Tato, mogę twoje klocki?
Słuchaj w formie podcastu
Kiedy uświadamiasz sobie, że plastikowa koza z zestawu sprzed dekady jest warta więcej niż twoje pierwsze auto, wiesz, że system trochę oszalał. Mówisz jednak: „Kupuję to dla dzieci, żeby rozwijały wyobraźnię” i licytujesz. Nie oszukujmy się: LEGO to prawdopodobnie najlepiej zakamuflowany kryzys wieku średniego w historii ludzkości. I co z tego!
Nie chciałbym, żeby zapamiętały mnie jako tatę przyspawanego do telefonu. Podobno dzieci nie robią tego, co chcemy, by robiły, tylko naśladują nas dorosłych. Czy mogę więc oczekiwać, żeby tonęły w książkach, jeśli ja nurkuję w rolkach? Jak zapamiętają mnie z czasu swojego dzieciństwa Rita, Matylda i Bruno? Czy w ich oczach będę ojcem, który był obecny i bawił się z zaangażowaniem, czy będę po prostu ojcem? Do czego je zainspiruję? Jaki dam im przykład? I czy jest coś złego w tym, że chciałbym, by pewnego dnia powiedziały, może nawet z dumą: „Nasz tata jest niezły w te klocki”?
Z tych i z wielu innych powodów w naszym domu zagościło LEGO. Jestem w tej kwestii purystą i uznaję tylko tę jedną firmę, pomimo wysokich cen i polityki „wiecznych nowości” oraz ciągłego sięgania po nasze pieniądze.
Zbyt duży sentyment mam do dzieciństwa i dawnych marzeń, żeby zgodzić się na imitacje. Płacimy za to całą rodziną, ale traktuję to jako mój wkład w walkę z „temuizacją”, półśrodkami i kopiowaniem.
Najmilej mi, gdy któreś z nich prosi o moje klocki. Rzucam wtedy – a jakże – sakramentalne: „To przecież nasze wspólne, kochani”, ale wiadomo, broń Boże, nie mieszajcie ich ze swoimi. Moje klocki: moje dzieciństwo, moje przygody w moich światach. Rycerze, piraci i western. Dzięki nim mogę zaprosić młodych do moich uniwersów. Opowiadać im o dzieciństwie we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. O fascynacji nowościami, mitycznym Zachodzie, niedostępności luksusów. A one się odwzajemniają – poznałem Gabi, ekipę z Ninjago i sześcienny krajobraz Minecrafta. W tym widzę wielką wartość LEGO – jeden system składania, który pozwala odwzorować Śródziemie, odległą galaktykę czy świat anime. LEGO może być wspólnym mianownikiem, pomostem między pokoleniami. U nas działa.
Przy okazji kłania się genialna strategia firmy – genialna sprzedażowo. Jeśli istnieje jakiś produkt, na który jest popyt (np. Pokemony) – zróbmy go z LEGO. Bum na Wednesday? Kup i złóż. StrangerThingsmania? Weź i zbuduj. Niesamowite, ile zestawów i formatów można wycisnąć ze świata Harry’ego Pottera czy Jurassic World. LEGO opanowało biznes licencyjny i bez trudu wyciąga klientów z łóżek wczesną porą, by ustawiali się w kolejce po gratis do zakupu pod lokalnym LEGO Store.
Wieczór przy stole z rozsypanymi klockami, gdy każdy układa swoje małe arcydzieło, to dobry czas. Bywa, że w domu jest wtedy cicho, a przy trójce dzieci to jest cenne. Nie ma rywalizacji, nie ma miejsca na uszczypliwości – wyłącznie budowanie.
Pamiętam rozmowę z synem, w której tłumaczyłem się z miłości do LEGO. Wyjaśniałem, że stoi za nią potrzeba tworzenia i zobaczenia efektów swojej pracy. Może nawet zaraziłem tym dzieciaki – jedna z półek służy jako miejsce wystawy naszych „makietek”.
