Przynajmniej czytam?

Przynajmniej czytam? - Fathers.pl
Artykuł Felieton Książki #komiks #komiksy #książki

Jak wyłączyć to wieczorne dudnienie po całym dniu pracy i ogarniania? A może się przełączyć? Wejść w inny świat. Na chwilę uciec od rzeczywistości, zatapiając się w jakąś historię. Od ciepłego i pełnego autoironii humoru Guya Delisle’a po mroczne Gotham w obrazkach – wieczorna opowieść zmęczonego ojca o ukochanych komiksach.

Też tak macie? Koniec dnia, dzieci w łóżkach. Cisza w domu, ale głowa pełna myśli. Mózg jeszcze rozpędzony, jeszcze w trybie wielozadaniowości, jeszcze schodzą emocje z całego dnia. Chaos poranka i dyskusja z bąblem o tym, dlaczego złym pomysłem jest wkładanie jego ulubionej koszulki, akurat tej, która leży zaplamiona w brudach. Rachunek sumienia z części zawodowej dnia: przychody, koszty, sprzedaż… o kurde, ten mail, ten mail… A czy po południu w sporach moich dzieci byłem bardziej empatycznym mediatorem czy raczej pracownikiem zakładu karnego? Mówiłem zbyt stanowczo? Nie. Aż tak – nie, chyba… To echa zwykłego dnia rodzica właśnie dudnią mi w głowie.

Jak wyłączyć to dudnienie? A może się przełączyć? Wejść w inny świat. Na chwilę uciec od rzeczywistości, zatapiając się w jakąś historię.

OK, to może książka. Nie dla mnie! Odpada. Czytanie, gdy emocjonalny kołowrotek jeszcze się kręci, a fizyczne poczucie zmęczenia daje o sobie znać, kończy się zwykle niekończącym się kończeniem książek.

Co w tej sytuacji? Najgorszy byłby doomscrolling. Głowa nie odpoczywa, a żona i przyjaciele dostają ode mnie kilkadziesiąt rolek, na które żadne z nich nie czeka.

Jak żyć? Sięgam po komiks.

Zaczęło się we wczesnej podstawówce od fascynacji serią X-Men, szczególnie zeszytami tworzonymi przez Jima Lee. „Przynajmniej czyta”, mama uspokajała ojca, uznając, że może i połowiczny, ale jednak sukces. Dziś, patrząc z perspektywy czasu, widzę, że zawsze byłem odbiorcą obrazu i dźwięku bardziej niż słowa pisanego. Słuchowiska, muzyka, Cartoon Network… Wszystko to wciągało mnie szybciej i mocniej niż książki. Stąd pewnie i komiks, który jest sztuką konstruowania opowieści z oszczędnych dialogów i statycznych obrazów.

Później zniknął mi z radaru, bo okres dojrzewania to u mnie głównie deska, muzyka, graffiti i film.

Wrócił tuż po studiach. Wpadł mi w ręce Persepolis Marjane Satrapi. Przekonałem się, że jest to medium, które może mówić do dorosłych o kwestiach ważnych społecznie i politycznie. Dla młodej i rozpolitykowanej głowy to było urzekające.

Już się z nim nie rozstałem. Zmienna bywała tylko intensywność tej relacji. Gdy wchodziłem w rolę ojca, znów się do siebie zbliżyliśmy. Po części dlatego, że wprowadzałem w komiksowy świat mojego syna, ale też dlatego, że znalazłem tam autora, który opowiadał o swoich ojcowskich perypetiach z wielkim dystansem i poczuciem humoru.

Guy Delisle najpierw wciągnął mnie w swoją rzeczywistość przez PjongjangKroniki birmańskie, a potem – dzięki Vademecum złego ojca – pomógł mi wbijać szpile w balonik rodzicielskiej presji.

Pierwszy syn rósł, drugi dołączył do rodziny – wizyty w księgarniach z komiksami zrobiły się częstsze i dłuższe. Powodów dla „nocnych ucieczek” przybywało. Wpadłem w świat Strażników Alana Moore’a – jak śliwka w kompot. Dzięki Moore’owi i jego Batmanowi zacząłem regularnie zaglądać do Gotham, w tym do cyklu Batman: Azyl Arkham Granta Morrisona i Dave’a McKeana.

Zapoznając swoich chłopaków z najbardziej chyba odjechanym pomysłem na superbohatera – Srebrnym Surferem – trafiłem na fantastyczną edycję jego przygód stworzoną przez Stana Lee i Moebiusa. Co książka, to odkrycie, nowy świat, w którym przez chwilę mogłem sobie posiedzieć.

Kończę ten tekst wieczorem, czuję w głowie i w ciele miniony dzień. Pisząc, zastanawiam się nad tym, jak zmienia się krajobraz mediów.

Sztywny podział na druk, radio i TV właśnie się kończy. Nikogo nie dziwi już myślenie o mediach w kategoriach formatów, które są przygotowane na różnych urządzeniach i na nich konsumowane (jak na przykład display, czyli to, co się wyświetla na ekranie i jest statyczne). To ten podział wydaje mi się naturalny – mnie, dziecku audio i video.

No to o co mi chodzi z komiksem? Do displayu mu daleko. Zapach! To jest ten trzeci wymiar: nowa książka pachnie pięknie. Więc może w tym nadzieja dla druku? Zerkam kątem oka na żonę – czyta i to w oryginale Dream Count Chimamandy Ngozi Adichie. A ja w ramach nostalgicznej podróży do czasów młodości zaraz zdejmę z nocnej szafki krwawą komiksową komedię Lobo: portret bękarta. Przez chwilę robi mi się trochę głupio, ale potem myślę sobie: przynajmniej czytam. Nie no, przecież już wiem, że to coś więcej.

OD REDAKCJI: Z pewnością zauważyliście, że opatrzyliśmy tekst Marcina hiperłączami, żeby łatwiej było Wam znaleźć komiksy, o których pisze. Zrobiliśmy to nie dlatego, że nam ktoś zapłacił, ale dlatego, żebyście nie musieli szukać. Nic z tego nie mamy. Teksty, które publikujemy i będziemy publikować w ramach płatnych współprac są i będą u nas odpowiednio oznaczane. Bez obaw.

 

Czytaj więcej