Trzy bieguny Mateusza Waligóry
Znakomity podróżnik opowiada o tym, dlaczego na Antarktydzie nie można płakać, jak lęk przed niedźwiedziami oswajał pluszakiem z Ikei i po co człowiekowi wielkie rekordy. To opowieść o tym, że na wyprawie nie ma czasu na filozofię, oraz że największą odwagą wcale nie jest marsz na biegun, ale umiejętność powiedzenia „pas” i powrót do domu.
Adam Robiński: Jak się rodzi w człowieku odwaga, która pozwala mu dojść na biegun?
Mateusz Waligóra: Poprzedza ją ciekawość. To ona pojawia się jako pierwsza, pcha nas w odległe miejsca. Dopiero gdy jest ciekawość, możemy się zastanawiać, czy mamy też w sobie wytrwałość i odwagę, by zmierzyć się z celem. Nie, nie bałem się wyprawy na biegun południowy. To było moje marzenie. Może nie dziecięce, ale na pewno oswajałem się z nim od czasów młodości. Historiami polarnymi zainteresowałem się już w gimnazjum. Pomyślałem, że też tak chcę. Potem, już jako dorosły człowiek, powiedziałem sobie: „Dobra, robię to!”. Dokładnie pamiętam ten moment.
„Idę do bieguna!”. Ta decyzja zaowocowała książką dla dzieci Antarktyda. Wyprawa na kraniec świata.
To było latem 2020 roku na ulicy Krowoderskiej w Krakowie. W 2018 roku przeszedłem pustynię Gobi, potem miałem iść przez Australię, ale wybuchła pandemia. Wszystko mi się wysypało na trzy miesiące przed wylotem. Pomyślałem, że zamiast tego pójdę wzdłuż Wisły. Podczas tamtej wędrówki, właśnie w Krakowie, gdy szedłem do mieszkania mojego przyjaciela, pomyślałem, że to jest ten moment. Albo porwę się na biegun teraz, albo nie zrobię tego nigdy. Postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę, zacząć gromadzić fundusze na wyprawę. Wymyśliłem, że gdy już dojdę do ujścia Wisły koło Gdańska, to spróbuję spotkać się z Markiem Kamińskim. Może poradzi mi to i owo? Na przykład jak zorganizować pół bańki na organizację.
Poradził?
Nie udało mi się go wtedy złapać. Poznaliśmy się dopiero później, gdy z bieguna wróciłem. I żeby było śmieszniej, sytuacja się odwróciła. Bo to ja ostatecznie przygotowywałem Marka i jego syna Kaya do wyprawy na biegun południowy. Okazuje się, że trzydzieści lat przerwy w życiorysie polarnym to jest dużo.
Trzydzieści lat bez chodzenia na nartach potrafi zrobić duże spustoszenie w pamięci i umiejętnościach.
Założyliśmy z kumplami agencję wyprawową Polaris Explorers i w ramach jej działalności pomagaliśmy Markowi w przygotowaniach.
Ale pół bańki i tak zebrałeś.
Odkładałem każdy pieniądz, jaki mogłem. Znalazłem sponsorów. Założyłem zbiórkę, która okazała się największą polską zrzutką na wyprawę – zebraliśmy ponad sto trzydzieści tysięcy złotych. Na potrzeby tej akcji razem z Michałem Olszańskim, dziennikarzem radiowym, napisaliśmy książkę. Miała być nagrodą dla darczyńców.
Pytałeś mnie o odwagę – jeśli czułem strach, to właśnie wtedy, podczas przygotowań. Wyobrażałem sobie, że gdy już stanę w antarktycznej zatoce Hercules Inlet, skąd miałem ruszyć, a samolot Twin Otter zniknie mi z oczu, to się po prostu rozpłaczę. Z samotności. Ale gdy już przyszło co do czego, to wiedziałem, że płakać nie mogę, bo mi zaparują gogle. A parujące gogle to jest na Antarktydzie szach-mat. Największy kłopot, jeśli nie liczyć szczelin, w które można wpaść. Więc ostatecznie się nie rozpłakałem.
