Łukasz Stanek: Tata na końcu świata
Słuchaj w formie podcastu
Jak walczyć o przyszłość i jednocześnie nie zgubić bliskości, uważności, codzienności? Co zrobić, żeby dziecko nie straciło zachwytu i swojej dzikiej wolności? I jak samemu odzyskać to, co świat zdążył w nas uładzić, zawstydzić i uciszyć? W rozmowie z Aleksandrą Pakiełą o książce Dlaczego ci to zrobiłem jej autor, Łukasz Stanek, opowiada o kruchości, strachu, zgodzie na niewiedzę.
Dwa lata temu rozmawialiśmy o tym, że świetnie byłoby, gdyby powstała książka o ruchach klimatycznych w Polsce. Powiedziałeś wtedy, że chciałbyś ją napisać, ale musisz zobaczyć: „czy to jest twoje”. Wyobrażałam sobie zupełnie inną publikację. Reporterską, książkę-mapę. O strajkach, protestach, blokadach.
I?
I taka nie jest. Gdyby była, nie byłaby tak poruszająca i zapraszająca do rozmowy. Mamy tu i przypowieść, i bajkę, i historie wybiegające w przyszłość. Listy do syna, rozmowy z ojcem, wiersze. Formalny kosmos. Który zdaje egzamin.
Cieszę się, że tak mówisz. Nie chciałem rozpocząć zdaniem: „Słuchajcie, drodzy czytelnicy, ja wam teraz powiem”. Bo nic nie mogę powiedzieć. Jesteśmy zawaleni danymi, wyjaśnieniami, podcastami, które tłumaczą i wyjaśniają, przynoszą kolejne i kolejne rozwiązania, wiedzę, metody. I wszystko wiemy, więc powinno być świetnie, a nie jest. Zapytałem siebie, czego sam bym potrzebował, zanim powiem innym, jak żyć.
Poczułem, że chciałbym w końcu odpocząć i powiedzieć, że nie wiem. Chciałbym też, by nazywać rzeczy prosto, tym, czym są. Napisałem więc książkę dla siebie, taką, której sam potrzebowałem. Pomyślałem, że przynajmniej jedna osoba będzie z niej zadowolona. Miałem poczucie, że taka książka pisania ciągiem w jednej formie utknie, nie wyrazi wielogłosu i kakofonii ścierających się i we mnie, i w świecie głosów, jakości, dźwięków. W tym tych nieludzkich. Więc wyszedł kolaż, który wprowadził do książki różne byty. Każdy z elementów dostaje swoją estetykę, charakter, widzenie. Z pewnością uchroniło mnie to od patosu i narracji wszechwiedzącej osoby.
To ryzykowne być w „nie wiem”. Nie dawać odpowiedzi na pytania. Jak ułożyć sobie przyszłość? Jak walczyć o lepszy świat i jednocześnie być obecnym ojcem?
Ważniejsze niż odpowiedzi na te pytania jest powiedzenie i pokazanie, że jest jak jest, ale że pomimo to wysyłamy światu sygnał: „Jestem tu, czy jest tu ktoś jeszcze?”. Ta książka zaskoczy i rozczaruje tych, którzy chcieli „wyznania terrorysty klimatycznego”, historii o spisku korporacji czy kulis akcji blokujących kopalnie. Dostali za to gościa, który smaży naleśniki, gotuje jajko na miękko, czasem płacze w kącie czy tłumaczy dziecku, jak gniją jabłka lub jak umiera tata.
I gdy tak sobie jesteśmy, i mogłoby to trwać zawsze, spadają wiadomości – że trzeba komuś pomóc, gdzieś pojechać, że piętrzą się sprawy karne za strajki i protesty, kolejne grzywny. W tym wszystkim synek kładzie się na podłodze, rozbiera się do rosołu, protestując, że nie chce do przedszkola. Jakiej rady miałbym tutaj udzielać?
Czy jako zaangażowany aktywista klimatyczny nie powinieneś jednak mówić nam, co mamy robić?
