Ucieczka z pułapki nadmiaru. Historia aparatu, który nie miał prawa powstać

Ucieczka z pułapki nadmiaru. Historia aparatu, który nie miał prawa powstać - Fathers.pl
Fotografie w tekście: Filip Springer / wykonano aparatem Leica Q2 Monochrom
Tekst powstał we współpracy z Leica Camera Poland
Fotografia Technologia #aparaty fotograficzne #fotografia #leica #technologia

W rzeczywistości pełnej cyfrowego szumu i nieskończonych możliwości, to właśnie dobrowolne samoograniczenie jest dziś największym luksusem. Czasem warto świadomie zrezygnować z nadmiaru bodźców, by – tak w fotografii, jak i w życiu – zobaczyć to, co najważniejsze.

Nie znoszę tego momentu, gdy układając Lego z moim synem, rozsypujemy wszystkie klocki, jakie mamy. Mam wtedy poczucie, że nie zrobię nic sensownego. Jestem sfrustrowany i zniechęcony. Kilka dobrych chwil zajmuje mi wymyślenie, z czego mam budować. Czy będą to klocki z określonej palety kolorów (nasza zajawka na Gwiezdne Wojny nieco to ułatwia), czy może takie o określonych kształtach czy liczbie oczek. Dopiero gdy to sobie ustalę, zaczyna się zabawa. Gdy tego nie zrobię, budowanie to dla mnie męka.

W psychologii to zjawisko dawno już zostało opisane. Nazywa się paradoksem ograniczeń. Polega na tym, że narzucenie barier zwiększa innowacyjność, zamiast ją hamować. Na sygnał o nieskończonych zasobach (w przypadku ćwiczenia, o którym piszę dalej, zawierają się one w sformułowaniu „fotografuj, co chcesz”) nasz mózg wpada w pułapkę nadmiaru opcji i analityczny paraliż. W takiej sytuacji wybieramy najczęściej najprostsze rozwiązania. To kognitywne lenistwo.

Dopiero gdy pojawia się przeszkoda, schodzimy z utartych ścieżek i szukamy nowych pomysłów.

Mnogość możliwości

Właściwie mógłbym to ćwiczenie z klockami robić na warsztatach fotograficznych, które zdarza mi się prowadzić, ale mam w zanadrzu stosowniejszy ekwiwalent. Razem z uczestnikami wybieramy sobie kawałek miasta – kilkaset metrów ulicy, jakiś plac, targowisko, to może być cokolwiek. Potem losujemy karteczki. Każda z nich to jeden kolor. I ruszamy. Zadaniem uczestników jest przynieść jak najwięcej zdjęć, których głównym bohaterem jest wylosowany przez nich kolor. Zwykle wracają nakręceni. Bo dzięki tej prostej sztuczce zobaczyli miejsca, które często są im znane, w zupełnie nowy sposób. I zrobili zdjęcia, które wcześniej nawet nie przyszłyby im do głowy.

Współczesne aparaty są jak klocki Lego rozsypane na wielkim stole. Teoretycznie dają nieskończenie wiele możliwości. Bazyliony megapikseli, szybkostrzelność karabinów maszynowych, filtry kreatywne, tryby filmowe, łączność ze smartfonem i satelitami. Wszystko to jest imponujące – upakowanie tak wielu technologii w tak niewielkich pudełkach musi robić wrażenie. Ale może być też deprymujące. Ta mnogość możliwości prowadzić może do twórczego paraliżu: możemy wszystko, a to, co faktycznie robimy, to takie prawie nic.
Jakiś czas temu producenci aparatów zaczęli to rozumieć i coraz częściej, oprócz „wszystkomających wołów roboczych”, zaczynają proponować sprzęty, których największą zaletą jest bardzo ograniczony wybór opcji. To urządzenia, które nie nadają się do wszystkiego. Ale w tym, do czego się nadają, są absolutnie najlepsze.