Kiedy, więc przemknęło ci przez głowę, że jesteś na tę wyprawę gotowy, zarówno fizycznie, jak i psychicznie?
Och, to było o wiele wcześniej. Chyba na Gobi.
Ukończyłem tamtą wyprawę chudszy o dwadzieścia cztery kilogramy i pełen nowej pokory.
Ale też ze świadomością, że wielu próbowało przejść przez tę pustynię, a udało się dopiero mnie. Więc może jestem gotów na jeszcze śmielsze wyzwania?
Biegun południowy był ostatecznym celem?
Jako dzieciak wymyśliłem sobie trzy bieguny. północny, południowy i Mount Everest jako ten trzeci. Fascynowały mnie dokonania norweskich odkrywców z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Erling Kagge był pierwszym, który dotarł bez żadnego wsparcia z zewnątrz do obu biegunów, a potem wszedł na najwyższą górę świata. Rok po powrocie z Antarktydy ja też wszedłem na Everest.
Opowiedz więcej o swoich bohaterach z dzieciństwa. O Kamińskim już trochę wspominałeś.
Im bardziej wgłębiałem się w historię jego wypraw, tym wyraźniej widziałem bohatera drugiego planu. Tego, który zawsze stał w cieniu. Znalazłem kiedyś wycinek z „Gazety Wyborczej”, a w niej notkę: „Doświadczony polarnik Wojciech Moskal i młody biznesmen Marek Kamiński ruszają na biegun północny”. Zresztą sam Marek przyznaje, że był twarzą przedsięwzięcia, które udało się przede wszystkim dzięki umiejętnościom Moskala.
Ale inspiracją byli też Fridtjof Nansen, który przeprawił się przez Grenlandię, i Douglas Mawson, australijski geolog mocno zainteresowany badaniem Antarktydy. Zupełnie inaczej niż Roald Amundsen, dla którego najważniejszy był cel sportowy – zdobycie bieguna. Wyróżnić muszę też Ernesta Shackletona. Dziś jest stawiany za wzór lidera, wzór przywódcy.
Mówcy motywacyjni i coachowie tłumaczą, jak zarządzać korporacjami w stylu Shackletona. Tylko że wszystkie jego wyprawy był wielkimi porażkami!
Żadna nie osiągnęła stawianego przed nią celu.
Shackleton świetnie gasił pożary. Jak podczas nieudanej wyprawy antarktycznej na pokładzie „Endurance”. Statek został uwięziony w lodowym paku, załoga przez półtora roku tułała się po Oceanie Południowym i, o dziwo, nikt nie zginął.
Podczas innej zawrócił sto kilometrów przed biegunem. I to jest dla wielu osób najbardziej inspirujące – że umiał powiedzieć: „pas”. Wycofać się i przeżyć. Ale rzadko wspomina się choćby o tym, że po powrocie, sfrustrowany porażkami, popadł w alkoholizm. Zostawił rodzinę, żonę z dziećmi, i wyprowadził się z domu. Ale wymieniam te wszystkie nazwiska po to, żeby podkreślić, że inspirowały mnie ich wyczyny, natomiast nie podziwiałem ich jako ludzi. Nie poszedłem na biegun, bo chciałem być jak Shackleton albo jak Amundsen. Chciałem przeżyć to, co przeżyli oni.
Co mówisz swoim synom, gdy ruszasz na wyprawę?
Tylko tyle, że jadę. Nie muszę nic więcej. Widzą, że od jakiegoś czasu kurier przywozi kolejne paczki, że w domu pojawia się nowy sprzęt. Na przykład dziś przyszły nowe sanki. Synowie patrzą, jak to wszystko rozpakowuję, jak mierzę, próbuję. Narty, buty, materac. Nie pytają więc „czy jadę”, ale „dokąd jadę”.