Gdy siedziałem w oku cyklonu, w zgiełku akcji, pomiędzy samochodami, policją, wrzaskami i wyzwiskami, pełniąc rolę rzecznika prasowego, którego zadaniem jest przekazać do kamery wiadomość o czymś, co jest znane pod pojęciem katastrofy klimatycznej, uświadamiałem sobie, że aktywista w tej roli jest fundamentalistą; jego zadaniem jest przynieść mocny przekaz w formie uproszczonej wiadomości. Że nie jest mediatorem, negocjatorem czy zwykłym uczestnikiem. Poczułem, że się wypalam w tej roli.
Dodatkowo to, że zostałem ojcem, sprawiło, że zamiast biec do przodu i przełamywać kolejne bariery, poczułem potrzebę bycia przy dziecku i jednocześnie trzymania się centrum, bycia z nim w środku wydarzeń, i zwolnienia. Te dwie prędkości z początku mocno mnie rozrywały. Dlatego pokazuję tych różnych Łukaszów i stwierdzam: żadna z tych sylwetek nie jest we mnie dominująca. I staram się żyć tak, żeby w tej ambiwalencji się odnaleźć, i w ogóle dać znać, że ona istnieje.
Dlatego postanowiłeś napisać Dlaczego ci to zrobiłem?
Gdy rozmawialiśmy dwa lata temu, pomyślałem, że książek o kryzysie klimatycznym jest już tak wiele, że nas przytłaczają. Stawiamy je na półkę, żeby można było o nas powiedzieć: „To ludzie, którzy się troszczą”. Brakowało mi książki o kryzysie serca. O takim, w którym mówimy: „Kompletnie nie wiem, co mam zrobić”. A mimo to jestem tu, a nawet odkrywam piękne rzeczy, bo świat codziennie i mimo wszystko się wydarza.
Impulsem do pisania był też twój syn, Julek. To on wywołał ten kryzys serca?
Jestem świeżo zakochanym ojcem, więc z pewnością działam w afekcie. I z pewnością pisałem książkę wobec niego i dla niego: zastanawiałem się, czy ją przeczyta, czy będzie miał czas na czytanie książek, gdy będzie już wystarczająco duży. Dzięki niemu powstały rozdziały, gdzie mój syn jako dziadek opowiada swoim wnukom o tym, co pamięta z dziś.
Jego prawdziwa obecność sprawia, że przyszłość nie jest już konceptem, fantazją, przyszłość ma imię, jakąś statystyczną datę śmierci przypadającą poza rok 2100, a więc tę wskazaną jako istotną datę graniczną dla zjawisk pogodowych, które zdecydują o być lub nie być życia ludzkiego, jakie znamy. I to dotyka mojego serca, bardzo – gdy wyobrażam go sobie siedzącego, ciągle żywego, wspominającego nasze dziś, moje, nasze wybory i dramat, w jakim żyjemy jako ludzkość.
Bo przecież gdy blokuję miasta podczas akcji, troszcząc się o moje dziecko, to blokuję kogoś, kto na tylnym foteliku wiezie do lekarza swoje.
Tak jak ja troszczy się o dziecko, ale rzeczywistość postawiła nas w kontrze do siebie, mimo że razem pędzimy jedną planetą przez wszechświat z prędkością 30 000 km na sekundę na dobre i na złe. I o tym też piszę, z czułością, daje mi to szansę na rozmowę – coś, na co z pozycji „fundamentalnej” nie miałem szansy.
Bałam się, że to będzie opowieść o „klimatycznym macho”. O Stanku na barykadach. O micie bohatera. A ty robisz coś odwrotnego, mówisz: „Boję się”.
Na początku pracy nad książką zawarłem z samym sobą umowę: nie będę kłamał i będę sprawdzał, czy nie piszę o sobie. Napisałem rozdziały soczyste: z frontu, z sądu. Szybko się zreflektowałem, że takich męskich bohaterów mamy już sporo. Nie chcę być kolejnym, bo wyprawy bohatera coś może zmieniały, ale ostatecznie jesteśmy, gdzie jesteśmy. Dostałem książkę „Fathers: Letters from Prison”, są w niej listy, które pisali z więzienia do dzieci Che Guevara, Gandhi, Martin Luther King. Też miałem myśl: „Gdy mnie zamkną, to co napiszę?”, więc w książce piszę różne listy. Ostatni list, ten najprawdziwszy, jest w zasadzie przyznaniem się do strachu, a nawet do potrzeby zamknięcia i udania, że nic się nie dzieje.