Ucieczka z pułapki nadmiaru. Historia aparatu, który nie miał prawa powstać
Ucieczka z pułapki nadmiaru. Historia aparatu, który nie miał prawa powstać

Esencja obrazu

„To albo najbardziej niesamowity, albo najgłupszy aparat, jaki kiedykolwiek powstał (…). Płacisz cenę samochodu za aparat, który robi mniej niż twoja komórka” – pisał w 2012 roku serwis Gizmodo, na wieść, że Leica wypuszcza właśnie pierwszy na świecie cyfrowy dalmierz z czarno-białą matrycą. Tutaj ważna uwaga: większość aparatów, jak i smartfonów, ma możliwość robienia zdjęć w skali szarości. Wystarczy wybrać odpowiednie ustawienie w menu filtrów. W takim wypadku aparat de facto robi zdjęcia kolorowe, a potem w wewnętrznej postprodukcji, przy użyciu odpowiednich algorytmów, przekształca je na skalę szarości. Oznacza to, że przy odpowiedniej konfiguracji plików wyjściowych zawsze da się odzyskać „kolorowe zdjęcie”. Nie na tym polegała więc głupota albo geniusz konstruktorów Leiki, którzy zdecydowali się na całkowite usunięcie barwnego filtra w aparacie (filtr Bayera). Pełnoklatkowa matryca (35 mm, czyli tyle, ile klisza małoobrazkowa) rejestrowała obrazy tylko i wyłącznie w skali szarości. Tym aparatem naprawdę można było zrobić tylko czarno-białe zdjęcia.

Internet miał używanie. „To ostateczny dowód na to, że Leica sprzedaje biżuterię dla dentystów, a nie narzędzia dla fotografów”. „Dlaczego miałbym to kupić? Mogę zrobić zdjęcie w kolorze i zmienić na czarno-białe w Photoshopie. To nonsens”. Takie komentarze można jeszcze dziś przeczytać na forach serwisu „DPReview” – największego i być może jednego z najbardziej opiniotwórczych w świecie cyfrowej fotografii. „TechCrunch” dodawał zaś złośliwie, że „Monochrom to aparat dla kogoś, kto ma wszystko i chce mniej”.

Paliwa temu grillowaniu dodawał sam Andreas Kaufmann, przewodniczący rady nadzorczej Leiki. Lubił on przypominać, że w niemieckim słowie Leidenschaft (pasja) ukryte jest słowo Leiden (cierpienie). Premiera aparatu cyfrowego, który w 2012 roku odebrał fotografom kolor, nie była dla Kaufmanna technologicznym krokiem wstecz, ale lekcją pokory. „Monochrom to narzędzie, które wymaga poświęcenia – »cierpienia« braku wygody i automatyzacji – by w zamian dać nagrodę w postaci czystej esencji obrazu. To innowacja przez redukcję, gdzie luksusem staje się nie to, co aparat ma, ale to, czego w nim nie ma” – tłumaczył w wywiadach. Ale internet wiedział swoje. Stefan Daniel, ówczesny dyrektor do spraw zarządzania produktem (nazywany często „ojcem cyfrowej serii M”), wielokrotnie wspominał, że z logicznego i biznesowego punktu widzenia ten aparat nie miał prawa powstać. A jednak powstał i okazał się sukcesem.

Zabójcza ostrość

Musiało minąć kilka krótkich chwil, by atmosfera wokół Monochroma diametralnie się zmieniła. Aparat trafił w ręce recenzentów, a ci oniemieli. „Ostrość detali na poziomie piksela jest po prostu oszałamiająca. (…) M Monochrom wydobywa fakturę i niuanse, które w konwencjonalnych aparatach giną w procesie demozaikowania” – pisał „DPReview”.
Zwracano uwagę na to, o czym od początku mówili konstruktorzy aparatu, ale w medialnym szumie nie mogli się przebić. Usunięcie filtru Bayera sprawiło, że matryca stała się zabójczo ostra, a skala szarości wręcz nieskończona. Cyfrowy szum, który jest główną zmorą matryc, zwłaszcza na wysokich czułościach, pozbawiony koloru wyglądał zaś jak porządne ziarno na celuloidowej kliszy.

