Springer na „stalowych drogach”. Via ferraty w Górnych Łużycach i Czeskiej Szwajcarii
Kiedy totalnie wkręcony we wspinaczkę ośmiolatek mówi, że „free solo jest skrajnie niepoważne”, to wiesz, że coś tu poszło dobrze. Nikt przecież nie powiedział, że wyzwanie w górach koniecznie musi się wiązać z niebezpieczeństwem. A via ferraty są tego najlepszym przykładem.
Minęliśmy ich mniej więcej w połowie drogi. Tata, mama, dwóch chłopaków. Oni – wniebowzięci, oczy jak spodki, endorfiny cieknące uszami. Ona – blada, przyklejona do ściany, z wymalowanym na twarzy planem piekła, jakie mu urządzi, gdy w końcu stąd wyjdą.
– Ktoś tu chyba się dzisiaj nasłucha – przytomnie szepnął do mnie Kazik, gdy już byli za nami.
To całe „mijanie się” z nimi nie było prostą operacją. Stali bowiem na wąskiej – co najwyżej na stopę – półce skalnej zawieszonej kilka dobrych metrów nad huczącym strumieniem Kasselbach. Nad nimi zwieszała się mokra, spękana skała. Wpięci w stalową linę mogli iść tylko w prawo albo w lewo. Odwrót oznaczałby konieczność pokonania linowego mostu zawieszonego nad przepaścią, o czym, jak się domyślam, nie wszyscy w tej ekipie marzyli. Pozostało im więc podążać dalej. My szliśmy szybciej, musieliśmy się więc w pewnym momencie poprzytulać. To znaczy ja musiałem, bo Kazik przemknął gdzieś między ich nogami.
Był za niski, by zrobić to zgodnie ze sztuką – nogi na środkowej linie, rękami rozpierasz dwie boczne i idziesz. Chwilę się z tym mocował, ale uznał, że szkoda zachodu i po prostu jak małpa przelazł, dyndając nogami nad przepaścią.
Stałem po drugiej stronie i robiłem zdjęcia, zastanawiałem się tylko, co powiedzą babcie, gdy już je dostaną. Powiedziały, że chyba rozum mi odjęło.
Gdy dotarł do końca, był czystym entuzjazmem. Nawet musiałem go trochę uspokoić, bo w tej euforii mógłby popełnić jakiś głupi błąd. To był w końcu nasz pierwszy raz. Na początku ustaliłem z nim prostą zasadę – o wszystkim, co robi z lonżami, mówi na głos: „wypinam pierwszą, zapinam pierwszą, wypinam drugą, zapinam drugą”. Zadziałało. Nie zrobił żadnej głupoty. Ani wtedy, ani nigdy później.
Na końcu znów był linowy most, drabinka i kawałek trawersu. Można było się obrócić i zobaczyć niemal całą trasę. W oddali widzieliśmy czeską rodzinkę, która zmagała się z najtrudniejszymi odcinkami. Pot lał się nam po plecach. Usiedliśmy nad strumieniem, rozebraliśmy do majtek i położyliśmy w zimnej wodzie. – Nawet jakbym próbował to wymyślić – powiedział mój syn – to bym pewnie nie dał rady.
To była nasza pierwsza via ferrata – Kesselfall nieopodal Wagrain w Austrii. Sprzęt wypożyczyliśmy w sklepie turystycznym w Kleinarl. Sprzedawca poinstruował mnie, jak go używać. Zapytałem, czy to okej, że robimy to bez przewodnika pierwszy raz. Powiedział, że całkowicie, o ile będziemy trzymać się zasad. Ubrał Kazika w uprząż, podociągał, pokazał, jak się wpinać i poszliśmy. Tak zaczęła się jedna z naszych najfajniejszych wspólnych przygód.
Stalowe drogi
Choć dziś via ferraty kojarzone są głównie z włoskimi Dolomitami, to pierwszy nowoczesny szlak tego typu powstał w 1843 roku właśnie w Austrii, kiedy Friedrich Simony, geograf i badacz Alp, zlecił zamontowanie żelaznych haków, lin i drabin, aby umożliwić wejście na wierzchołek Hoher Dachstein. Dolomity zasłynęły swoimi „stalowymi drogami” dopiero podczas I wojny światowej, kiedy stały się polem walk pomiędzy Włochami a Austro-Węgrami. To właśnie po śladach żołnierzy tamtej wojny przemierza się często najbardziej spektakularne trasy w tych górach.
Jeszcze w Austrii zacząłem sprawdzać, czy są jakieś via ferraty w Polsce. Ze zdumieniem odkryłem, że wtedy (czyli w 2023 roku) była jedna, w karkonoskich Kruczych Skałach. Dziś sytuacja się poprawiła – trasy otwarto w Kielcach czy na Jurze. Ale prawdziwy raj znajduje się tuż za naszą granicą. A właściwie na pograniczu polsko-czesko-niemieckim. Tam zaplanowaliśmy nasz pierwszy w pełni viaferratowy wyjazd.
Od A do F
Jest późny, wrześniowy wieczór, gdy docieramy do Bogatyni. Zarówno miasto, jak i cały ten region słynie z tradycyjnych domów przysłupowych. W jednym z nich mamy nocleg – to położony niemal nad samą rzeką Miedzianką Dom Zegarmistrza, którego historia sięga XVII wieku. Budynek cudem przetrwał powódź błyskawiczną z sierpnia 2010 roku. Na zdjęciach z tamtego czasu wygląda, jakby był w trakcie rozbiórki.