Spotkałeś się z krytyką tego, że zdecydowałeś się na powiększenie rodziny?
Nigdy wprost, ale to zdanie się pojawia, wypowiadają je ludzie, którzy znają moje dziecko, lubią je, bawią się z nim. To kolejny dramat i paradoks naszej sytuacji. Zresztą ta autorefleksja pojawia się w wielu miejscach w książce: gdy myślę o zaproszeniu dziecka na świat i gdy piszę o mojej rodzinie z Bytomia, która pracowała na kopalni węgla kamiennego. Wygląda na to, że jako ludzie „jesteśmy winni katastrofy”, przyczyniliśmy się do niej. Nazywam to i na to patrzę. Ale jestem wobec tego czuły, widząc konflikt nie do rozstrzygnięcia.
Czasem jestem wściekły na siebie, że „się osłabiłem”, że smażę naleśniki, a powinienem stać gdzie indziej.
Mam i takie myśli: „Jak śmiem kupować rowerek dla dziecka, powinienem te pieniądze przekazać na ważną sprawę”. Coraz mocniej czuję potrzebę rozmowy, przynoszenia kolejnych i kolejnych historii, bez łatwych ocen, zbiorowej agory, która nie kamieniuje, ale rozmawia przez tysiąc i jedną noc o naszych ludzkich perypetiach, uznając, że każdy zrobił wszystko, każdy każdemu, każda każdej, i że potrzebujemy wspólnej troski i tego, żeby się spotkać, zanim ruszymy, prowadząc siebie i nasze pociechy na kolejną ziemię obiecaną.
Jest w książce smutne zdanie, że kiedyś będziesz patrzył: „aż złote życie pokryje się warstwami ludzkich lamperii…”. Myślę, że ta pierwotna ciekawość, dzięki temu, że masz syna, odradza się też w tobie. Nie miałam nawet ochoty pytać, czy bycie tatą i aktywistą się gryzie, bo mam wrażenie, że będąc z synkiem, odzyskujesz w sobie jakieś złoto.
I to także cię uwrażliwia jako aktywistę. Spotkanie z nim to prezent dla mnie, cofnięcie mnie o trzy pola do tyłu, gdzie zamiast wymieniać się frazesami, siedzimy i kminimy, dlaczego tak jest. A jego kolejne „dlaczego” demaskują moje zdania, które nic nie znaczą – to bardzo śmieszne. Nawet moje słowa w wywiadach o kryzysie klimatycznym brzmią banalnie, gdy przepuszczam je przez sito niekończących się „dlaczego?” mojego synka.
W książce zatrzymało mnie to, jak pięknie uczysz Julka życia. Z cierpliwością, uważnością i ufnością. W scenie, gdy Julek podbiega w kościele do figury Jezusa wiszącego na krzyżu i krzyczy: „Pan tańczy!”, ty zastanawiasz się, czy wystawić go na reakcję ludzi i dać mu swobodę, czy może zwrócić uwagę, że tak nie wypada.
To było piękne, bo nagle Julek rozszczelnił mi tę figurę – Jezusa przybitego, muskularnego, dramatycznego. Z całej tej romantycznej figury: kochającego, życzliwego człowieka, wyciągnęliśmy tylko osobę cierpiącą i rozwiesiliśmy ją po świecie. A dziecko widzi coś zupełnie innego. W tamtej chwili zastanawiałem się, czy pójść w stronę tego, czego oczekiwali ludzie w kościele zerkający na mnie, żebym go skarcił, przytrzymał, pomniejszył, czy dać mu żyć.
Pomyślałem, że Jezus byłby chyba zadowolony, widząc ucieszonego na jego widok małego człowieka. Zostawiłem go w spokoju, podbiegł do kogoś w kościele, oznajmiając mu dobrą nowinę: „Pan tańczy!”. Czekałem na reakcję z ciekawością; pozwoliłem synkowi mieć własne sprawy po swojemu, dlaczego miałbym odbierać mu radość czy smutek tej interakcji?
