Bezpieczeństwo to suma dobrych relacji i nawyków. Rozmowa z inicjatorem Straży Sąsiedzkiej
Oczywiście, nigdy nie zachowamy się perfekcyjnie, nie ma gwarancji, że zapewnimy bezpieczeństwo sobie i swojej rodzinie. Ale poprzez trening możemy przynajmniej nabyć jakiś punkt odniesienia – Łukasz Osiecki w rozmowie z Mateuszem Demskim tłumaczy o co chodzi w „bezpieczeństwie”.
Mateusz Demski: W skrzynce na listy znalazłem ostatnio „Poradnik bezpieczeństwa”, broszurę przygotowaną przez MON i MSWiA. Przyznam, że mnie zmroziło.
Łukasz Osiecki: Ludzie reagują w dwójnasób: jedni czują strach, bo słowo „bezpieczeństwo” kojarzą z jakimś kosztem albo ryzykiem. Inni, tak jak ja, cieszą się, że ten temat jest poruszany – zwiększa ich poczucie świadomości, dzięki któremu mogą się skupić na działaniach.
Nie chodzi o to, żeby myśleć, że za każdym rogiem czai się wróg, ale by zdawać sobie sprawę, że to jak z wejściem na przejście dla pieszych: trzeba spojrzeć w lewo, w prawo i potem zrobić jeszcze raz to samo. Bezpieczeństwo można mierzyć i rozumieć w różny sposób. Pytanie, jak je sobie zdefiniujemy.
Każdy trochę inaczej: jeden powie, że boi się inflacji i zagrożeń związanych z wojną, a ktoś inny, że niepokoją go problemy z dostępem do służby zdrowia.
A jeszcze następny, że boi się wyjść z domu. Tak jest na przykład w Japonii. Dwa lata temu prowadziłem szkolenie w Tokio, poznałem trochę tamtejszą kulturę. Według statystyk około pół miliona Japończyków izoluje się od społeczeństwa, miesiącami nie wychodząc z domu lub pokoju. Jest to spowodowane lękami związanymi z covidem czy problemami z nawiązywaniem relacji z ludźmi. Japonia ma swoją specyfikę, jak każde inne państwo, ale bezpieczeństwo jest sprawą ponadnarodową – zawsze zaczyna się od świadomości. Chodzi o to, żeby przekazać wiedzę na temat tego, jak radzić sobie w różnych sytuacjach, czy jak przestrzegać procedur.
Czyli dlatego dostaliśmy informator.
Jest podzielony na rozdziały, które dotyczą przygotowania siebie i najbliższych na sytuacje kryzysowe, ale też sposobów reagowania na sygnały alarmowe, pożar, powódź czy długotrwałe przerwy w dostawie prądu. Coś podobnego, w bardziej rozbudowanej formie, funkcjonuje w Szwecji, która jest liderem rozwiązań w dziedzinie bezpieczeństwa. Od niedawna jest też wersja specjalna dla przedsiębiorców. Są w niej informacje o tym, jak w sytuacji zagrożenia powinien reagować biznes i osoby prowadzące działalności gospodarcze. W Polsce nieco ponad rok temu weszła w życie ustawa o ochronie ludności i obrony cywilnej, gdzie też jest mowa o potrzebie zachowania łączności z najważniejszymi przedsiębiorstwami, co może być kluczowe dla naszych systemów bezpieczeństwa.
Czy myślisz, że Polacy czują się bezpiecznie?
To zależy od tego, na ile są zorientowani w sytuacji; czy w ogóle chcą o tym rozmawiać. Niektórzy wolą żyć w bańce. Nie dopuszczają do siebie, że coś może się wydarzyć i wolą tkwić w swojej rutynie. Z drugiej strony są osoby borykające się z różnymi traumami. Pracowałem z chłopakiem, który jako nastolatek został zaczepiony przed domem. Długo nie wychodził z pokoju, bo bał się powtórki. To jest zawsze uwarunkowane tym, czego doświadczyliśmy w życiu. To trochę jak z lękiem przed wodą. Jeśli się kiedyś topiłeś, to możesz mieć uraz i więcej do wody nie wejdziesz. Nie bez znaczenia jest też, w jakim miejscu się żyje. Inaczej czuje się człowiek mieszkający przy wschodniej granicy, a inaczej ten, któremu bliżej do zachodniej.
