SPRINGER: To Narnia, Stumilowy Las, Lothlórien czy po prostu Trójmiejski Park Krajobrazowy?
Szlakiem Wiewiórek przez Wilczy Parów na Borsuczą Głowę. Filip Springer sprawdza, skąd wzięły się fantastyczne nazwy w lasach wokół Trójmiasta. I jaki związek ma z tym wszystkim kapitan towarzystwa żeglugi parowej na Dunaju?
Las trzeszczy od mrozu. Niebo jest bezchmurne, zimne słońce prześwietla horyzont. Dookoła słychać tylko popiskiwania sikor i od czasu do czasu szelest śniegu osypującego się z gałęzi. Niesiony wiatrem suchy liść robi tu prawdziwy hałas. Sięgam po kubek, biorę łyk kawy, wygrzebuję z kieszeni kurtki resztki mlecznej czekolady z wczoraj. Kto to mówił, że jedzenie czekolady na mrozie to powinien być jedyny dozwolony sposób spożywania tego produktu? Nie pamiętam. Może Marek Kamiński? Chyba on. Sprawdziłbym, ale mi się nie chce.
Nie chce mi się też stąd ruszać. Oto stoję pośrodku wyrytej w głębokim śniegu ścieżki. Gdzieś na Szlaku Zajęcy. Przede mną osiem, może dziewięć kilometrów wędrówki. Jest niezbyt wczesny ranek, nigdzie mi się nie spieszy. Pójdę przed siebie – przez Wzgórze Trzech Gracji, Uciechę Goullona, Ośle Wzgórze, Miejsce Elzy, Wilczym Parowem może aż na Borsuczą Głowę?
I im dalej idę, tym bardziej się zastanawiam, skąd do jasnej cholery wzięły się te nazwy. I czy na pewno jestem w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym, czy raczej od dawna łażę już po Narni?
Michał Książek powiedział kiedyś, że jest liryka, epika, dramat oraz kartografia. Patrząc na mapę lasów, które od zachodu i północy otulają Trójmiasto, trudno się z nim nie zgodzić. Jeśli największa moc literatury polega na uruchamianiu naszej wyobraźni, to mapy krawędzi Wysoczyzny Gdańskiej są tego najlepszym przykładem. I potwierdzeniem, że Książek miał rację.
Góry: Kamienna, Borsucza, Gołębia, Grzybowa, Dostojna, Długa, Ilony, Jana, Opatrzności, Szwedzka
Nie ma jednej odpowiedzi na pytanie, które zaczęło kołatać w mojej głowie podczas tej wędrówki przez lasy w okolicach Sopotu. Chyba że satysfakcjonuje nas wysoki poziom ogólności takiej odpowiedzi. Wtedy jest nią po prostu: historia i geografia. Mnie jednak ta odpowiedź nie wystarcza. Po powrocie do hotelu przez kilka godzin szukam informacji o toponimii tej krainy. Tych kilka godzin zamienia się w kilka dni, a potem w osobną zakładkę w programie do robienia notatek i coraz bardziej ambitne plany pobawienia się tym tematem. I tak oto ze Szlaku Zajęcy wpadam wprost do klasycznej króliczej nory.
Ale od początku. Przyglądając się mapom Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego dość łatwo znaleźć na nich nazwy o religijnym czy wręcz biblijnym charakterze. Tutaj na plan pierwszy wybija się rzecz jasna Dolina i Góra Ewy, Góra Józefa czy Czarcia Góra. Nieprzypadkowo wszystkie te miejsca znajdują się w pobliżu Oliwy – miejscowości, która do Gdańska została włączona dopiero w 1926 roku. Wcześniej, przez wiele wieków stanowiła własność cystersów. Sprowadził ich w te okolice pod koniec XII wieku pomorski książę Sambor I. Szarzy mnisi byli „startupowcami” swoich czasów. Wszędzie, gdzie się pojawiali, wprowadzali nowoczesne sposoby gospodarowania. Ich specjalnością była inżynieria wodna. Budowali stawy rybne, regulowali potoki i rzeki, osuszali bagna. Ciche i odludne okolice w dolinie spływającego z wysoczyzny morenowej potoku były dla nich idealnym terenem do założenia kolejnego klasztoru.