Tylko że dla nich ta informacja oznacza przede wszystkim to, że taty długo nie będzie w domu.
Ale oni nie znają innego taty. Robiłem to wszystko, jeszcze zanim chłopcy się urodzili. Rytm moich wyjazdów jest dla nich naturalny. Zupełnie inaczej byłoby w sytuacji, gdybym pracował dzień w dzień od dziewiątej do siedemnastej, a potem nagle oświadczył, że muszę na dwa miesiące zniknąć.
Czyli nie buntują się? Nie protestują, że starego nie ma w domu?
Na pewno lepiej znosili moją nieobecność, gdy byli trochę młodsi. To się chyba zmieniło podczas mojej podróży na Everest.
Może po prostu zrozumieli skalę niebezpieczeństwa. Bali się o ciebie?
Zdecydowanie. Wcześniej odczytywali moje wyprawy dość prozaicznie – tata będzie szedł na nartach, nic wielkiego. Owszem, pytali o Grenlandię, więc mówiłem, że są tam niedźwiedzie polarne. „Tata, a ty się nie boisz niedźwiedzi?”. Jasne, że się boję, każdy się ich boi, bo są wielkie jak krowy. Wyobraź sobie, że któregoś dnia pojechali z moją żoną do Ikei i kupili mi tam wielkiego pluszowego niedźwiedzia.
„Śpij tata z niedźwiedziem, to się potem nie będziesz ich bał”.
Do dziś z nim śpię. To rodzi pewne spory: w naszym łóżku są dwie duże osoby i niedźwiedź imieniem Svalbard. W ten sposób wszyscy oswoiliśmy ten lęk.
Ale wyprawa na Everest to coś więcej niż tylko marsz na nartach.
Czasem myślimy, że do dzieci docierają tylko te informacje, które im serwujemy. Ale to zupełnie nie tak. Widzą i słyszą o wiele więcej, niż nam się wydaje. Synowie obserwowali, że ruszam na Everest w kiepskiej kondycji fizycznej, a przez to również psychicznej. Musieli zdawać sobie sprawę, że się po prostu boję. Że pierwszy raz w życiu ruszam ze świadomością, że to się nie może udać. Że nie ma szans na osiągnięcie celu. Widzieli to wszystko, i pewnie dlatego też się bali.
Chcesz powiedzieć, że pojechałeś na Everest w kiepskiej formie fizyczno-psychicznej?
Pojechałem z przekonaniem, że w każdej chwili mogę się po prostu wycofać. Plan zakładał jazdę na rowerze od poziomu oceanu. Pomyślałem, że polecę do Indii, wsiądę na rower, spróbuję jechać, zobaczymy, co będzie. Najwyżej zrezygnuję. Tymczasem gdybym nie wsiadł do samolotu, żałowałbym pewnie do końca życia. Chciałem mieć świadomość tego, że próbowałem. Wiesz, miałem wtedy poważne problemy z kręgosłupem. Rok temu skończyły się operacją. Wcześniej cierpiałem na bóle, które niemal odcinały mi nogi. Traciłem w nich czucie. To nie jest najlepszy stan, by wchodzić na najwyższą górę świata.
Okazało się jednak, że pozycja rowerowa jest w tej sytuacji bardzo korzystna. Ale i tak jeśli zapytasz mnie o jedno słowo, którym podsumowałbym wejście na Mount Everest, odpowiem: „ból”. Wróciłem z Nepalu i powiedziałem synom, że już nigdy nie pojadę w wysokie góry. Nie interesuje mnie Korona Himalajów ani jakakolwiek inna. Zobaczyłem, jak wygląda świat z najwyższego punktu na Ziemi, wystarczy.
To dokąd pojadą sanki, które przyniósł ci dziś kurier?
