Różowy blask na brzuszku rybitwy. Rozmowa z fotografem Piotrem Charą
Adam Robiński: Pamiętasz swój pierwszy świadomy czas w przyrodzie?
Piotr Chara: To są najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa! Środek nocy, ciemno, a ja siedzę z moim ojcem na motorowerze czechosłowackiej marki Jawa, na dorobionym siedzisku. Z przodu, dzięki czemu mam wrażenie, że to ja kieruję, gdy tak jedziemy przez głęboką noc.
Dokąd jedziecie?
Nad Odrę. Urodziłem się w Dębnie, to kilkunastotysięczne miasteczko, południe dzisiejszego zachodniopomorskiego. Nad rzekę mamy kilkanaście kilometrów. Musisz wiedzieć, że wtedy, w latach siedemdziesiątych, Odra pachniała fenolem, który był zrzucany przez zakłady przemysłowe w pobliskim Kostrzynie. Odrę było czuć i to nie był przyjemny zapach. A jednak mnie, dziecku, kojarzył się dobrze, bo zwiastował przygodę. Wiedziałem, że za chwilę tata przywiąże mnie linką do drzewa na brzegu albo sam będzie trzymać drugi koniec tej linki po to, żebym nie wpadł do wody. Odra to duża rzeka, gdyby nurt mnie porwał, mógłby mnie nie wyłowić. Moje wspomnienie jest wyjątkowo żywe: przywiązany do brzegu łowię kiełbiki, płotki, krąpiki.
A więc ojciec był wędkarzem…
Tak, i często zabierał mnie ze sobą. Wspólne wyprawy nad Odrę były dla mnie niesamowitą przygodą. Woda i to, co w niej żyło, budziło duże emocje. Do tego stopnia, że potem, już w domu, siadałem z kartką i ołówkiem, rysowałem przekrój poprzeczny rzeki. Zwracałem uwagę, że boleń jako ryba drapieżna żeruje przy powierzchni, bo poluje tam na mniejsze uklejki, które zajmują niszę przy lustrze wody. Rysowałem szczupaka, sandacza, suma, leszcze, brzany. Każda ryba miała swoje miejsce. To była piękna przygoda, moje najwcześniejsze wspomnienie, bardzo intymne doświadczanie rzeki.
Ile miałeś lat?
Urodziłem się w 1973 roku, tata opowiadał mi potem, że zaczął mnie zabierać na ryby, gdy miałem cztery lata. Pamiętam, że mnie budził w środku nocy. O drugiej, bo o czwartej mieliśmy być na miejscu. Latem o tej porze robi się już szarówka, wtedy ryby najlepiej biorą. Wyobraź sobie, że wyskakiwałem spod kołdry już ubrany. Chyba w ogóle nie kładłem się spać, z wrażenia i ekscytacji. Szliśmy do kuchni, starałem się pomagać w przygotowaniach, cedziłem pszenicę i pęczak na przynętę. Byle szybciej znaleźć się nad Odrą! Potem do garażu, zupełnie po ciemku. Odpalaliśmy motorower na pych, bo nigdy nie chciał zapalić od zapłonu. I jazda przez noc! Tata zawsze chwalił się mną przed kolegami, że jestem taki skory do wstawania na ryby.
Czyli natura jako przygoda!
Tak, ale muszę ci powiedzieć, że już jako dziecko zwracałem uwagę na coś jeszcze: cieszyło mnie piękno ryb. Zawsze prosiłem ojca, by ich nie uśmiercał. Chciałem na nie patrzeć, budowałem im przy brzegu baseniki z piasku i kamieni. Często z nich zresztą uciekały. Godzinami siedziałem i patrzyłem na czerwone oko płotki, pręgi okonia, cętki jazgarza. Gdy ujrzałem u sąsiada w balii pływające węgorze, nikt i nic nie był w stanie mnie stamtąd odciągnąć. Nawet noc. Bałem się ich, ale fascynacja była silniejsza. Widziałem w nich magiczne stworzenia, które zasługują na najwyższą uwagę. Patrzyłem na ich kształty, kolory, na promienie płetw, strukturę łusek i ruch.
Piękna i unikalna szkoła przyrody.