Trudno nie myśleć o potencjalnej rosyjskiej inwazji, stąd moja reakcja na poradnik. Znam ludzi ze wschodniej Polski, którzy mają spakowane plecaki ewakuacyjne.
„Los sprzyja przygotowanym” – lubię tę maksymę. Pół roku temu byłem w Ukrainie, jeździłem z pomocą humanitarną do Lwowa, Buczy i Kijowa, dokąd dostarczaliśmy taktyczne nosze ewakuacyjne i sprzęt medyczny. Kiedy wjeżdżasz w strefę wojenną, podskórnie przeczuwasz, że zaraz coś się może wydarzyć. Na pewne sytuacje nie można się przygotować. Ale ostatecznie nikt nie jest w stanie długo wytrzymać w takim stresie, dlatego cywile próbują żyć normalnie, na tyle, na ile mogą. W Buczy widziałem człowieka w eleganckim garniturze, który szedł wyrzucić śmieci. Po chwili wrócił do swojego domu, który nie miał dachu, bo został zbombardowany. Pomyślałem wtedy, że przecież równie dobrze to mogłoby się zdarzyć na moim osiedlu.
Ale bezpieczeństwo, tak jak powiedziałeś, to nie tylko zagrożenie wojną.
Chodzi o to, żebyśmy się przygotowali na różne zdarzenia losowe. Weźmy na przykład powodzie z 2024 roku na południu Polski. Ludzie różnie reagowali. Jedni panikowali, inni zachowali spokój. Co ciekawe, zwykle były to osoby starsze, które mogły mieć doświadczenie związane z powodzią z 1997 roku. Albo załapali się jeszcze w szkole na przysposobienie obronne i pewne sytuacje miały przećwiczone.
Ważne jest to, co możemy zrobić i na co realnie mamy wpływ, a także, żeby w chwili zagrożenia pamiętać o naszym otoczeniu.
Nazywam to „rozbudowanymi kręgami zaufania”. To może być rodzina, przyjaciele, ludzie z pracy czy sąsiedzi, którzy mieszkają blisko i mogą pomóc. Warto tworzyć listy kontaktowe, zakładać sąsiedzkie grupy informacyjne.
Wspomniałeś zajęcia z przysposobienia obronnego. Szczerze mówiąc, niewiele z nich pamiętam; trzeba je było po prostu „odhaczyć” z planu lekcji.
Pewnie miałeś samą teorię. W pamięci zostają tylko szkolenia praktyczne. Oczywiście, że możesz zrobić kurs z pierwszej pomocy w formie online, dostać certyfikat, ale inaczej, kiedy uczestniczysz w zajęciach, na których nauczysz się nie tylko, jak wykonać resuscytację krążeniowo-oddechową, ale też jak przeciwdziałać intensywnym krwotokom. Program zajęć z edukacji dla bezpieczeństwa obowiązujący obecnie w szkołach też musi być dostosowany do możliwości i poziomu rozwoju dziecka. Nie może wywoływać paniki. To muszą być rzeczy proste i skuteczne w działaniu.
Na przykład?
Razem z Fundacją Kulskich prowadzimy szkolenia oparte na prawdziwych zdarzeniach. Są one przygotowane na podstawie analizy wydarzeń, które miały miejsce na Zachodzie, ale do których dochodzi też w Polsce. Jak choćby sytuacja, gdy uczeń przychodzi do szkoły z nożem. Uczymy dzieci i nauczycieli, jak się zabarykadować w klasie, jak wezwać policję, jak działa napastnik. Ćwiczymy pozycję bezpieczną na wypadek, gdyby miały paść strzały. W kwietniu ubiegłego roku ABW badało sprawę trzech uczniów, którzy szkolili się strzelecko, chcieli wnieść broń do szkoły. W porę to wykryto, ale wszyscy powinniśmy wiedzieć, na jakie sygnały zwracać uwagę.
Jak mamy się zachowywać, to jedno, ale chyba równie ważna jest umiejętność budowania pewności siebie w ekstremalnych, stresowych sytuacjach.