Za miesiąc lecę do Laponii. Chcę między innymi przejść na nartach płaskowyż Finnmarksvidda na północy Norwegii, później część królewskiego szlaku Kungsleden w Szwecji. Pewnie tak jak w przypadku poprzednich wypraw będzie w tym wszystkim sporo treści edukacyjnych związanych z klimatem. Drugi powód jest egoistyczny: bardzo potrzebuję tej wyprawy, żeby się przekonać, czy po operacji kręgosłupa stary może jeszcze jeździć na wyprawy. Czy da radę. Jest też powód trzeci: to będzie rekonesans przed komercyjnymi wyprawami, które od 2027 roku planujemy organizować w ramach Polaris Explorers. Teraz mnie pewnie zapytasz, co na to moja żona.
Wcale nie. Chcę cię zapytać o wyrzuty sumienia. Związane z tym, że nie ma cię w domu.
Czy mam wyrzuty sumienia? I tak, i nie. Jesteśmy z żoną ulepieni z tej samej gliny. Poznaliśmy się na kursie przewodników górskich. Potem ruszyliśmy w dwuletnią rowerową podróż przez Amerykę Południową. Umówiliśmy się, że po powrocie od razu założymy rodzinę. Zgodziłem się, choć oczywiście moje myśli nie sięgały tak daleko.
Dwa lata na rowerze! Byłem w niebie, nie myślałem, co będzie dalej.
Kiedy wróciliśmy, wszystko potoczyło się zgodnie z planem. Najpierw urodził się Franek. Agnieszka była na urlopie macierzyńskim, a ja nieustannie jeździłem z grupami jako przewodnik turystyczny. Prowadziłem trekkingi, trampingi i inne tego typu wyjazdy. Przez trzy lata żyłem właściwie od wyjazdu do wyjazdu. Jeden plecak zamieniałem na drugi. Potem sytuacja się zmieniła. Ludzie często mnie pytają o to, jak żona odbiera moje ekspedycje. Tylko że w rzeczywistości to ja jestem kurą domową.
Bo na każde dwa miesiące w drodze przypada dziesięć miesięcy w domu?
Przedstawia się mnie jako „pana podróżnika”, a przecież jestem przede wszystkim sprzedawcą powierzchni reklamowej. Zajmuję się tym przez dziesięć miesięcy. W tym czasie robię też wszystko inne: odprowadzam dzieciaki do szkoły, idę po nie, czasem zawożę na treningi, gotuję, sprzątam. A potem przychodzi moment, gdy ruszam na wyprawę, czyli eksponować powierzchnię reklamową, którą przez dziesięć miesięcy planowałem i sprzedawałem. Idę oblepiony logotypami sponsorów. Pokazuję swoją gębę, a obok, na czapce albo kurtce, są znaki firmowe. Pracuję w firmie Mateusz Waligóra i opowiadam, że ta firma robi wyprawę we współpracy z producentem zegarków. Robota jak każda inna. Taka jest prawda o moim funkcjonowaniu.
Dlatego kiedy jestem w domu, staram się być we wszystkim na sto dziesięć procent. Agnieszka to widzi. I być może ten fakt trochę łagodzi wyrzuty sumienia, o które pytałeś. One się oczywiście pojawiają, przede wszystkim wtedy, gdy jestem sam gdzieś na krańcu świata, siedzę w namiocie, nie da się z niego wyjść, bo na zewnątrz jest white-out (tzw. biała ciemność) albo burza śnieżna. Myślę wtedy, że przecież nie mam na co narzekać: owszem, pada śnieg, to niech pada, przecież mam co jeść, mam paliwo, jestem bezpieczny. Trudno to ma moja żona w domu, która musi sama ogarnąć dwie głowy i w tym samym czasie pracę zawodową.
Opowiedz o powrotach. Kiedy porzucasz rzeczywistość wyprawową i zderzasz się z prozą życia.