Od wielu lat jeżdżę po Skandynawii. Podstawą tamtejszego nauczania wielu przedmiotów jest bezpośrednie doświadczanie. Na przykład to, że niezależnie od pogody dzieci wychodzą na dwór. Regularnie, o każdej porze roku. Czasami nawet celowo wtedy, gdy leje. Nauczyciel opowiada o roli wody w przyrodzie. Razem obserwują, gdzie się gromadzi, którędy spływa, jak się zachowuje i jak wiele organizmów żywych jej potrzebuje. Uczą się o związkach w przyrodzie. W efekcie dziecko zaczyna rozumieć swój kawałek planety. W ten sposób rodzą się więź i szacunek. Nam tego bardzo brakuje. W Polsce nawet instytucje odpowiedzialne za ochronę środowiska potrafią nazwać rewitalizacją prostowanie rzeki, betonowanie jej brzegów czy wszechobecne osuszanie łąk! Zachowujemy się jak obcy ludzie na nieznanej ziemi. A muszę ci powiedzieć, że znajomość miejsca, w którym się żyje, niesie szereg konsekwencji. Dla mnie jest też źródłem szczęścia.
Gdy rozumiem zależności, znam swoją ziemię, to z szacunku się jej kłaniam.
Wędkarstwo zostało z tobą na dłużej?
Z czasem wyewoluowało. Gdy miałem siedemnaście, może osiemnaście lat, zorientowałem się, że chodzę łowić nie tam, gdzie ryba bierze, ale tam, gdzie jest ładnie. Odstawałem od innych wędkarzy. Im chodziło o ryby, ja wybierałem urocze, zacienione rzeczułki. Efekty mojego łowienia były więc mizerne.
Tata nie mógł być zadowolony z synka.
Ale podziwiał, z jakim zapałem mówię o rybach, jak się nimi cieszę. Popisywał się mną przed kolegami. Prosił, żebym opowiadał o rybach. O której, tato? Opowiedz o linie. Lin, Tinca tinca, ryba płytkich mulistych jezior, najlepiej czuje się wśród grążeli i innych nenufarów. I tak dalej… Łacińskie nazwy same mi wpadały go głowy. Ośmiolatek jak Wikipedia.
Dla wielu ludzi ładne miejsce to znaczy utemperowane i schludne. A dla ciebie?
Ładne, czyli dzikie. Chodziłem tam, gdzie koryto meandruje, dolina zalewowa jest szeroka i różnorodna, gdzie brzegi porasta stary ols, a zbocza las grabowy. Oczywiście wtedy nie mogłem mieć refleksji, że piękno przyrody na mnie oddziałuje, że mnie kształtuje. Nie wiedziałem też, skąd ten wybór… A kiedy dziś przejeżdżam obok mojej szkoły – poniemieckiej, z cegły klinkierowej, z dużymi oknami, pięknymi szprosami, okiennicami, marmurowymi schodami – od razu wspominam te wnętrza. I myślę, że przebywanie w nich mogło mieć na mnie wpływ większy, niż się wydaje. No i pewnego dnia zamieniłem wędkę na aparat fotograficzny.
Co fotografowałeś?
Pejzaż. Dziki, nieprzekształcony krajobraz nadrzeczny, rzekę Myślę, która jest dopływem Odry. Moją estetyką była dzikość. Chwilę potem stało się coś przełomowego. Zupełnie przypadkiem poznałem odległe Tatry, i to miało daleko idące skutki.
Koledzy cię zaciągnęli w góry?
Nie, to zupełnie inna historia. Jako dziewiętnastolatek przeżyłem zawód miłosny. Zranione młode serce chciało się schować jak najdalej od ludzi. Przecież nikt mnie rozumiał. Takie najodleglejsze wydały mi się niebotyczne Tatry. To był sierpień 1992 roku. Pojechałem zupełnie nieprzygotowany, ruszyłem tak, jak stałem. W drodze na Rysy zatrzymałem się nad Czarnym Stawem. I wtedy przeżyłem coś, co ukształtowało moje dalsze wybory. Co kieruje mną do dziś. Czułem, że wszystko, co wiem, czego dotąd doświadczyłem, blednie w obliczu rodzącej się właśnie świadomości.
Patrzyłem w stronę Szpiglasowego Wierchu i wiedziałem, że od tej pory wszystko będzie inne. Większe, piękniejsze, pełniejsze.
Odkryłem prawdziwy skarb: świadomość mocy sprawczej. Wystarczy być konsekwentnym i nie bać się wysiłku. Zapisałem wtedy w notesie taki wiersz: „Miłość moja pisana jest kroplami potu na kamieniach, po których stąpam”. Wróciłem jako inny człowiek, odrzucając wiele z tego, co proponował mi dotąd znany model życia.
Postanowiłeś je zmienić?