Zdajesz sobie jednak sprawę z tego, że nie uchronisz syna od „utraty złota w sobie”. Piszesz: „W pewnym momencie przestaniesz pytać «dlaczego» (…). Nauczą cię nienawidzić chaszczy za twoim domem, które nie trzymają się linii… Zapomnisz o tym, że gdy byłeś dzieckiem, kochałeś tam się chować i czułeś się jak w domu”.
W wagonie numer dwa w Pendolino notorycznie biorę udział w pozornie miłych rozmowach z dorosłymi, którzy kupują bilet w wagonie rodzinnym. Ostatnio weszła pani i od razu powiedziała do synka: „Ale będziesz dzielny i nie będziesz płakał całą podróż, dobrze?”. Na to ja zapytałem: „A pani będzie dzielna i nie będzie płakała?”. Swoją drogą ciekawe, że w społeczeństwie, w którym mali ludzie to niemal dwadzieścia procent populacji, w całym pociągu, który ma około 1200 miejsc, jest szesnaście miejsc dla dzieci z rodzicami. I nawet tu oczekujemy, że dzieci nie będą płakać. Płakać się chce.
Niedawno był pogrzeb mojego ojca, na który zabrałem synka. W kościele rodzina, dużo ludzi, ja jestem ważną figurą: tym „mężczyzną” – synem taty. Ludzie patrzą, trochę z ciekawości, trochę z życzliwości. A synek jak to trzylatek, gada, wierci się, jest ciekawski i przejęty. Śmierć to dla niego potężne wydarzenie. I to śmierć dziadka, czyli mojego taty, a wiadomo, co to znaczy. To dochodzi powoli, ale skoro tatuś tatusia umarł, to czy…? Pytanie się buduje. Jestem tego świadomy, więc daję dziecku w tym doświadczeniu jak najwięcej miejsca, szczerości, nie każę mu siedzieć równo, cicho, bo nigdy nie był w takiej sytuacji.
Co w ogóle się dzieje w tym małym sercu? Ludzie się modlą, młody gada, pyta, łazi, chce zdjąć kwiatki z urny. I czuję, że nie chcę go karcić. Więc próbuję tłumaczyć: „Niektórzy się modlą w ciszy”, a on się odwraca i mówi: „Ale ja nie chcę, dupa”, pierdzi ustami i odbiega. No i co ja mam zrobić z tą wolnością, którą mu dałem?
No właśnie, co?
Zaakceptować. Julek przeżywał po swojemu. Nie ograniczyłem mu wolności, zaufałem też rodzinie i ludziom wkoło, że to wytrzymają, ale też ostatecznie nic złego nie było w tym, że życie się wyrażało, chociaż piekły mnie policzki i gotowało się we mnie. Ostatecznie zapytałem Julka, czy idziemy na chwilę na dwór i damy ludziom pobyć sobie ciszej, jak chcą. Zgodził się. Po pogrzebie podszedł do grobu i zabrał kwiaty, które zrobił dla dziadka. Spytałem, dlaczego to robi: „To są kwiatki moje i dziadka, a oni je zabiorą”, odpowiedział. Wziął je do domu i położył przy fotelu dziadka: „Tutaj będziemy je sobie mieli z dziadkiem”. Potem z fotela zrobił bazę i zabrał fotel do życia. Był z dziadkiem cały czas, chociaż wiedział, że nie żyje, bo powiedzieliśmy sobie o tym szczerze i wprost, bez żadnych chmurek i bajek dla dzieci
Myślisz, że niektórzy rodzice uczą się od ciebie takiego podejścia?
To trudny temat. Na placu zabaw podchodzę pierwszy, przedstawiam się, zapoznaję się z rodzicami, dziećmi, gadam, bawię się. Julek też tak robi. I powtarza się coś, co sprawia, że płacze mi serce: synek podchodzi do dziecka, przedstawia się i zagaduje, a dziecko patrzy na rodzica, który zaczyna się wstydzić i wypycha własne dziecko na strzał, mówiąc coś w rodzaju: „Dlaczego się nie odzywasz? W domu jesteś taki do przodu, a tutaj…”. I dzieci czują się same w tej sytuacji, zawstydzone. Co się musi dziać w tym małym człowieku, wyobrażasz sobie, jak to rujnuje?
