Rafał Żak: Ojciec roku. Gra fabularna
Każdy, absolutnie każdy. No może nie każdy, ale wielu z nas. No dobra, może chociaż niektórzy i tylko od czasu do czasu. Słowem – czasem pojawia się pokusa zagrania w „ojca roku”. Gra się w to dość łatwo.
Nie chodzi w niej o to, żeby wygrać dobre samopoczucie, że oto wszystko robimy lepiej niż dobrze. Chodzi o atencję z zewnętrz, delikatne wyrazy uznania, społeczne medale, nagrody, fanfary. Poniżej instrukcja, kto dołącza?
Lata temu za obsługę huśtawki na placu zabaw, ba nawet za sam tylko spacer w tamtą stronę ze Starszym czy Młodszą w ciągu dnia, w standardowych godzinach pracy, dostawałem jeden punkt. Gdy dorzucałem do tego dbałość, by wózek był pełen zabawek oraz cierpliwe budowanie babek z piasku – plus dwa punkty.
Jeśli na koniec wszystko potrafiłem spakować, nie gubiąc naszych łopatek i grabek – spokojnie wpadało pięć dodatkowych.
To nie jest gra z regulaminem, który można znaleźć w internecie. Nie ma oficjalnych rankingów, tabel wyników ani komisji, która przyznaje punkty według jasno opisanych kryteriów. Nikt nie wręcza dyplomów, nikt nie wysyła powiadomień z gratulacjami.
Punkty zbierają się same, w spojrzeniach, w półuśmiechach, w komentarzach rzuconych mimochodem, w tym charakterystycznym tonie głosu, którym mówi się: „Ale fajnie, że tata się angażuje”. Nie trzeba ich liczyć, człowiek czuje, kiedy system zadziałał.
Potem pora na wyższy level: zadania trudniejsze, wyżej punktowane.
Co najmniej dziesięć punktów uznania za wejście z Młodszą do sklepu po włóczkę.
Ale na szydełkowaniu można ugrać więcej. Jeśli pani z pasmanterii zauważy, że dostrzegacie różnice między grubościami szydełek – dodatkowe pięć punktów. Możecie pójść va banque, chwytacie losową włóczkę i patrzycie na nią uważnie. A potem każde zdanie w stylu: „Przy dziecku wolę coś, co się nie mechaci” albo „To po praniu mięknie czy trzyma formę?” daje wam dziesięć punktów.
Pięćdziesiąt punktów uznania zdobywam za wożenie córki na zajęcia z szydełkowania, trzy niedziele z rzędu, po cztery godziny. Wystarczyło z instruktorką zamienić ze dwa zdania i użyć w nich słów takich jak: słupek, półsłupek czy magiczne kółko, żeby dostać odznakę „Zaangażowany ojciec”.
Punkty łatwo się też zdobywa w szkole.
Pojawiam się na zebraniu: „Fajnie, że przyszedł tata” i na wstępie plus pięć.
Przecież mógł się nie pojawić i świat by zrozumiał. Jeśli nie siądę w ostatnim rzędzie, tylko gdzieś w połowie – gwarantuję sobie kolejne pięć. Gdy wyciągam kartkę i długopis, już widzę te spojrzenia pełne uznania, chociaż krótkie, kontrolowane, byle niezbyt ostentacyjne. Dwadzieścia punktów. Ale prawdziwa premia wpada, gdy zadaję pytania z kategorii: „chciałem dopytać”, najlepiej o coś organizacyjnego albo o dobro klasy jako całości. Za to solidne czterdzieści punktów. Jeśli na koniec podejdę do nauczycielki i zaoferuję, że w razie czego mogę pomóc przy kiermaszu z pierniczkami czy pikniku szkolnym, system plasuje mnie wysoko w rankingu, a punkty mogę już właściwie przestać liczyć.
Na koniec moja ulubiona misja. Idę do przychodni – szczepienie Starszego. W recepcji pada: „Data urodzenia dziecka.” Podaję dzień, miesiąc, rok, bez wahania. I widzę, że pani lekko przechyla głowę z uznaniem. Przysiągłbym, że nawet szepnęła: „Ooo, tata pamięta!”. Myśli się tak nie dlatego, że to obiektywnie imponujące, myśli się tak, ponieważ nie spodziewano się, że będę wiedział cokolwiek. Pamiętam, zatem jestem nagradzany. Pani z recepcji nie wie, że za chwilkę, już z gabinetu będę próbował przypomnieć sobie, ile Starszy ma wzrostu i do żony zadzwonię, żeby dopytać, kiedy ostatnio był szczepiony i na co. A skoro tego nie wie – ma pełne prawo, by dodać mi pięćdziesiąt punktów.
Na koniec jeszcze jedna, najważniejsza zasada tej gry, która bardzo ułatwia zdobywanie punktów. Jeśli nie zaliczę któregoś z etapów, po prostu punktów nie dostanę. Nic się nie stanie, mogę grać dalej, ta gra nie przewiduje kar. Gdyby zagrała moja Gosia, zasady wyglądałyby inaczej. Te same misje, ale inny system punktowy.
Pamiętam datę urodzenia dziecka – zgarniam pięćdziesiąt punktów.
Gdybym nie pamiętał, nie dostałbym nic, co najwyżej wzruszenie ramion. Gdyby Gosia zapomniała, punktów nie byłoby zero, byłoby grubo na minusie. Idę na zebranie do szkoły – punkty lecą za samą obecność. Wchodzę do pasmanterii, znam słowa, wiem, co kupić – dostaję punkty za zaangażowanie. Gosia, robiąc dokładnie to samo, tylko realizuje społeczne oczekiwania. Nie ma tu szans na punkty za to, że robi to, co trzeba. Chyba, że ujemne, jeśli tego, co jest normą, nie spełni.
Grałem więc w głupią grę i zdobywałem głupie nagrody. Punkty uznania społecznego wpadały, wystarczyło być ojcem widocznym w miejscach, w których matki są przezroczyste. Gram nawet teraz, pisząc to. Zauważyłem oczywistość, wychwyciłem banały, w zasadzie jedynie w umiarkowanie twórczy sposób zasygnalizowałem swoją cnotę. A i tak u części z was pojawiła się myśl: „Ależ świadomy ojciec. Daję co najmniej pięć punktów!”