Zupełnie. Pracować i jeszcze raz pracować, ale świadomie, nad jego kształtem. Przede wszystkim – wrócić do nauki. W mig pojąłem piękno wiedzy. Chciałem konsekwentnie dążyć do przyszłej pracy zawodowej na rzecz ochrony przyrody. To tak, jakby ktoś gwałtownie zerwał zasłonę, która przesłaniała mi świat. W kilka sekund pojąłem, że moje życie może być stokroć ciekawsze niż dotychczas.
W Tatrach zrozumiałem też, jak wielkim prezentem jest nasz czas. Ta świadomość była mi odtąd tarczą i kompasem, czymś, co z wielką mocą zaczęło kształtować moje dalsze losy. Dziś podróżuję po odległych zakątkach w poszukiwaniu subtelności piękna naszego świata. Na przykład różowego blasku na brzuszku rybitwy różowej.
Wcześniej miałeś inne pomysły?
O wiele bardziej przyziemne. Myślałem przede wszystkim o utrzymaniu. Była nas w domu czwórka braci, by coś mieć, musiałem na to zarobić: handlowałem książkami, komiksami, plakatami z wizerunkami zespołów muzycznych, zbierałem truskawki. Po podstawówce poszedłem do szkoły zawodowej. Miałem wizję prostego życia. I nagle zmiana: zbiegłem z Tatr prosto do telefonu. Zadzwoniłem do mamy z prośbą, żeby zapisała mnie do liceum. Z Tatr prosto do szkolnej ławki. Byłem przeszczęśliwy, że wracam do szkoły. I to nie była chłodna kalkulacja: „Ucz się, bo tak dostaniesz pracę w ochronie przyrody”. Nie, ja wprost nie mogłem się doczekać, by spędzać czas na chłonięciu wiedzy. Rozumiałem, jak wielki to przywilej. Pracowałem na swoje utrzymanie, a w głowie miałem naukę, poezję, plany wypraw. Poza tym zaprzyjaźniłem się sam ze sobą. Siadałem w pierwszej ławce, miałem bardzo dobre oceny, moja praca maturalna pojechała na konkurs – pisałem o genetyce.
Aż chce się zapytać o moment, kiedy ten stan uniesienia wyparował. Musiałeś się kiedyś zderzyć ze ścianą.
Nie wyparował i to świadczy o jego wartości. Jasne, nieraz zderzałem się ze ścianą. Ale nie cofnąłem się nigdy, bo miałem ze sobą swój skarb. Ten, który oświecił mnie nad Czarnym Stawem pod Rysami.
Wracałeś regularnie w Tatry?
Regularnie nie, raczej maniakalnie. Miałem bardzo dobre relacje z nauczycielami. Tłumaczyłem, że teraz się pouczę, ale potem na dwa tygodnie znikam, bo jadę w góry. Na początku podchodzili do tego z rezerwą. Pewnie myśleli, że coś kombinuję. Ale szybko się przekonali, że jest dokładnie tak, jak mówię.
Dwa lata po tatrzańskim olśnieniu przeszedłem z Jeleniej Góry do Ustrzyk Górnych. Zajęło mi to dwa i pół miesiąca codziennej wędrówki. Z jednego górskiego pasma na drugie. Niemal bez grosza przy duszy, bez namiotu, bez goreteksów i odzieży turystycznej. Z harcerskim plecakiem, śpiworem i folią trzy na trzy metry, którą dostałem od wujka ogrodnika. Rozpinałem między drzewami linkę, rozpościerałem na niej folię, przytykałem kamieniami jej rogi i już miałem dach nad głową. Rok później wybrałem się rowerem do Skandynawii. Chciałem dojechać do tundry, na bezkresne pustkowia. Północ była surowa, zupełnie jak góry. Czułem, że mnie wzywa. W katalogu niemieckiego sklepu Globtrotter zobaczyłem rowerowe sakwy. Nie było mnie na nie stać, więc ręcznie uszyłem własne na wzór tamtych. Nie wyglądały tak ładnie, ale były funkcjonalne. Nauczyłem się też rozbierać rower do ostatniej śrubki. PRL-owska książeczka Vademecum turysty – kolarza przejechała ze mną tysiące kilometrów. Mam ją do dziś. Byłem jak Forrest Gump: wsiadłem na rower i pojechałem przed siebie.
Rodzice pomagali ci finansowo?