Kluczowy jest mindset. Co z tego, że masz umiejętności, jeżeli cię zmrozi i nie będziesz wiedział, jak sobie poradzić. Wszystko zależy od sytuacji wyjściowej danej osoby. Ktoś może mieć traumę z dzieciństwa i wyobrażać sobie, że jeżeli będzie miał przy sobie jakieś narzędzie, to ono rozwiąże wszystkie jego problemy. Znam sytuacje, kiedy kończyło się to nieszczęściem. Jestem przeciwny temu, by budowanie pewności siebie opierało się na tym, że mamy pod ręką nóż czy pałkę. Chodzi o pstryczek w głowie, taki trigger, który ma odpalić w nas pewność zachowania się w sytuacjach, w których inni wpadają w panikę. Bo panika charakteryzuje się chaosem. Oczywiście, nigdy nie zachowamy się perfekcyjnie, nie ma gwarancji, że zapewnimy bezpieczeństwo sobie i swojej rodzinie. Ale poprzez trening możemy przynajmniej zyskać punkt odniesienia.
lepiej się wycofać, zapewnić bezpieczeństwo sobie i swoim bliskim. Nie chodzi o to, żeby być bohaterem, lepiej zachować zimną krew i przekonać do tego innych.
Studiowałeś bezpieczeństwo narodowe w Waszyngtonie, gdzie wymieniałeś doświadczenia z instruktorami, emerytowanymi funkcjonariuszami służb. Dzisiaj chyba trudno myśleć i mówić o bezpieczeństwie, kiedy funkcjonariusze ICE terroryzują ulice amerykańskiego Minneapolis.
Nie można myśleć o sytuacji w USA w kategoriach jednej, spójnej zasady prawnej. Każdy stan to odrębny przypadek, w każdym obowiązują różne prawodawstwa. W Waszyngtonie nie można oficjalnie nosić broni, a już w Wirginii kupisz dowolną jednostkę w pierwszym lepszym Walmarcie. W Stanach musisz jednak z góry zakładać, że wszyscy wokół ciebie mogą mieć przy sobie broń. Tak samo reaguje policja – i tak, ma to swoje wady i zalety. Wbrew pozorom wszystkie sprawy są dobrze udokumentowane. Istnieje baza, w której możesz sprawdzić, kiedy policjanci zostali postrzeleni, zastrzeleni i tak samo, w jaki sposób oni podjęli interwencję. Można to analizować na zasadzie case studies, ale też mechanizmy sytuacji z USA nie zawsze da się łatwo przełożyć na specyfikę naszego kraju.
Choćby obrona konieczna – inaczej definiuje ją polskie prawo karne, a inaczej amerykańskie.
Problem szczególnie dotyczy obrony koniecznej miru domowego. W polskich realiach można się zastanawiać, czy osoba, która próbuje wyważyć twoje drzwi albo wejść ci do mieszkania przez okno, nie jest przypadkiem po jednym głębszym i czy się po prostu nie pomyliła. Trzy miesiące temu słyszałem o takim wydarzeniu: małżeństwo wróciło się do domu, bo czegoś zapomniało, i nakryło złodziei na gorącym uczynku. Właściciel chwycił za nóż, zaczął gonić włamywaczy przed domem. Ktoś postronny mógł pomyśleć, że to on jest napastnikiem. Pomimo tego, że mam pewne umiejętności, tłumaczę ludziom, żeby nie dążyli do konfrontacji, a wręcz przeciwnie:
Z USA przywiozłeś do Polski nie tylko wykształcenie, ale i specyficzne myślenie o bezpieczeństwie w wymiarze lokalnym. Kilka lat temu na swoim osiedlu na Wawrze stworzyłeś oddolną inicjatywę znaną jako Straż Sąsiedzka.
Zainspirowała mnie idea neighborhood watch, która w USA pojawiła się jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku. Dziś funkcjonuje tam około trzydziestu tysięcy straży sąsiedzkich. Policja współpracuje z lokalną społecznością, która obserwuje swoją okolicę i przekazuje służbom informacje. Ludzie oznakowali takie miejsca tabliczkami, podając, że na danym terenie działa taka prewencyjna inicjatywa. Przypomniałem sobie o tym, kiedy na moim osiedlu zaczęło dochodzić do włamań. Jeden z synów w drodze do szkoły zapytał mnie, co będzie, jeżeli złodzieje pewnego dnia wejdą i do nas. Odpowiedziałem, że zrobię wszystko, żeby do tego nie dopuścić.
I skrzyknąłeś sąsiadów.
