Rzuć wszystko i wróć
Słuchaj w formie podcastu
Zapewne słyszeliście historie typu: „Rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady”. A gdyby tak wszystkiego nie rzucać, a Bieszczady, choć to nasze ulubione góry, zamienić na tajską wyspę? Brzmiało to dla nas trochę jak Polish dream – pisze Mariusz Zielonka z Our Little Adventures
Trochę było w tym szczęścia, trochę przypadku, ale też wiele z naszych zamierzonych działań, mających jeden cel: zmienić nasze życie. Wyrwać się z tego kołowrotka, w którym sami straciliśmy już kontrolę nad tym, jak szybko się obraca.
Przecież i tak chcieliśmy wyjechać budowanym przez nas kampervanem w podróż po Europie – przygotowywaliśmy się do tego zarówno z perspektywy zawodowej, jak i rodzicielskiej – sporo czytaliśmy o edukacji domowej i życiu poza polskim systemem edukacyjnym.
Wszystko zaczęło się dużo wcześniej
W 2017 roku wybraliśmy się pierwszy raz do Tajlandii, wtedy z dwójką dzieci (Mania: 3 lata, Jaś: niecały rok). Podróż trwała kilka tygodni, a ostatnich kilka dni spędziliśmy na wyspie Koh Lanta – na południowym zachodzie Tajlandii. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to miejsce za kolejne siedem lat stanie się naszym drugim domem.
W maju 2024 roku dzwoni zaprzyjaźniona szkoła nurkowa. Nurkujemy oboje z Karoliną. Pytają, czy nie przyjechalibyśmy do pracy w ich centrum nurkowym. To propozycja na rok.
Decyzję podejmujemy w ciągu dwóch godzin. Niesamowite, jak łatwo nam to przyszło – mieliśmy już trójkę dzieci i psa. Po prostu byliśmy gotowi.
W lipcu idę do swojego pracodawcy z wypowiedzeniem w ręku i informacją, że 18 października wsiadamy do samolotu lecącego na Phuket bez biletu powrotnego. Kierownictwo w mojej firmie nie przyjmuje wypowiedzenia. W zamian proponuje okres próbny pracy zdalnej z Tajlandii.
Przez te pięć miesięcy do wylotu ogarniamy dla dzieci edukację domową w (nie)zwykłej warszawskiej publicznej podstawówce. Podejmujemy decyzję o sprzedaży samochodu i większości rzeczy. Nie decydujemy się na sprzedaż naszego projektu, czyli budowanego przez nas kampervana dla naszej rodziny. Jednocześnie szukamy najemcy dla naszego mieszkania. „Wiemy, że wrócimy – nie wiemy tylko kiedy i skąd” – tak często odpowiadamy znajomym na pytania dotyczące naszego wyjazdu.
Z tego też powodu decydujemy się na zabranie naszego psa, wtedy dziesięcioletniego. Jest z nami od początku jako członek rodziny i gdyby miało go zabraknąć, chcemy, żeby to się stało przy nas.
Wszystko to – na wariackich papierach – udaje się nam spiąć do dnia wylotu. Najtrudniejsze są pożegnania z przyjaciółmi i rodziną. Dla mnie też niełatwe okazało się wyjście z naszego warszawskiego mieszkania, które bardzo lubię.
Jak dobrze, że nie musimy wracać
Myślę, że przez pierwsze dwa, trzy miesiące nie byliśmy w stanie do końca uwierzyć, że się przeprowadziliśmy, że mamy zupełnie inny dom i tyle nowych rzeczy do odkrycia. Wiecie jednak, co było największym zaskoczeniem? Że nie musimy wracać.
Siedząc na plaży i oglądając jeden z sześciuset zachodów słońca, nie mieliśmy poczucia, że za chwilę to wszystko zostanie za nami i będzie kolejnym wakacyjnym wspomnieniem.
Szybko znajdujemy swoją nową wioskę, ekspacką. Głównie dzięki szkole naszych dzieci. Spotykamy się codziennie – my i one – z ludźmi z całego świata. Część dzieci ma rodziców mieszanych, Tajów i obcokrajowców.