Nie mieli takiej możliwości, miałem trzech młodszych braci, musiałem zarabiać. Pamiętam do dziś, że przed denominacją złotego batonik Snickers kosztował osiem tysięcy sześćset złotych. Dokładnie tyle otrzymywałem za godzinę ciężkiej pracy. Panowało bezrobocie i powszechny niedostatek, a ja, chcąc wyjeżdżać w góry, co chwilę zmieniałem miejsce zatrudnienia. Pracowałem na taśmociągu, dachach, ścianach, rowach, nosiłem cegły, beton, rozładowywałem pociągi. Praca fizyczna była najłatwiej dostępna.
Czy oprócz taty, który zabierał cię na ryby, miałeś innych mentorów?
Gdy przestałem wędkować, tata dość szybko zniknął mi z horyzontu. Nastąpił okres, gdy moimi autorytetami stali się ludzie fizycznie nieobecni. Czerpałem z literatury.
Nazwiskami, proszę.
Filozof Leszek Kołakowski. Poeci: Rabindranath Tagore, Edward Stachura, Bohdan Ihor Antonycz. Obok poezji była nauka. Generalnie czytałem wiele rzeczy, które dotyczyły szerokiego pojmowania związków w przyrodzie. Władysława Szafera, głęboką ekologię Arne Næssa, publikacje wydawane przez Pracownię na Rzecz Wszystkich Istot.
Jak do tego docierałeś? Przecież to wszystko niszowe lektury. Næssa nawet dziś nie sposób dostać w drugim obiegu.
A to były jeszcze czasy sprzed internetu! Jakoś mi się udawało… Muszę jeszcze powiedzieć o jednej osobie – doktor Annie Kalinowskiej, która była doradczynią prezydenta Lecha Wałęsy do spraw ekologii. Nie pamiętam, czy zajmowała jakieś oficjalne stanowisko, niewątpliwie kształtowała jednak politykę wczesnej III Rzeczpospolitej, wydała książkę Ekologia – wybór przyszłości. To też była moja biblia, wszędzie ją ze sobą zabierałem. Wyobraź sobie taką sytuację: wiele lat później, jako pracownik Parku Narodowego „Ujście Warty”, przyjeżdżam do Warszawy na obchody Dnia Ziemi na Polu Mokotowskim. Obsługuję stoisko. I nagle dostrzegam, że wśród odwiedzających jest pani Kalinowska. A znałem ją tylko z fotografii na okładce książki! Podbiegłem i powiedziałem, jak ważna była dla mnie jej praca. Mocno się zdziwiła. Po pierwsze dlatego, że ktoś ją w ogóle rozpoznał, po drugie, że cytował konkretne rozdziały i wątki. Oboje się wzruszyliśmy.
W parku narodowym wylądowałeś po studiach z ochrony przyrody.
Po studiach chwilę mieszkałem na Śląsku, tam się ożeniłem. Potem zabrałem żonę nad Odrę. Kupiliśmy stary poniemiecki dom.
Mimo lichutkiej pensji, za to jako człowiek doświadczony w wielu zajęciach, podniosłem dom z ruiny. Komin, kuchnię, schody, meble zrobiłem własnoręcznie.
Pierwszego lipca 2001 roku powołano do życia Park Narodowy „Ujście Warty”, oboje dostaliśmy w nim pracę.
Wyobrażam sobie, że to musiało być spełnienie marzeń.
Tak, złapałem Pana Boga za nogi. Konsekwentnie realizowany plan znad Czarnego Stawu stał się rzeczywistością. Satysfakcja była ogromna. Ale potem jednak ściana!
Od razu?
Entuzjazm do pracy nie minął, ale wiara, że to miejsce do realnych działań – już tak. Wbrew oczekiwaniom ochrona przyrody nie zajmowała tam czołowego miejsca. Ważniejsze niż gęsi postrzelone na granicy parku było zabezpieczenie dyrektorskiego miejsca parkingowego. Lista niechlubnych przykładów niestety jest długa. Niedaleko od granic parku znalazłem szczątkową populację żółwia błotnego. Dyrektor na to, że skoro poza granicami, to nie jest to nasza sprawa. Zaproponowałem próbę poszerzenia parku o kolejne siedliska, między innymi o rozlewisko w ujściu rzeki Myśli, nad którą się wychowałem. Tworzyły się tam analogiczne rozlewiska do tych z ujścia Warty. Jedne uzupełniały drugie. Funkcjonalnie to jedno i to samo siedlisko. Oczywistym było dla mnie, że powinniśmy się tym terenem interesować i wpływać na utrzymanie wartości przyrodniczej. Usłyszałem: duży park – duży problem, mały park – mały problem. Najbardziej boli, że wciąż znikają siedliska lęgowe, które były miejscem gniazdowania wielu gatunków. Nie mają innych. Gdy zestawiam dzisiejsze obrazy z tymi sprzed dwóch dekad, mam łzy w oczach.