Doliny: Cienista, Zaklęta, Wężowa, Niedźwiedzia, Spokoju, Powagi, Radości, Bobrów, Ewy, Schwabego, Elfów, Czystej Wody, Zgniłych Mostów
To z cystersami zresztą wiążą się teorie (lub też legendy) związane z samą nazwą Oliwy. Jest ich kilka. Jedna mówi o zmęczonym polowaniem Samborze, który zaległ pod drzewem w tych okolicach i zasnął. Przyśnić miał mu się anioł z gałązką oliwną, który nakazał mu sprowadzenie cystersów, by założyli tam swoje opactwo. Inna głosi o słowiańskim pochodzeniu nazwy miejscowości – potok zwany dziś Oliwskim miał być przez słowiańskich mieszkańców tych terenów nazywany Oławą. Rdzeń oł- lub ol- w językach słowiańskich często wiązał się z wodą (ołów to kolor wody, ale też „rozlewanie się” – stąd dolnośląska Oława, kilka Ołoboków, dwie Ołowianki i trochę Ołowianych Strug tu i ówdzie).
Teoria łącząca te dwie powyższe wymienia już wprost cystersów, którzy lokalną nazwę Oława albo Olawa przerobili na biblijną modłę, nawiązując bezpośrednio do biblijnej Góry Oliwnej (Mons Olivarum). Dla mnichów oliwka była symbolem pokoju, błogosławieństwa, ale też męki Chrystusa (Ogrójec). I tak oto w Akcie Fundacyjnym Klasztoru w Oliwie z marca 1186 roku pojawia się już wprost nazwa Monasterium sanctae Mariae de Oliva.
Cysterski rodowód ma, a właściwie miała także nazwa znajdującego się najbliżej opactwa wyniosłego wzgórza nazywanego dzisiaj Pachołkiem. Dla mnichów była to ich lokalna Mons Olivarum – górująca nad klasztornym założeniem. Przypuszcza się, że przez całe wieki było to ważne miejsce kultu pogańskich Pomorzan. Niemieccy badacze próbowali tę nazwę powiązać z germańskim bóstwem Pikollosem.
Na cystersach i Biblii przygoda z nazwami w tych okolicach wcale się nie kończy, a jedynie zaczyna. Spacer z oliwskiego opactwa na Pachołek zajmuje dziś jakieś trzydzieści minut, i kończy się lekką zadyszką. Jeśli jednak pójść kawałek dalej na północ, dotrzemy na drugi, nieco niższy szczyt o swojskiej nazwie Góra Kościuszki. Historia tego miejsca jak w soczewce skupia pokręcone losy całej tej okolicy.
Wzgórze to przez wiele lat nosiło nazwę Luisenhain, co nie było szczególnie oryginalne, bo na cześć ukochanej żony Fryderyka Wilhelma III, Luizy, w całych Prusach nazwano tak od groma szczytów, potoków, ławeczek i Bóg wie czego jeszcze. W 1889 roku królewskiej parze wystawiono tu nawet obelisk z orłem na szczycie i adekwatnym cytatem z Goethego. Te ślady pruskiej historii zostały skrzętnie usunięte stąd w 1945 roku. Chwilę później grupa licealistów i nauczycieli z pobliskiego liceum wyszła z inicjatywą, by wzgórze to nazwać imieniem Kościuszki. A w 1977 roku pruski obelisk zaopatrzono w nową historyczną narrację.
Wydawać by się mogło, że najłatwiej byłoby tu upamiętnić jakieś wydarzenie związane z Kościuszką, ale to by było zbyt proste. Obelisk poświęcono królowi Zygmuntowi III Wazie i 350. rocznicy zwycięstwa w bitwie pod Oliwą, które to polska flota odniosła nad szwedzką armadą. Historyczny groch z kapustą został więc tu podlany sympatycznym, karmelowym sosem.
Wzgórza: Lisie, Zajęcze, Orle, Gliniane, Królewskie, Kawowe, Trzech Panów, Luizy, Pachołek, Olimp.
Czas jednak wracać do Narni i jej najbardziej niesamowitych nazw. Tutaj jednak musimy złapać aż trzy wątki jednocześnie: pruską biurokrację, początki nowoczesnego leśnictwa oraz romantycznej kultury turystycznej.