W pierwszym odruchu poprosiłem o weryfikację systemów monitorowania, ale uznałem, że to guzik da, jeżeli nikogo nie ma w domu. Ewentualnie można przekazać materiał na policję. Wróciłem do pomysłu neighbourhood watch i wybrałem punkty, które mogą być wdrożone w naszej przestrzeni prawnej. Najważniejsze było ustalenie planu działania, przedstawienie go lokalnemu samorządowi, sąsiadom i policji. Nazwa Straż Sąsiedzka niektórym może się źle kojarzyć, nie chodzi jednak wyłącznie o stróżowanie i patrolowanie nocą osiedla w kamizelce, choć to też działa prewencyjnie. Bardziej skupiamy się na tym, by sąsiedzi zwracali uwagę na to, co się dzieje wokół.
Nie boisz się, że pole nadużyć może być olbrzymie? Od razu widzę czarne scenariusze: samosądy i wymierzanie sprawiedliwości na własną rękę, a chyba nie o to chodzi w społeczeństwie posiadającym rząd i policję.
Nie wchodzimy w kompetencje policji, nie bawimy się też w „strażników Teksasu”. Nastawiamy się na prewencję, relacje sąsiedzkie i odpowiedzialność. Zgłaszamy policji tylko uzasadnione podejrzenia i staramy się nie ulegać stereotypom. Problemem może być uprzedzenie do osób o innym wyznaniu czy poglądach i zakładanie, że dana grupa społeczna jest odpowiedzialna za wszelkie zło tego świata. Każda społeczność ma swoje przekonania, ale myślę, że jesteśmy w stanie opierać się o dane, liczby i fakty. Zamiast w pierwszej chwili ulegać emocjom, wrzucamy informację na naszą zamkniętą grupę na social mediach. Potem rozmawiamy, weryfikujemy, mamy procedury działania. Jedno z nas jest odpowiedzialne za kontaktowanie się z policją, żeby zgłoszenie nie trafiało z dziesięciu różnych źródeł, bo kogoś poniosło. Emocje są naturalne, wszyscy im ulegamy, ale to nie jest dobra reakcja, jeśli chodzi o bezpieczeństwo.
Jakie niepokojące sytuacje udało się wam wyłapać na osiedlu?
To są różne zdarzenia, nie dotyczą jedynie włamań. Równie dobrze ktoś może to być nocna impreza na placu zabaw. Ostatnio koledze w drodze do pracy padł akumulator, wrzucił informację na grupę i po chwili dwie osoby podjechały, żeby mu pomóc. Inna sytuacja: sąsiad pojechał na wakacje, dostał powiadomienie, że uruchomił się alarm. Od razu ktoś podjechał na posesję sąsiada i skontaktował się z ochroną. Weszli do domu razem, sprawdzili, czy w środku nikogo nie ma i sąsiad mógł być spokojny do końca urlopu. Podstawą jest zdefiniowanie, czemu my to w ogóle robimy. Zwykle odpowiadam: by móc spać bez strachu.
Bo zawsze ktoś obok czuwa i jest na miejscu – może podejść, sprawdzić, uspokoić.
Każdemu z nas na tym zależy, sam zresztą często podkreślasz, że bezpieczeństwo jest sprawą wszystkich, bez względu na płeć, wiek czy inne czynniki, które mogą odróżniać nas od siebie.
Nie ma tu wyjątków. Prowadzę treningi zarówno dla zawodników MMA, jak i seniorów. Pracowałem w Oddziale Specjalnym Żandarmerii Wojskowej, przygotowywałem żołnierzy do walki wręcz oraz technik i taktyk interwencji, ale były to osoby wyszkolone fizyczne. Od ośmiu lat współpracuję również z Fundacją Szansa – Jesteśmy Razem, która pomaga osobom z dysfunkcjami wzroku. My, dobrze widzący, potrafimy dostrzec symptomy zagrożenia: czy ktoś idzie w moim kierunku, czy jest agresywny. Osoba z dysfunkcją wzroku tego nie zobaczy, ale może nauczyć się odpowiednich reakcji. Są różne strategie. Może to być deeskalacja, która polega na prowadzeniu rozmowy w taki sposób, by ostudzić emocje. Albo eskalacja opierająca się na komunikacji dyrektywnej. Zaczynamy krzyczeć, stanowczo mówić: „Stój!”, „zostań tam!”, „nie podchodź!”, „puść mnie!”.