Od 2012 roku Leica wypuściła jeszcze trzy dalmierzowe Monochromy: Typ 246 w 2015 roku, M10 w 2020 roku i M11 w 2023 roku (ten z matrycą o imponującym rozmiarze 60 megapikseli). W 2020 roku pojawił się też kompakt z serii Q drugiej generacji z oznaczeniem Monochrom. W międzyczasie inni producenci postanowili podpiąć się pod ten trend i wypuścili edycje własnych aparatów bez filtru Bayera. Pojawiły się też firmy, które usuwają go z tradycyjnych, kolorowych matryc seryjnie produkowanych aparatów. Oznacza to oczywiście utratę gwarancji i pewne ryzyko, ale chętnych do takich eksperymentów nie brakuje.

Ten zwrot nie ma rzecz jasna charakteru masowego, ale jest zauważalny. Największą zaletą Monochromów jest to, że oferują powrót do źródeł fotografii. Wszak przez całe dekady fotografowie, z wyboru albo konieczności, wkładali do swoich aparatów czarno-białe klisze i tym samym przełączali sobie w głowach patrzenie na świat. Widzieli go w skali szarości. I takim podawali go nam – odbiorcom.

Ucieczka z pułapki nadmiaru. Historia aparatu, który nie miał prawa powstać

Można by stworzyć całą bibliotekę wypowiedzi, deklaracji i manifestów dotyczących wyższości fotografii czarno-białej nad kolorową. Niektóre są przekonujące, inne mniej. Ale trudno nie zauważyć, że wielu twórców i twórczyń zwracało uwagę na uwalniającą moc tego ograniczenia. Gilles Peress: „Czerń i biel pozwala mi skondensować to, co widzę, do samej esencji. W kolorze jest zbyt wiele »hałasu«”.
Ansel Adams: „Mogę uzyskać znacznie większe poczucie »koloru« poprzez dobrze zrównoważoną skalę szarości, niż kiedykolwiek udało mi się to za pomocą barwnych filtrów”.
Walker Evans:

„Kolorowa fotografia to wulgarne oszustwo. Czerń i biel to jedyny sposób na uchwycenie prawdy bez upiększania rzeczywistości”.

Ucieczka z pułapki nadmiaru. Historia aparatu, który nie miał prawa powstać
Ucieczka z pułapki nadmiaru. Historia aparatu, który nie miał prawa powstać

Z tym ostatnim można by się pięknie pokłócić (gdyby nie był Walkerem Evansem oczywiście). Bo zdecydowana większość ludzi widzi świat w „kolorze” i z pewnością nie uważa tej cechy swoich oczu i mózgu za „upiększanie” rzeczywistości. Sęk w tym, że wszechświat wcale nie jest kolorowy. Barwy to tylko fale elektromagnetyczne o różnych długościach. Kolory powstają dopiero w naszej głowie (być może dlatego tak łatwo nam się o nie pokłócić).

Nasze oczy mają dwa rodzaje receptorów – sto dwadzieścia milionów pręcików odpowiedzialnych za widzenie kształtów, ruchu i jasności oraz raptem sześć milionów czopków odpowiedzialnych za kolor. Co więcej, w nocy, gdy światła jest mało, czopki przestają działać i widzimy świat w skali szarości. To dowód na to, że nasza podstawowa, „awaryjna” percepcja jest monochromatyczna. Kolor to luksusowy dodatek ewolucyjny, który działa tylko przy dobrym zasilaniu – w dużej jasności. Paradoksalnie więc to fotografia czarno-biała może być bliższa prawdy na temat materii. Rezygnując z barwnego „interfejsu”, który nasz mózg nakłada na rzeczywistość, docieramy do samej struktury świata: czystego światła, cienia i formy. Wcale więc Walker Evans tak bardzo nie przesadził.

Tekst powstał we współpracy z LEICA CAMERA POLAND

Wszystkie zdjęcia w tekście zostały wykonane aparatem Leica Q2 Monochrom

 

Czytaj więcej