W XIX wieku Prusy były państwem niezwykle zbiurokratyzowanym, a administracja państwowa dążyła do precyzyjnego skatalogowania każdego skrawka ziemi. Jednym z przejawów tej obsesji była niemiecka kartografia, być może w tamtym czasie najlepsza na świecie. Znaczenie map uświadomiono sobie w państwie pruskim zwłaszcza po wojnach napoleońskich. Wystarczy zresztą przeczytać Mapomatykę Pauliny Rowińskiej (nasza rozmowa z autorką tu), by przekonać się, jak wielu Niemców – matematyków i kartografów –wpłynęło w tamtym czasie na tę gałąź wiedzy.
Od 1875 roku Niemcy tworzyli bardzo dokładne mapy topograficzne w skali 1:25 000 tak zwane Messtischblatty, które do dziś imponują szczegółowością. Aby mapa była funkcjonalna dla wojska i urzędników, punktom orientacyjnym nadawano nazwy. W dokumentach nie trzeba było wówczas pisać „trzecie wzgórze za strumieniem” – wystarczało wymienić Fuchsberg (Lisią Górę) albo Eichenhöhe (Dębowe Wzgórze).
A stąd blisko już do kolejnego wyjaśnienia tego fenomenu. Pomocny w tym będzie kapitan towarzystwa żeglugi parowej na Dunaju, czyli Donaudampfschifffahrtsgesellschaftskapitän. Słowo to – całkowicie poprawne gramatycznie – jest skrajnym przypadkiem bardzo powszechnych w języku niemieckim rzeczowników złożonych, czyli kompozytów. Ich konstrukcja polega na „sklejaniu” słów w większe struktury, co szczególnie przydawało się w nadawaniu nazw geograficznych i usprawniało cały proces. Wiele nazw polskich w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym (i w ogóle na terenach poniemieckich) jest bezpośrednim tłumaczeniem niemieckich kompozytów – wystarczy zerknąć na powszechnie dostępne w internecie (na przykład TUTAJ) Messtischblatty, by zobaczyć, że dzisiejsza Dolina Radości to po prostu Freudenthal (i kaszubski Frajndôl, bo Kaszubi też tworzą w swoim języku kompozyty), a Droga Nadleśniczych to Oberforstmeisterweg.
Oczywiście w tym złożonym słowotwórstwie ważną rolę odgrywał zawsze lokalny kontekst – raz znajdował on wyraz w nazwach opisujących krajobraz, faunę i florę takich jak Erdbeer Berg, czyli Poziomkowa Góra, innym razem w takich, które upamiętniały miejscowe historie i postaci jak Mackensenweg nieopodal Wrzeszcza – droga upamiętniająca postać Augusta von Mackensena, słynnego dowódcę Czarnych Huzarów stacjonujących w tutejszym garnizonie.
Kolejne wyjaśnienie nazewnictwa w gdańskich lasach łączy się bezpośrednio z historią leśnictwa. To bowiem Prusy były krajem, w którym narodziła się nowożytna forma tej gałęzi gospodarki. A Pomorze było ważnym poligonem eksperymentowania na tym polu. W Prusach las nie był już po prostu dziką puszczą (choć i taką gdzieniegdzie bywał, to bowiem tutaj narodził się plan stworzenia pierwszego w Europie parku narodowego: Niemieckiego Parku Narodowego na Kaszubach), lecz stawał się „fabryką drewna” albo uprawą drzew – uporządkowanym zasobem, którym trzeba efektywnie zarządzić. Lasy dzielono więc na precyzyjne oddziały (Jagen). Linie podziałowe (Schneise) stawały się drogami, które natychmiast otrzymywały nazwy – często od nazwisk leśniczych, gatunków drzew lub wydarzeń. Niemcy masowo stawiali w lasach kamienne słupki i drogowskazy z wyrytymi nazwami miejsc i dróg. Wiele z nich wciąż można znaleźć w lasach na Pomorzu, Mazurach, Ziemi Lubuskiej i Śląsku.
Ten pruski „ordnung leśny” miał też bardzo ważny polityczny wymiar. Państwo wprowadzało go ze szczególną skrupulatnością na terenach „niepewnych etnicznie”. Pruski leśnik noszący mundur był emanacją państwa – kontrolował i zarządzał nie tylko lasem, ale też ludźmi żyjącymi z jego zasobów. Jak pisze Krzysztof Jażdżewski w książce poświęconej historii lasów gdańskich: „administracja leśna na każdym szczeblu bardzo silnie związana była ze służbą wojskową. Odbywano ją w zależności od docelowego stanowiska w formacjach konnych strzelców polnych (Reitende Feldjäger), strzelców polnych i ochrony. Do służby tej rekrutowali się członkowie rodzin szlacheckich i miała ona ewidentnie prestiżowy charakter. Zalesianie było też powszechną praktyką państwa pruskiego na wypieranie z konkretnych terenów ludności innej niż niemiecka.