Rzuciłeś papierami?
Czarę goryczy przelała masakra ptaków, którą udało mi się udokumentować tuż przy granicy parku. Do dziś mam przed oczami obraz trzech kopców zabitych gęsi, plus minus po pięćdziesiąt w każdym. Myśliwi załadowali pick-upa martwymi ptakami, a resztę zostawili, nie mieściły się. Zrobiłem zdjęcia, miałem poczucie, że trzeba działać. Pokazać społeczeństwu, co się dzieje, i siłą opinii publicznej odsunąć polujących od granic parku. Sądziłem, że takiego materiału nikt nie może zignorować.
Niech zgadnę: zostałeś zignorowany?
Tak, i to przez człowieka kluczowego dla tej sprawy, zatrudnionego przecież do ochrony przyrody. Dyrektor zabrał i schował slajdy. Nigdy więcej ich nie widziałem. Zagroził konsekwencjami, jeśli będę dalej się tym zajmował, nawet w czasie wolnym. Więc w dalszym ciągu na kilka miesięcy w roku park narodowy zamieniał się w międzynarodową strzelnicę. Przyjeżdżano z całej Europy, by masakrować wylatujące z parku ptaki. Dopiero dziś, dosłownie w chwili, gdy rozmawiamy, na bazie mojej dokumentacji filmowej i fotograficznej – bardzo trudnej do pozyskania – Ministerstwo Klimatu i Środowiska pracuje nad powołaniem strefy wolnej od polowań na ptaki wokół granic parku narodowego. To dla mnie wielka radość, bo w końcu nadchodzi normalność. Choć żal, że dopiero po tylu latach i nie w związku z aktywnością samego parku.
Trudno nie wyjść z takiego doświadczenia pokiereszowanym. Gdy sprawczość jest znikoma, człowiek się wypala. Jak sobie z tym radzisz? Gdzie znajdujesz źródła wytrwałości?
Gdy wyciągasz właściwe wnioski, to zło szybko zamienisz w dobro.
Trzeba widzieć rzeczywistość taką, jaką ona jest, a nie, jaką chciałbyś, żeby była. To warunkuje sprawczość dalszych działań.
Dlatego cieszę się, że szybko pojąłem, co jest czym. Dzięki temu mogłem działać bez iluzji. Znamienne jest to, że dużo więcej dla przyrody zrobiłem po odejściu z parku.
Na przykład?
Fotografowałem przyrodę dolnej Odry, jednocześnie obserwując jej zmagania z zagrożeniami. Choćby to, jak destruktywny wpływ na rozród i wychowanie potomstwa wśród ptaków mają obce i inwazyjne norki amerykańskie, które w nocy plądrują ich gniazda. Z rozpaczą obserwowałem, jak cały zespół gatunków ptaków przez dziewięć lat ani razu nie doczekał się potomstwa. Groziło to wyginięciem tej populacji! Powołałem Fundację Zielonej Doliny Odry i Warty. Złożyliśmy wniosek na budowę eksperymentalnej, bezpiecznej platformy lęgowej. Oddalonej od brzegu, pływającej i zabezpieczonej przed drapieżnikami. Zainstalowaliśmy ją na pokopalnianym jeziorku przylegającym do koryta Odry. Już w pierwszym sezonie przeżyliśmy wielką radość – gniazda na platformie założyło czterdzieści dziewięć par rybitw rzecznych, dziewięć par rybitw białoczelnych i jedna para ostrygojada. Pierwszy raz od co najmniej dziewięciu lat odleciały stąd ich pisklęta! To osobna, budująca opowieść.
Dziś mamy osiem takich wysp, wyleciało z nich już ponad cztery tysiące dwieście piskląt gatunków o statusie nielicznych lub skrajnie nielicznych. Pierwsze wyspy były niedoskonałe, wymagały częstych napraw, bardzo uciążliwych technicznie. Spędzało mi to sen z powiek, bo nie chciałem, żeby ktoś, w domyśle mój syn, który mi pomagał, musiał przejąć po mnie ten obowiązek. Niemniej kilka miesięcy temu zwodowaliśmy nowe, niemal bezobsługowe pływające wyspy lęgowe o trwałości nawet dwieście lat! Mogę umierać spokojnie.
Syn w naturalny sposób zaczął u ciebie terminować?