Najbardziej niesamowite po powrocie z Antarktydy było odkrycie, że świat ma kształty. Samochody, drzewa, budynki. Na co dzień nie zwracamy na nie uwagi. Gdy idziesz przez Antarktydę, widzisz tylko horyzont. Wszystko jest płaskie, jedynie czasem pojawiają się jakieś zafalowania. Wyobraź sobie szok, jakiego doznajesz, gdy w oddali pojawia się sylwetka stacji Amundsen-Scott na biegunie. Przy dobrych warunkach widać ją z około dwudziestu pięciu kilometrów. Serce zaczyna mocniej bić. Potem, gdy jesteś już z powrotem w Chile, bo ten kraj jest hubem przesiadkowym, to wrażenie jeszcze się potęguje. Punta Arenas po powrocie z Antarktydy jawi się jak epicentrum chaosu. Wszędzie ludzie, wszędzie kształty.
Poza tym po powrocie największym odkryciem jest dla mnie kran. Zwykły domowy kran, z którego leci woda.
Gdy jesteś na wyprawie, wszystkiego musisz sobie odmawiać. W tym wody. A tu odkręcasz kurek, a ona leci. Tyle, ile chcesz. Masz wrażenie, że świat daje nam nieskończoną liczbę zupełnie niepotrzebnych wyborów. Zamawiasz kawę w kawiarni i słyszysz pytania: na ilu espresso, z jakim mlekiem? Był czas, kiedy mnie to strasznie frustrowało. Ludzie, po co to wszystko! Tak, powroty są trudne…
Dajesz sobie taryfę ulgową przez jakiś czas?
Rodzina mi ją daje. Oczywiście od razu wdrażam się we wszystkie obowiązki. Bliscy wiedzą jednak, że na początku ciśnienie może mi podnieść dosłownie byle co. Na przykład hałas. Ale chcę, żeby to wybrzmiało właściwie: uwielbiam powroty. Uwielbiam ten stan emocjonalny: zrobiłem to, co chciałem, co zaplanowałem, osiągnąłem cel, jestem pełen endorfin i planów na przyszłość. Wyprawy bez powrotów nie miałyby sensu. Byłem kiedyś w dwuletniej podróży, już nigdy nie chciałbym wyjechać na tak długo.
Wyobrażam sobie, że po powrocie w głowie muszą dziać się różne rzeczy.
One się dzieją jeszcze tam, na Antarktydzie. Żadna głowa nie udźwignie świadomości, że wysiadasz z samolotu, a przed tobą 1200 kilometrów marszu przez najbardziej odludny kawałek planety. Horyzont myśli na dany dzień musi wyznaczyć najbliższe dwanaście kilometrów, nie więcej. Gdy czyta się relacje polarników, to się człowiekowi wydaje, że każdy z nich jest filozofem. Że każdy rozmyśla o sensie życia. To bzdura. Skończyłem dziennikarstwo, nienawidzę matematyki. Tymczasem, gdy idziesz przez Antarktydę, to zajmujesz się przede wszystkim liczeniem. Przeszedłem dziś tyle kilometrów, mam taką prędkość, tyle jedzenia, tyle litrów paliwa, wystarczy mi to na tyle dni. To znaczy, że dziś muszę przejść o dwa kilometry więcej, niż planowałem. Tak to wygląda. Nieustające kalkulacje!
Nie masz czasu na uniesienia. One pojawiają się z zaskoczenia. Dochodzisz do biwaku, siadasz na nartach, żeby zjeść codzienny przydział z dziewięciu kilogramów czekolady. Przed sobą widzisz buty, spódnicę puchową i żółtą plamę na śniegu, bo wcześniej się wysikałeś. I w tych okolicznościach nagle dopada cię olśnienie: „Chłopie, jesteś na Antarktydzie!”. Podobnie mam teraz, już w domu. Piję kawę, patrzę przez okno i nagle bach: „Człowieku, byłeś na Evereście!”.