Taki był zresztą jeden z politycznych celów powołania wspomnianego Niemieckiego Parku Narodowego – poza ochroną, a właściwie rekonstrukcją środowiska przyrodniczego chodziło o rozpędzenie Kaszubów z ich silnego matecznika.
Miejsca: Polana Słowików, Diabelski Mostek, Źródło Elżbiety, Uciecha Goullona, Mon Plaisir, Głaz Tempelburg, Mała Gwiazda, Wilczy Parów.
Ale jest jeszcze trzecie źródło tych niesamowitych nazw, na jakie natknąć się można w lasach wokół Trójmiasta. To oczywiście początki turystyki i tworzenia z miejsc czegoś, co nazwalibyśmy dziś produktami turystycznymi. W XIX wieku, wraz z rozwojem Gdańska (Danzig) i Sopotu (Zoppot), narodziła się moda na spacery i turystykę podmiejską. Mieszczanie chcieli spacerować po lesie, ale w „cywilizowany” sposób. Powstawały tak zwane Verschönerungsvereine (Towarzystwa Upiększania Miasta i Okolicy). To one wytyczały szlaki, budowały altany, ławki i punkty widokowe. Aby przyciągnąć turystów, nawet najmniejsza atrakcja musiała mieć nazwę. W lasach oliwskich i sopockich w pewnym momencie niemal każda ścieżka taką miała (np. słynna Philosophenweg – Droga Filozofów).
Ta tendencja wiązała się także z politycznym znaczeniem. Wraz z rozpędzaniem się niemieckiego nacjonalizmu, w siłę rosły wątki związane z przyrodą i krajobrazem. Las był w tej nowej, niemieckiej mitologii szczególnie ważny, bo odsyłał, między innymi do jednego z założycielskich i symbolicznych dla Rzeszy zwycięstw – pokonania rzymskich legionów w Lesie Teutoburskim przez germańskie plemiona, co ostatecznie doprowadziło do ustalenia limesu na Renie. Bitwa ta, a wraz z nią las, była jednym z kluczowych elementów wiążącej się w XIX wieku niemieckiej tożsamości i polityki niemieckiego nacjonalizmu.
„Niemieckie słowo volk nie do końca oznacza po prostu lud czy naród, a bardziej zjednoczenie z transcendentalną „esencją”. Można nazwać ją „naturą”, „kosmosem” czy „mitem”, ale zawsze łączy się ona z najbardziej wewnętrzną częścią człowieka i reprezentuje źródło jego kreatywności, uczuć i jedności z innymi. W obliczu realnych problemów wywołanych industrializacją i zjednoczeniem Niemiec volkiści głosili powrót do wiejskiej prostoty i życia w zgodzie z naturą. Źródłem alienacji społecznej i zniszczenia środowiska były dla nich materialistyczny konsumpcjonizm, bezduszna industrializacja, wykorzeniony kosmopolityzm i chaotyczna urbanizacja” – mówił kilka lat temu Peter Staudenmaier w arcyciekawym wywiadzie udzielonym „Dwutygodnikowi”, dodając: „(…) Niemcy to nie tylko kraj narodzin ekologii i miejsce, gdzie do dziś zielona polityka ma duże znaczenie. Także tam powstała synteza naturalizmu i nacjonalizmu, która zaowocowała nazistowską »ekologią«”.
Szlaki: Wiewiórek, Zajęcy, Borsuczy, Lisów, Saren, Mewy, Korzeni. Szlak Alicji w Zaczarowanym Lesie.
Jakby tego wszystkiego było mało, po 1945 roku polska administracja tych terenów dołożyła swoje. Przetłumaczono nazwy niemieckie, a tam, gdzie ich brzmienie z powodów historycznych czy politycznych było nie do utrzymania, nadała swoje.