Stałem się ostrożniejszy z uczeniem innych dorosłych. Tego dorosłego też ktoś kiedyś wystawił, ale krok po kroku na tym placu zabaw budują się też fajne sytuacje.
W Bieszczadach, gdzie pracujemy z dorosłymi, zapraszamy do ćwiczenia, prosząc, żeby wypisali dziesięć zdań, przekonań na własny temat, w rodzaju: „nigdy nie rozumiem”, „nie dasz rady”, „nigdy nie lubiłem”. Potem prosimy, żeby dopisali właściciela, autora każdego zdania. Zwykle wpisują siebie. „To niemożliwe, że to twoje zdanie. Żadna Ola, Basia, Kazio czy Julek się z tym nie rodzi. Od kogo je dostałeś?”. Po chwili dopisujemy mamę, tatę, panią od matematyki, dziadka, sąsiada. Ważnego dorosłego. To pierwszy krok do tego, żeby te zdania oddać właścicielom i sprawdzić, jak jest naprawdę.
Las w książce pojawia się też jako praktyka. Piszesz o odosobnieniach, o prowadzeniu ludzi w dzikie. Jak to się odbywa?
Pójście w dzikie, w proste, w dolinę, to dobra terapia. Szczególnie że wielu z nas nie doświadcza bycia w lesie czy w ogóle sytuacji przebywania bez telefonu przez parę godzin, a co dopiero przez dzień lub trzy. A to upraszcza, wygasza hałas, daje poczucie tego, co jest prawdziwe, dotyka pierwotnych aspektów: zimno, ciepło, głód, sytość, mokry, śliski, wiatr, strach w odpowiedzi na szelest w krzakach. Taka deprywacja sensoryczna dla cywilizacji i ukojenie pobudzonego ja. Chodzę do lasu sam dla siebie, często nocuję samotnie noc lub trzy w lesie, w jednym miejscu, bez ognia. Współprowadzę też grupy, które przyjeżdżają do bazy w Bieszczadach na projekt Wataha. Każda liczy paręnaście osób, które w dzikim przez tydzień razem gotują, jedzą, wędrują, rozmawiają przy wsparciu przewodników (wilderness guide), terapeutów, praktyków. Idziemy sobie razem nieśpiesznie i reagujemy na to, co jest, bez większego planu. Chodzenie do lasu bardzo pomaga też w uporaniu się z tendencją do rządzenia światem.
Innym razem zapraszam ludzi jako przewodnik do czegoś, co w dawnych kulturach nazywano rytuałem przejścia (rites of passage). Dostosowuje się go do potrzeb i możliwości naszych czasów, tworząc tak zwane odosobnienia (Vision Quest).
Wyruszamy w grupie, budujemy więź i bezpieczeństwo, a następnie każde z nas idzie pobyć samotnie w lesie przez parę dni i nocy, w poście, w ciszy, zabierając minimum potrzebnych rzeczy.
To pozwala pobyć w kontakcie ze światem w sposób pełny. Po spotkaniu z pierwszym lękiem bycia w samotności, bez jedzenia, w naturze, po pierwszej nudzie po odłączeniu od telefonu, człowiek zaczyna pomału się otwierać i czuć jak u siebie. Pojawia się wrodzona kompetencja do poradzenia sobie, zaradność podstawowa, która drzemie w naszym DNA od tysiącleci. Ludzie wychodzą po takim doświadczeniu z promieniejącymi twarzami jak ktoś, kto wrócił do domu po życiowej tułaczce.
Kiedy ostatnio byłeś w lesie?