Cały czas piszemy naszego bloga, prowadzimy też profile w social mediach. Warszawskie, polskie czy europejskie polecajki zamieniamy na tajskie. Do tego stopnia chłonęliśmy Tajlandię, że gdy skończył się sezon nurkowy na Koh Lanta, ruszyliśmy w trzymiesięczną podróż samochodem przez Tajlandię. Dzięki naszej aktywności i obecności w sieci, gdy zaczyna się kolejny sezon, pojawia się na Lancie coraz więcej Polaków, a ich dzieci znajdują miejsce w tej samej szkole. Właścicielka zaczyna nawet w pewnym momencie narzekać, że ponad połowa dzieci to Polacy i że przestaje je rozumieć, bo komunikują się ze sobą po polsku.
Życie na tajskiej wyspie
Koh Lanta to stosunkowo duża wyspa, ale o klimacie dalekim od kurortów turystycznych. Oczywiście są turyści, z roku na rok coraz więcej, ale Lanta nadal ma więcej z sielskiej wioski niż imprezowego centrum.
My mieszkamy w jednej z wiosek na wschodzie wyspy, wśród Tajów, plantacji kauczuku i palm. Poznajemy życie lokalsów – tak, jak z oczywistych względów, mało któremu turyście się udaje. Poznajemy tajską faunę w całej okazałości: z kobrami (dwa razy na naszym tarasie), skorpionami (kilka razy w butach), hałaśliwymi małpami (po pewnym czasie gonitwy po naszym dachu, pełne tupotów i wrzasków, nie robią już ani na nas, ani na naszym psie wrażenia), ale też przepięknymi fioletowo-różowymi gekonami toke, które mieszkają z nami w łazience. Jednego z nich nazwaliśmy Stefan.
Z każdym dniem coraz bardziej wrastamy w nowe miejsce. Znają nas w sklepach, na straganach, niestety poznają nas też lekarze. Sąsiedzi przyzwyczaili się do mojego widoku z wędrującym na spacery psem. Mamy swoje ulubione knajpki z jedzeniem i kawą. Wszystko generalnie płynie wolniej. Czujemy, że mamy w sobie spokój, taki wewnętrzny. Czujemy, że to miejsce daje nam oddech.
W takim poczuciu dobiegł końca sezon nurkowy i tym samym przyszedł czas na decyzję, czy zostajemy. Zostaliśmy – nie dla pracy, nie dla słońca (to można znaleźć w innych państwach), ale dla szkoły dzieci i tego, jak dużo ona im dała. Przyleciały do Tajlandii z bliską zeru umiejętnością mówienia po angielsku. Po roku mówiły płynniej niż ja, też bez tego wyuczonego w polskiej szkole zawahania w głosie. Dodatkowo zaczęły rozumieć tajski. Tylko głupiec by zrezygnował w takim momencie.
Wtedy jednak coś zaczęło nas uwierać w miejscu, w którym byliśmy. Wiecie, osiedliśmy, pierwsze zachwyty mijają – pojawia się rzeczywistość.
Oczekiwania kontra rzeczywistość
Napiszę coś oczywistego: zmiana klimatu, miejsca i ludzi nie zmienia nas i nie uwalnia od trosk i problemów, które zostały w Polsce. To wszystko potrzebuje po prostu trochę czasu, żeby nas dogonić.
Ciągle mamy wokół siebie innych ludzi – Polaków, obcokrajowców, ekspatów – a nadal czujemy się obco. W miejscu, które jest naszym domem, a nie chwilowym wakacyjnym kierunkiem turystycznym. Chcemy być po prostu częścią społeczności, także tej tajskiej.
W każdej naszej podróży po świecie, czy to Ameryka Południowa, Afryka czy Bliski Wschód, dzieci były zawsze łącznikiem przełamującym lody. W Tajlandii w ogóle nie miało to miejsca. Nasze dzieci bawiły się z dziećmi sąsiadów przez pięć minut, po czym w magiczny sposób tajskie dzieci znikały w domu. W pracy muszę prosić Tajów, żebyśmy zjedli razem lunch.
Mimo że jesteśmy już w stanie jako tako dogadać się po tajsku, w sklepach wszyscy nas znają, na targu i tak płacimy więcej – mniej niż turyści, ale nadal więcej niż Tajowie. Uświadamiamy sobie, że w Krainie Uśmiechu, jak nazywają Tajlandię, zawsze będziemy „obcy”, farangi.
„Kraina Uśmiechu”
Dlaczego tak jest? Mamy kilka przypuszczeń. Na pewno ma znaczenie bariera językowa. Tajowie niezwiązani z turystyką często nie mówią po angielsku. A nasz tajski jest po prostu za słaby, byśmy poczuli się swobodnie.