Satysfakcja z opóźnionym zapłonem.
Przed wyprawą na Gobi dużo myślałem o potrzebie zapisania się w historii. Marzyło mi się dokonanie czegoś, co ustawiłoby mnie, oczywiście wiele półek niżej, ale jednak na tym samym regale co Amundsen czy Shackleton. Chciałem zrobić coś, co mnie zdefiniuje. Udało się – jako pierwszy człowiek przeszedłem samotnie mongolską Gobi. I zaraz się zorientowałem, że nic się w moim życiu nie zmieniło.
Na pustyni przeanalizowałem całe swoje życie. Od najstarszych wspomnień. Podjąłem też decyzję, że po powrocie do domu pójdę na psychoterapię.
Zrozumiałem, że od dziecka brakowało mi uznania ze strony rodziców. Prześwietliłem wszystkie sytuacje, wspomnienia dotyczące mnie i mojej siostry. Uświadomiłem sobie, że rodzice nie potrafili nas chwalić, bo sami nigdy nie byli chwaleni. Ojciec miał dziewięcioro rodzeństwa – jak jesteś jednym z dziesięciorga dzieci, to zapewne trudno dostać wystarczającą ilość ciepła i bliskości od rodziców, prawda? A jeśli jej nie dostaniesz, to i sam nie wypracujesz w sobie mechanizmów dawania. Tam to do mnie dotarło, właśnie na Gobi.
Zrozumiałeś, że robisz to, co robisz, żeby zostać docenionym przez rodziców?
Że cały ten pęd do zapisania się w historii wziął się z potrzeby, by jury tej czy innej nagrody poklepało mnie po plecach i powiedziało: „Mateusz, to było zajebiste”. Żeby rodzice powiedzieli: „Synu, jesteśmy z ciebie dumni”.
Powiedzieli?
Rodzice? Nie. Podczas psychoterapii zrozumiałem, że jeśli nie zakomunikuję mojej potrzeby, to nigdy nie dostanę od nich tego, czego oczekuję. Musiałem sam zasugerować, że mogliby czasem napisać SMS-a: „Mateusz, wow!”. Teraz już potrafią.
Wyobrażam więc sobie, że teraz jesteś bardzo wyczulony na takie sprawy w kontekście twoich synów.
Wszyscy próbujemy być własnymi antyrodzicami. Robić odwrotnie, niż robili nasi rodzice. Czasem prowadzi to do skrajności. Innym razem poruszamy się tymi samymi koleinami, co oni. Staram się oczywiście pilnować, żeby jako ojciec być najlepszą wersją samego siebie. Ale i tak wiem, że często wchodzę w buty tego typa, który ciągle narzeka, że kiedyś było lepiej. Za moich czasów było inaczej. Za moich czasów dzieci same wracały ze szkoły, dlaczego więc mam po ciebie jechać?
Ale synowie i tak muszą czuć dumę: tata był na biegunie! Na Evereście!
Jasne, na pewno czuli dumę. Tylko że w tym samym czasie co ja, na Everest wszedł też influencer Kuba Patecki. Jasne, rodzic jest ważny, ale jak masz dziewięć i jedenaście lat, to autorytetów szukasz raczej poza domem. Na przykład na YouTube. Taka kolej rzeczy.
Mateusz Waligóra – podróżnik specjalizujący się w wyprawach ekstremalnych. Jako pierwszy w historii przeszedł samotnie i bez wsparcia z zewnątrz mongolską część pustyni Gobi. Był również na biegunie południowym. Na szczyt Mount Everest dotarł z poziomu morza.
Nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazała się książka dla dzieci Antarktyda. Wyprawa na kraniec świata, którą Waligóra napisał razem z Dominikiem Szczepańskim, swoim przyjacielem i rzecznikiem prasowym. Autorką ilustracji jest Joanna Czaplewska.