Ostatnio po trzech dniach byłem już tak zmęczony, że odpuściłem wszystko, położyłem się pod drzewem i leżałem w letargu. I właśnie kiedy odpuściłem, przyszła wilczyca, przechodziła z drugiej strony rzeki, przy której leżałem pod krzakiem. Zobaczyła mnie, gdy już prawie przeszła. Stanęła i spojrzała. Mamy w głowie mitologię takiego spotkania: albo walka na śmierć i życie, albo zwierzę przemówi ludzkim głosem i przekaże wiadomość dla świata czy da jakiś amulet. A ona po prostu zorientowała się, że była nieuważna. Zobaczyła człowieka. Spojrzała w lewo, w prawo, jakby zakłopotana, a gdy zauważyła, że jestem spokojny, zawróciła i wróciła przez rzekę, skąd przyszła. Tyle. Ot, po prostu dwa zwierzęta spotkały się nad rzeką i znalazły swoją drogę dalej.
I gdy tak sobie odpuścisz, to czy w tym twoim „nie wiem” pojawia się jakieś „wiem”? Jest nawet taki moment w książce, w którym wiesz. Piszesz o tym, co musiałoby się stać, żeby świat był lepszy.
To rozdział, w którym rozmawiam sam ze sobą o tym, czego naprawdę bym chciał, i za każdym razem, gdy to sobie w książce daję, ten drugi, który ze mną rozmawia, pyta: „I o to tu chodzi, po to to wszystko robisz, to jest to, co ci się marzy?”. I szukam dalej, bo na początku okazuje się, że trudno mi w ogóle mówić o świecie, w którym chciałbym być. Jedną z koncepcji, jaka przychodzi, jest rodzaj odpuszczenia, w którym porzucamy potrzebę „posiadania” rzeczy, ostatniego zdania, prawdy. Tam przestajemy produkować dla samego posiadania, a bierzemy tyle, co naprawdę potrzebne, i nagle okazuje się, że tego wszystkiego może być tysiąc tysięcy razy mniej, że jesteśmy mniej uwikłani, mniej głodni i nie krzyczymy z pragnienia, stojąc po kolana w wodzie.
To nie jest naiwne myślenie?
Dlaczego to miałoby być niemożliwe? Kto zdecydował, że to utopia? Pewne rzeczy są policzone. Na przykład naukowcy z University of Manchester (…) policzyli i pokazali modele, gdzie zasoby wystarczą, jeśli inaczej się zorganizujemy: mieszkanie, energię, wspólnotę. Na przykład unit mieszkalny czterdzieści metrów na człowieka spełnia potrzeby. Żyłem w Szwecji w małej wiosce: miałem swoją malutką przestrzeń do spania, a resztę współdzieliłem. To się da zrobić. Rozwiązania są proste, nawet jeśli mamy nawyk powtarzania, że coś jest niemożliwe, bo nie potrafimy już marzyć. A nawet nie trzeba marzyć, wystarczy żyć życiem, jakiego uczymy nasze dzieci w przedszkolu: podziel się zabawką, wystarczy dla wszystkich.
Kiedy to tracimy? Kiedy godzimy się, że dzieci uczone wspólnoty, zabawy, dzielenia się mają stać się neurotycznymi posiadaczami na wyłączność, na później? A jeśli twój syn nie będzie o to walczył? Pójdzie w zupełnie inną stronę? Powie, że chce Range Rovera? Albo powie: „Kochany tato, jestem konfederatą”? I dwadzieścia lat później napisze książkę: „Tato, dlaczego mi to zrobiłeś?”.
Kochając go, muszę dopuścić, że jego kreatywna dusza może zrobić wszystko. W pięknej piosence „Blade bird” Oclou śpiewa: „You’re so cute, my blade is on the bird. I’ll be the one who ends up getting hurt”. To trochę o tym, prawda? Kochając, godzimy się na odrzucenie, otwieramy się na zranienie. Na razie mam nadzieję na to, że bunt Julka skończy się na punk rocku. Ale zawsze będę pielęgnował jego złoto. I jednocześnie robił wszystko, żeby reagować na świat adekwatnie i mówić, jak jest. Że ręka, która nauczyła się przez miliony powtórzeń trzymać gałąź, może dawać pieszczotę i może trzymać broń. Że drzemie w nas wiele możliwości, że nie możemy wszystkiego, ale możemy dużo, i że nie ma na koniec jakiegoś złotego zamku i pucharu, tylko jest suma wydarzeń, w których bierzemy udział, nawet gdy nie wiemy po co.