Wartością wspólnego układania jest szansa na zanurzenie się w wyobraźni dzieciaków. Mogę poznać ich świat, gdy „popłyniemy” w układanie z głowy. Bez schematów i instrukcji. Trzy najprostsze klocki to brachiozaur? Tak, to jest brachiozaur.
Wejście w fantazje dzieci to dla mnie jedna z przyjemniejszych rzeczy w byciu rodzicem.
Łatwo jednak przytłumić te miłe rutyny kompulsywnym kupowaniem klocków. Urodzeni w latach osiemdziesiątych pewnie pamiętają, jak co roku w styczniu polowało się na katalogi LEGO, by poznać nowości na cały rok. Firma wypuszcza foldery do teraz, z tą różnicą, że dziś publikuje je co pół roku, a nowości znane są o wiele wcześniej. Na YouTubie jest mnóstwo kanałów poświęconych premierom oraz przeciekom (sic!). Tak, są autorzy specjalizujący się w ujawnianiu informacji o nowych zestawach, gratisach czy seriach minifigurek. LEGO to potrafi: sprzedawać i tworzyć produkty wymyślane pod różne grupy odbiorców. Seriami takimi jak „Friends”, „Gabi” czy „Harry Potter” zaskarbiło też sobie miłość dziewczynek – przez lata było to dla firmy wielkie wyzwanie.
LEGO jest drogie. Niektórzy pewnie do dziś mają w głowie zestawy, na które nie było stać naszych rodziców. I może przypominacie też sobie zdziwienie, kiedy po latach pracy chcecie spełnić swoje marzenie z dzieciństwa i… nadal nas na nie nie stać.
Klocki wróciły do mnie cztery lata temu, gdy u siostrzeńca trafiłem na moje stare LEGO. Moment, w którym znajdujesz rzecz z dzieciństwa, to jak oglądanie zdjęć z pomarańczowymi datami w dolnym rogu, tylko że bardziej (przeczytajcie nasz tekst o sile zdjęć analogowych). Pyszna mieszanka wspomnień, sentymentów, radości, rozczarowań, czystej dziecięcej chęci posiadania czegoś.
Mimo że najbliższe jest mi układanie autorskich rzeczy (tzw. MOC – my own creation), nie oparłem się pokusie odbudowania kilku zestawów z dzieciństwa. Wtedy poznałem drugi obieg. Sklepy z klockami na sztuki, na wagę, serwis Bricklink – światowy marketplace (którego LEGO jest właścicielem). Poznałem też wartość LEGO. Jeden z handlarzy wzrost cen tłumaczył pandemią i skokowym popytem na klocki z lat dziewięćdziesiątych. Zamknięci w domach zaczęliśmy podróżować w czasie, a takie wyprawy kosztują. Nie zawsze jednak to, co stare w LEGO jest drogie. Kosztowne bywają pojedyncze figurki, pojedyncze klocki. Legendarna koza, która była częścią jednego zestawu z 2011 roku, osiąga na Bricklinku ceny wahające się od 150 do 650 złotych. Nic nie dało wypuszczenie na rynek… dwóch innych kóz.
Ceny oryginalnie zapakowanych zestawów sprzed kilkunastu i więcej lat sięgają kilkudziesięciu tysięcy złotych. Królują zestawy kolekcjonerskie z Gwiezdnych wojen z mitycznym już Miastem w chmurach z 2003 roku – egzemplarz w Australii kosztuje ponad 40 tysięcy złotych.
LEGO idealnie wyczuło potrzeby klientów po czterdziestce. Umiejętnie gra na naszej nostalgii i co rusz wrzuca na rynek zestaw, który automatycznie u ojców takich jak ja wywołuje myśl: „Muszę to mieć”.