Zmianom podlegało jednak nie tylko nazewnictwo miejsc, ale także sam krajobraz, który nabierał nowych cech. Najciekawszym chyba przykładem takiej przemiany jest historia Doliny Bobrów zlokalizowanej na północ od Matarni. Można ją znaleźć na elektronicznych mapach oraz w opracowaniach poświęconych lasom gdańskim. Próżno szukać jednak Biberthal lub jakiejkolwiek niemieckiej nazwy związanej z bobrami na Messtischblattach. Nic dziwnego – pod koniec XIX i w pierwszych dekadach XX wieku bobry na Pomorzu właściwie nie występowały, były gatunkiem wytępionym i niemalże wymarłym. Dopiero w 1948 roku polscy przyrodnicy podjęli próbę reintrodukcji gatunku. Wykorzystano do tego dziewiętnaście par tych zwierząt sprowadzonych z radzieckiego Woroneża. A część z nich osiedlono właśnie w lasach i dolinkach potoków między Oliwą a Matarnią. Bobry w dolinie na długo się nie zadomowiły, być może dlatego, że wybudowano tam dla nich liczne sztuczne przepusty i tamy. Według jednej z anegdot to właśnie w tej częściowo sztucznej Dolinie Bobrów – zwierzaków sprowadzonych z ZSRR (w zamian za żubry) kręcono scenę polowania na bobry, którą do dziś możemy oglądać w Krzyżakach. Podobno filmowcy mieli pewność, że tylko tam spotkają je żywe. Nazwa Dolina Bobrów ma więc pochodzenie powojenne, ale powiela poetykę stosowaną na tych terenach przed wojną.
Świadomie lub nieświadomie gest sprowadzenia bobrów do gdańskich lasów wpisywał się w argumentację, która stała za powołaniem w 1979 roku Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Przyrodnicy i urbaniści tłumaczyli, że lasy porastające skraj Wysoczyzny Gdańskiej stanowią ważny element ochrony przeciwpowodziowej Trójmiasta. Zatrzymują bowiem i gromadzą wodę, która bez nich w nadmiarze spływałaby na tereny zabudowane w dole, zwłaszcza w sytuacji większych i nagłych opadów. Dziś to zjawisko nazywamy powodziami błyskawicznymi i w ostatnim czasie mogliśmy je obserwować w Bogatyni (2010) oraz Kotlinie Kłodzkiej (2024). Szczególnie w przypadku tej ostatniej wskazywano, że ogromny wpływ na skalę zniszczeń miało systematyczne wylesianie gór wokół najbardziej dotkniętych kataklizmem miejscowości. Można sobie tylko wyobrazić, jak mogłoby się skończyć wylesienie i zabudowanie wzgórz na zachód i północ od Trójmiasta.
Wraz z powstaniem TPK nastała też nowa epoka rozwoju turystyki w tym regionie. Władze parku wytyczyły sieć nowych własnych szlaków – i do tej grupy należą właśnie te o zwierzęcych nazwach, którymi podążyłem podczas mojej wędrówki. Część z nich nawiązuje do niemieckiego nazewnictwa (na przykład Szlak Lisów biegnący nieopodal dawnego Fuchsbergu), inne nie mają z nim związków. Wszystkie natomiast bez wątpienia tworzą efektowny ornament całego tego obszaru.
Kawa w kubku zrobiła się zimna i gorzka. Cienie kładą się na śniegu coraz dłuższymi, niebieskimi smugami. Mróz zaczyna się wdzierać do nosa małymi soplami. Wszystkie te Freudenthale, Fuchsbergi, Luizy i Dantyszki są fascynujące, ale ostatecznie, kiedy tak idę i śnieg skrzypi mi pod butami, najważniejsza staje się ta mapa, którą rysuję sobie w głowie sam. To na niej zaznaczam „Dąb, pod którym widziałem lisa”, „Zakręt Zgubionej Rękawiczki” czy „Górkę Haniebnej Zadyszki”. To jest moja intymna geografia, o której pisał Michel de Certeau w Wynaleźć codzienność. Twierdził on, że chodzenie jest sposobem na odzyskiwanie przestrzeni, rodzajem jej pisania na nowo, wbrew narzuconym z góry systemom, siatkom kartograficznym i urzędowym nazwom. I chyba o to w tym chodzi. Żeby wyjść z Narni, wrócić do Sopotu, otrzepać buty ze śniegu w hotelowym holu, ale kawałek tego lasu – nazwany już po swojemu – zabrać ze sobą.