Drugą, w naszym odczuciu ważniejszą rzeczą, jest klasowość. Jako biały obcokrajowiec jestem uznawany za wyższą klasę społeczną, nawet jeśli miałbym zero tajskich bahtów na koncie. Sam fakt, że stać mnie na przelot do Tajlandii powoduje, że trudno nawet zacząć szukać wspólnego języka.
Z takiego klasowego szacunku Tajowie, z którymi pracowałem, na początku pochylali głowę, przechodząc obok mnie. To wywoływało we mnie uczucie, jakbym był ich „panem”.
Przez ten inaczej rozumiany szacunek, np. biały jadący na skuterze, często – wbrew logice – ma na drodze pierwszeństwo. Ta klasowość objawia się wszędzie i jest też mocno obecna wśród samych Tajów.
To powoduje, że wielu obcokrajowców w Tajlandii zaczyna się uważać za kogoś lepszego od Tajów, wręcz czasami uznając ich za mniej inteligentnych czy mniej rozwiniętych. Nic bardziej mylnego. Tajowie to niesamowici obserwatorzy życia.
Ostatecznie czarę goryczy w naszym przypadku przelał mój konflikt z szefami centrum nurkowego, który skończył się rzuceniem przeze mnie papierami. Zapadła decyzja: wracamy. Mamy do czego i do kogo.
Zanim spakowaliśmy walizki
Kupiliśmy bilety do Polski. I wtedy zdarzyła się rzecz, przez którą wcale nie było łatwo wyjechać. Zrozumieliśmy, że może jednak potrzeba więcej czasu niż te półtora roku, by poczuć się częścią jakiejś rzeczywistości.
Podczas jednego z ostatnich spacerów z psem, wieczorem, mijam kolejne domy. Ludzi, których znam z widzenia, z którymi często witam się tajskim sawasdee krap. Nagle ktoś pyta po tajsku: „Mario, czy jadłeś już dzisiaj ryż?” (Kun Mario gin khao mai?).
Myślę sobie: rozumiem słowa, ale nie rozumiem pytania. Dobre kilka sekund potrzebowałem, żeby połączyć kropki. To tak Tajowie pytają nieformalnie, co słychać. Jeśli jadłeś, to znaczy, że u ciebie wszystko w porządku – że zaspokoiłeś podstawową potrzebę życiową.
Jasne, że coś już zjadłem. Ale sam fakt, że ktoś zadał mi to pytanie, był zaskakujący. I bardzo miły. Poczułem się w tych ostatnich dniach jak ich ziomek z dzielnicy – tej wiejskiej dzielnicy. Jak ktoś, kto tam przynależy, kto już nikogo nie dziwi i kogo nie traktuje się jak obcego. Wtopiłem się w tło.
Witaj, Polsko
W Polsce nie było nas osiemnaście miesięcy. Wróciliśmy w najlepszym czasie, na początku czerwca. Zapach lasu sosnowego u naszych przyjaciół, którzy nas „przechowali”, zanim nasze mieszkanie się zwolniło, wywołał w nas ogrom pozytywnych emocji. Zwykły zapach, którego bardzo brakuje w wiecznie gorącej i wilgotnej Azji Południowo-Wschodniej.
Czas jakby się dla nas zatrzymał. Czuliśmy się z jednej strony tak, jakbyśmy nigdy nie wyjechali, a jednocześnie nie było nas półtora roku. Łapaliśmy się na tym, że ten czas upłynął, kiedy dowiadywaliśmy się na przykład, że komuś z dalszych znajomych urodziło się dziecko.
Nie obyło się też bez zderzeń z „polską mentalnością”. Całkiem przypadkowo jedno zdjęcie z pożegnania naszych dzieci przed letnimi koloniami rozeszło się viralowo po sieci, a dominował komentarz: „Wrócili, bo się nie dorobili”.
To niesamowite, że nadal można myśleć, że jeśli ktoś emigruje, to musi to być emigracja za pieniądzem. Mimo że było to nam bardzo dalekie, jednak lekko nami wstrząsnęło.
Nigdy nie przyszło nam do głowy, że nasz powrót do Polski po wyprowadzce do „rajskiej” Tajlandii można postrzegać w kategoriach sukcesu lub porażki.
Jechaliśmy tam z jedną myślą: każda nasza decyzja nie musi być i nie jest ostateczna. To, że wróciliśmy, nie oznacza, że nie podejmiemy jeszcze kolejnych prób.
Nasza Tajlandia była dla nas ogromną życiową przygodą. Przygodą, za którą coraz częściej tęsknimy.
