leniwych – podobna wycieczka, ale w wersji light, drugą stroną rzeki. Start z Zatwarnicy, z parkingu Lasów Państwowych niedaleko mostu. Potem trzeba pójść przez Sękowiec i dalej drogą, która wije się wzdłuż Sanu. Po jakimś czasie dojdzie się do rezerwatu, co rusz trafiając na punkt widokowy na wspomniane wcześniej doliny nieistniejących wsi Krywe i Tworylne. Należy iść tak długo, jak się człowiekowi chce. A potem wrócić po własnych śladach. Koniecznie z lornetką, bo San to lep na zwierzęta!

3. Po widoki chodzi się przede wszystkim do Bieszczadzkiego Parku Narodowego, w Bieszczady Wysokie, na Tarnicę, Połoninę Caryńską albo Wetlińską. Jeśli jednak ktoś nie lubi tłumów albo wędruje z psem (pamiętajcie, po parkach narodowych nie chodzimy z psami!), urokliwą panoramę pasma zobaczy ze szczytu Dwernika Kamienia. Góra jest łatwa, szlak zalesiony, wycieczka idealna dla dzieciaków. Start z parkingu na południe od Dwernika.

W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy
fot. Filip Springer
W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy
fot. Filip Springer

4. Dydiowa. Ją też powinno się wymawiać z wykrzyknikiem: Dydiowa! Co w niej wyjątkowego? Wystarczy spojrzeć na mapę. Wieś schowana za Kiczerą Dydiowską, w ostrym zakolu Sanu jest wymowną ilustracją tezy, że przed wojną rzeka łączyła, a nie dzieliła. Większa część Dydiowej znajdowała się po dzisiejszej ukraińskiej stronie rzeki. Dydiowa to świetny cel zimowej wycieczki na nartach – poza sezonem pełno tu błota i kolein po ciężkim sprzęcie Lasów Państwowych. Początek na parkingu przy drodze na Muczne, niedaleko pokazowego stanowiska wypału drewna.

5. Osadné, Osadné, kiedyś Telepowce. To już Słowacja, ostatnia wieś przed granicą z Polską, położona między Medzilaborcami a Sniną. Można więc autem, można i pieszo od schroniska w Balnicy na karpackiej grani. A kiedy już znajdziemy się w Osadnem, należy zajrzeć do Karczmy u Borisa
. I powiedzieć, że Warszawa to jest Watykan. Co innego Kraków! Kraków był, zanim Polska była. Borys się na to uśmiechnie i zaoferuje piwo, najlepiej rżnięte, czyli ciemne wymieszane z jasnym. Poza tym Osadné to wieś filmowa – swego czasu powstał film o zmaganiach miejscowego popa z Unią Europejską.

A jeśli akurat trwa wiosna, a do Osadnego przyjechaliśmy autem (więc musimy podziękować za piwo), warto zajrzeć do rezerwatu Hostovické lúky, który jest po prostu ogromną łąką pełną kosaćców. W maju nie da się jej zresztą przegapić.

 

W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy

6. Wizyta w bukowym rezerwacie Stužica w słowackim Parku Narodowym Poloniny jest doświadczeniem bliskim misterium. W Stužicy instynktownie pojmuje się znaczenie terminu pralas. Pralas jest jak prababcia albo pradziadek. Do rezerwatu można wejść od słowackiej strony, wędrując od Novej Sedlicy (gdzie człowiek się również naje, napije i wyśpi). Ale łatwiej będzie przejść z Wielkiej Rawki przez trójstyk granic na Krzemieńcu. Wycieczka całodniowa (albo jeszcze lepiej, parodniowa).

7. W Czarnej warto wpaść do kawiarni Czatownia Bistro Café. Kiedyś namalowałem na jej ścianie pomnikowy jawor z cmentarza w Wołosatem. Czy wciąż tam jest?

 

W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy
Czatownia Bistro Cafe

8. Wybitną pomidorówkę i równie dobre pierogi serwuje Gospoda z żubrem w nazwie w Lutowiskach.

9. Są jeszcze Medzilaborce. Ale zanim tam pojedziecie, sprawdźcie, czy muzeum Andy’ego Warhola wznowiło działalność po remoncie… Ptaszki ćwierkają, że ma to nastąpić wiosną 2026 roku, jednak jego ponowne otwarcie parokrotnie już przekładano.

Na pocieszenie zostaje izba pamięci w Mikovej, rodzinnej wsi Julii, matki Andy’ego. I warszawska wystawa.

W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy
W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy
W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy
W Karpaty, czyli dokąd? Adam Robiński wkracza podziemnym tunelem do mitycznej krainy

 

Czytaj więcej