LEGO bezbłędnie dawkuje przedmioty pożądania, nie wrzuca wszystkiego naraz. Metodycznie, precyzyjnie, co kwartał proponuje coś w stylistyce zestawów z lat osiemdziesiątych lub puszcza oko do fanów kina sprzed kilkudziesięciu lat. Przykładem niech będzie DeLorean z Powrotu do przyszłości czy wóz Pogromców duchów. Ceny nowych zestawów wahają się od kilkudziesięciu złotych do kilku tysięcy. LEGO prowadzi też własną politykę dystrybucji wybranych zestawów. Są takie, które znajdziemy wszędzie – od Amazona po Biedronkę, są zestawy w ograniczonej dystrybucji, a także sety, które sprzedaje wyłącznie LEGO w swoich sklepach firmowych i online.
Te sklepy, cóż to jest za koncept! Na dziesięć moich wizyt zakupami kończą się może dwie-trzy. Po prostu lubię tam zaglądać. Sprawdzam, czy jest coś nowego na „ściance”, a dzieci patrzą, czy nie ma przypadkiem jakiegoś zadania czy konkursu. LEGO Store to jedne z najprzyjemniejszych miejsc w centrach handlowych – nie zapraszam do dyskusji.
Nie dziwi też, że LEGO daje możliwości zarabiania. Od najprostszego handlu po zyski z makiet czy produkowania treści. Topowi twórcy na YouTubie mają po kilka milionów subskrybentów, podobnie na Instagramie. Oczywiście wśród setek unboxingów i innych nic niewnoszących produkcji można znaleźć świetne recenzje zestawów, tutoriali czy po prostu dobre, rozrywkowe materiały. Dla dzieci i dla dzieci nieco starszych.
Gdy piszę ten tekst, dociera do mnie, jak cienka jest granica między zwykłą zabawą klockami a czystą konsumpcją. W jej wyznaczeniu pomagają doświadczenia z dzieciństwa, kiedy to bardzo ograniczona liczba klocków wymuszała kreatywność i ciągłe eksperymentowanie. Dziś LEGO daje nieskończone możliwości doboru elementów i kolorów. I nie chodzi tylko o to, że występują w zestawach, ale o ich dostępność od ręki. Wyzwaniem jest zapanowanie nad zakupami motywowanymi: kiedyś się na pewno przyda lub może w przyszłości zbuduję to czy tamto. Przypomina mi to kupowanie za ciasnych ubrań z nadzieją na transformację sylwetki w sezonie wiosna-lato.
I tak, na klocki wydaję za dużo. Od jakiegoś czasu potrzebę budowania zastępuję potrzebą przebudowywania, np. z większego na mniejsze. By zaoszczędzić, także na przestrzeni. Klocki są u nas w każdym pokoju prócz kuchni. Generalnie, jest ich za dużo.
Niektórzy kolekcjonują zestawy, inni figurki. Ten kupuje LEGO z myślą o zysku, a tamten dla czystej frajdy z układania. Sam rzadko kupuję zestawy. Za to namiętnie kolekcjonuję klocki do budowania niespełnionych marzeń z dzieciństwa. Wpadłem w nieco obsesyjną potrzebę budowania coraz lepiej i coraz ładniej.
Czy są w LEGO Święte Graale? Pewnie tak i pewnie dla wielu znaczą one co innego. Może to być wymarzony zestaw z lat młodości, z zaporową ceną, rzadka figurka czy skompletowanie jakiejś serii.
Moim Graalem jest bycie dobrym tatą. A LEGO mi trochę w tym pomaga. A że przy okazji mogę się pobawić…
Nie wiem, jak długo jeszcze moje dzieci będą je lubić. Wybór i dostępność innych zabawek skutecznie odciąga je od wspólnego budowania. Klocki są wypierane przez Pokemony czy lalki. Za chwilę pojawi się pewnie coś nowego, a w końcu odkryją świat cyfrowy. Mam nadzieję, że z czasem jednak wrócą do LEGO. Ja zostanę z klockami na dłużej.