Magda, jedna z dziewczyn z dysfunkcją wzroku uczestnicząca w moim szkoleniu, pracowała na wystawie dla osób niewidomych, która mieści się przy Placu Zawiszy. Kiedy wracała do domu, zaczepił ją na przystanku jakiś facet, próbował obmacywać. Zapamiętała dźwignię na paliczki, zabronioną w MMA i innych sportach walki, ale bardzo skuteczną na ulicy. Jednocześnie krzyczała głośno: „Puść!”, dzięki czemu ludzie w pobliżu zdążyli w porę zareagować. Chodzi o odzyskiwanie sprawczości małymi krokami. Uczymy się też, jak bezpiecznie upadać, żeby nie zrobić sobie krzywdy, jak ustawić kogoś w pozycji bezpiecznej.
Bo rozmawiając o bezpieczeństwie, nie mówimy tylko o samoobronie.
To jest spektrum rozmaitych sytuacji. Fajnie, gdy ktoś potrafi zrobić kopnięcie z podwójnym tulupem jak w filmach akcji, ale przede wszystkim chodzi o to, żeby nie dopuścić do takiej sytuacji. Nazywam to ewakuacją, a nie ucieczką, bo ucieczka kojarzy się z tchórzostwem. Ewakuacja w wojsku polega na przemieszczeniu się na z góry upatrzone pozycje w celu odparcia zagrożenia. Lepiej się wycofać, żeby w porę powiadomić służby. Każdy pamięta zeszłoroczną sytuację na Uniwersytecie Warszawskim, kiedy młody człowiek przez czterdzieści minut chodził z tasakiem po uczelni i zabił portierkę. Czterdzieści sześć osób wymieniało się w tym czasie wiadomościami na WhatsAppie. Wiesz, ile z nich zadzwoniło na policję?
Zgaduję, że niewiele.
Dwie. Policja przeprowadziła dochodzenie, ludzie mówili, że nie dzwonili, bo myśleli, że ktoś na pewno zrobi to za nich. I tu wracamy do odpowiedzialności. Nasza Straż Sąsiedzka niektórym kojarzy się z donosicielstwem. A chodzi o to, żeby przekazywać informację do odpowiednich służb i nie dopuścić do tragedii. Nie oszukujmy się, młodzież sama z siebie nie zawsze zadzwoni na numer alarmowy, ale jeśli będzie miała nawyk, by powiedzieć o czymś podejrzanym sąsiadowi czy rodzicowi, to może wiele zmienić. Trzeba dawać przykład, a ten jest problematyczny, bo nie ma w naszym świecie osób, które mogłyby stać się autorytetem. Tymczasem nasza inicjatywa sprawia, że spędzamy razem czas, robimy coś wspólnie.
Jak rozmawiać z dziećmi o bezpieczeństwie i zagrożeniach? Maluchy wyczuwają zdenerwowanie dorosłych, docierają też do nich różne informacje. Sam jesteś ojcem, na pewno przerobiłeś ten temat.
Wszystko zależy od wieku dzieci i przygotowania rodzica. W moim przypadku to szczególnie złożone, bo mam trójkę w różnym wieku, a każde funkcjonuje na innym poziomie spektrum autyzmu. Każdą rozmowę o zagrożeniach muszę więc prowadzić inaczej – odpowiedzialnie, spokojnie i w sposób dostosowany do ich możliwości.
Najstarsza córka jest już pełnoletnia. Dorastała w domu, w którym temat bezpieczeństwa był obecny od zawsze. Dziś sama prowadzi ze mną zajęcia. Średni syn jako pierwszy powiedział głośno, że boi się włamania. Wtedy poczułem, że nawet jeśli jestem ekspertem od bezpieczeństwa, moje dziecko może realnie odczuwać zagrożenie. Widzę, jak bardzo jest dumny z tego, że to właśnie on zainicjował stworzenie Straży Sąsiedzkiej. Najmłodszy syn dopiero rozpoczął pierwszą klasę. Tu nie ma rozmów o zagrożeniach, bo nie chcę, aby patrzył na świat przez pryzmat lęku. Skupiam się na zabawach, które wzmacniają jego naturalne odruchy obronne i uczą podstawowych zasad: nie rozmawiać z nieznajomymi, wiedzieć, jak wezwać pomoc, znać numer 112.
Z mojego doświadczenia wynika również, że niektóre tematy lepiej przepracowują osoby z zewnątrz – mające w oczach dziecka autorytet eksperta, a nie taty. Nie tylko znają się na bezpieczeństwie, ale mają również przygotowanie pedagogiczne i potrafią dotrzeć do dzieci w różnym wieku, z rozmaitymi potrzebami i zaburzeniami. Chodzi o to, żeby w razie sytuacji kryzysowej każde z nich potrafiło odpowiednio zareagować.