Mam dwoje dorosłych już dzieci: dwudziestosześcioletniego syna i dwudziestojednoletnią córcię. Oboje, jeszcze jako maluchy, machali łopatą, grabiami, w błocie albo po szyję w wodzie. Nie musiałem ich zachęcać, wyjaśniałem tylko, po co to robimy. Znają wiele zależności i potrafią pracować fizycznie. Wyspy trzeba przygotowywać do sezonu lęgowego, czyścić i modelować podłoże, jeśli zerwały się kotwy, przeciągnąć we właściwe miejsce, wypompowywać mikroprzecieki. Syn niedawno bronił pracy magisterskiej o biologii rybitw i ich czynnej ochronie. Dziś pracuje przy zatrzymywaniu wody na mokradłach. Serio, taką ma pracę. Młody człowiek szuka sensu życia, więc jeśli moje dzieci znajdują go w takich działaniach, to moje serce rośnie.
Skala radości w byciu tatą zaskoczyła mnie zupełnie. Bo dla kogoś, kto namiętnie łaził po górach, kogo wołały bezkresy, już sama myśl o stabilizacji i założeniu rodziny wywoływały chęć panicznej ucieczki.
Jasne, musiałeś zdawać sobie sprawę, że swoje pasje będziesz musiał odsunąć na jakiś czas.
Spodziewałem się, że okres związany z wychowaniem dzieci będzie trudny. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, było zupełnie inaczej. Przekonałem się, że kreowanie dzieciom ich rzeczywistości sprawia mi wielką radość.
Jako rodzic masz ogromny wpływ na to, czy twoje dziecko jest szczęśliwe, czy się uśmiecha, czy zachowuje się naturalnie.
Ta świadomość przyniosła mi niespodziewane spełnienie. Prezent, którego nie oczekiwałem. Sądzę, że gdy dzieci czują się akceptowane, gdy widzą, że rodzic czerpie przyjemność z ich towarzystwa, to się mogą odważnie rozwijać. To normalne – gdy jesteś smutasem, ludzie cię unikają. A gdy masz w sobie radość, to do ciebie lgną. Więc gdy moje dzieci widziały, że tata wraca z terenu zadowolony, kipi energią, opowiada o jakimś pięknym świecie, to musiała się w nich rodzić ciekawość. Tak zawiązał się nasz trwający do dziś team. Nawet w pewnym momencie poszerzony, bo do córci zaczął przychodzić kawaler…
To musi być dla ojca trudny czas…
Ależ nie, to pełen pasji młody człowiek, głodny wiedzy! Wspaniała postać. Gdy coś robi, to z pełnym oddaniem. Raz dałem mu przewodnik po naszych okolicach, a on odwiedził rowerem wszystkie opisane w nim miejsca! Poza tym widział, w jaki sposób jako rodzina spędzamy wolny czas. To były regularne wycieczki do okolicznych rezerwatów, spływy kajakowe, zwiedzanie zabytków. A czasem łopata i grabie w przyrodzie.
Przyszłemu zięciowi się spodobało?
Dawno się z córką rozstali, ale zostało w nim to, czego z nami doświadczył. Mamy kontakt, poszedł na studia o profilu inżynierii wodnej, chce pracować nad rozwiązaniami służącymi renaturyzacji, retencji, odtwarzania zasobów wody powierzchniowej. Bo kontakt z pięknem zmienia człowieka. Po latach doświadczeń znam sporo historii, gdy nawet zatwardziali przeciwnicy po bezpośrednim kontakcie z przedmiotem sporu stawali się jego entuzjastami. Na przykład przedstawiciel lokalnej władzy, który żądał usunięcia platform lęgowych – spór trwał latami, napięcia rosły. Któregoś dnia spotykamy się w terenie, siada ze mną do platformy obserwacyjnej. Patrzymy z bliska na toki rybitw, opowiadam mu o ich trudnym i niepewnym losie. Widzimy zaloty, samiec przyniósł prezent ślubny – rybkę. Samica wybrzydza. Potem samiec zachęca ją, pokazując dołki gniazdowe. Samica wybrzydza. W końcu samica przyjmuje te zaloty. Wtedy samiec wypina pierś, kroczy dumnie przed nami i krzyczy ze szczęścia. A ja z boku słyszę: „Niech pan robi wszystko, by to przetrwało. Pomogę!”.
Piotr Chara (ur. 1973) – fotograf, przyrodnik, aktywista, były pracownik Parku Narodowego „Ujście Warty”