Następnego ranka ruszamy w stronę Oybina, gdzie czeka na nas pierwsza trasa – Alpiner Grat. Zostawiamy auto na parkingu i po dwudziestu minutach marszu stajemy u stóp ściany. Trasa, którą mieliśmy pójść, była wyceniona na C w sześciostopniowej skali (austriacka skala Schalla), gdzie F jest najtrudniejsze.
Te oznaczone literą A to tak naprawdę trudniejsze ścieżki, gdzie asekuracja daje głównie komfort psychiczny. Zabawa zaczyna się od B – to drogi dostępne dla praktycznie każdego, kto umie wejść na drabinę. C – to już poważniejsza historia: długie, pionowe ściany, miejscami przewieszone, duża ekspozycja.
Ściany od D do F oferują już tylko wzrost tych trudności i na przygodę z dzieckiem raczej się nie nadają.
Warto dodać, że wycena trasy w skali austriackiej zawsze odnosi się do najtrudniejszego jej fragmentu. My szukamy tych z oznaczeniem B i ewentualnie miejscami C. Tu jednak konieczny jest ważny przypis – trasy te są w zasięgu dzieci, które sprawnie poruszają się po linowych pająkach na placach zabaw, jednak wyceny są przygotowywane z myślą o dorosłych. Oznacza to, że miejscami trudność dla małych wspinaczy może być wyższa – będzie im brakowało zasięgu między chwytami. Dzieci mają krótsze ręce i nogi, czasem zbyt duży rozstaw kołków będzie im o tym boleśnie przypominał. Kazik nadrabiał to gibkością, kilka odcinków przechodził na samych rękach, bo nogami nie sięgał stopni. Lepiej więc zacząć od najprostszych tras (A, B) i sprawdzić, jak dziecko sobie radzi. Dobrze też przed wyjazdem na via ferraty wybrać się do parku linowego albo małpiego gaju w swojej okolicy i sprawdzić, jak reagujemy na wysokość.
Oprócz uprzęży z lonżami i absorberem na via ferratach obowiązkowy jest też kask. Nawet na prostych trasach kamienie lecą z góry. Kask rowerowy nie wystarczy. Przydają się też solidne rękawiczki – na trudniejszych fragmentach trzeba chwytać się stalowych lin, kołków i chwytów, które potrafią zmasakrować dłonie. Mniej obowiązkowym, ale wskazanym elementem jest smycz do telefonu. Będziecie chcieli robić zdjęcia, to pewne. W takich warunkach o upuszczenie aparatu nietrudno. Telefon warto trzymać w zapinanej kieszeni na piersi, nie w spodniach. Bo nogami będziecie o wiele częściej szorować po skale niż tułowiem.
Gospoda na szczycie
Alpiner Grat tylko rozbudza nasze apetyty. Po dojściu do końca schodzimy leśną ścieżką na parking. Siedem kilometrów dalej jest Jonsdorf, a w nim kolejna via ferrata – Nonnensteig. Obydwa miasteczka to uzdrowiska wciśnięte między strome zbocza Gór Żytawskich. Pełno tu uroczych pensjonatów i niemieckich emerytów snujących się po parkach. Do Jonsdorfu docieramy w porze drugiego śniadania, zjadamy kanapki i ruszamy na skałę.
Nonnensteig jest wyceniona na B–C. Z opisów wiemy, że wycena C dotyczy tylko jednego, przewieszonego fragmentu. To wyposażone w drabinkę miejsce okazuje się zresztą większym wyzwaniem dla mnie niż dla Kazika.
On wspina się co tydzień, ja okazjonalnie. On właściwie nie waży. Ja owszem. Najtrudniejszy odcinek przechodzi, niemal go nie zauważając. Ja muszę zrobić trzy podejścia.
Uświadamiam sobie wtedy, że powinienem iść przodem (i poćwiczyć w domu). Bo to, że on gdzieś wejdzie, nie znaczy, że i ja dam radę.
Nonnensteig daje nam popalić – trasa jest o wiele bardziej powietrzna, z długimi, eksponowanymi fragmentami. Wisienką na torcie są dwa linowe mostki nad szczelinami. Na końcu czeka na nas nagroda – Berggasthof Nonnenfelsen. Gospoda ta działa z przerwami od XIX wieku i przez lata słynęła z osobliwej atrakcji: za drobną opłatą można tu było odpalić działo, a otaczające skały powtarzały huk eksplozji aż siedem razy.
Mieszkańcy Jonsdorfu musieli być w weekendy zachwyceni.
Zjadamy ogromny obiad i ruszamy dalej. Kazik zasypia, a ja puszczam Keitha Jarretta i kieruję się na zachód. Cel: Häntzschelstiege w Parku Narodowym Szwajcaria Saksońska.
Lekcja geologii
Z lekcji geografii, podczas których nauczycielka dyktowała tajemnicze nazwy skał, niczego nie objaśniając, nie pamiętam nic poza nudnymi mapami gleb i katowaniem nas przekrojami geologicznymi. „Baba” od geografii była postrachem szkoły – miała zwyczaj rzucać zeszytami nieprzygotowanych uczniów, a gdy delikwent się schylał, celowała w niego pękiem kluczy. Prawdopodobnie jej marny warsztat i psychopatyczne skłonności sprawiły, że pogrzebałem geologię na lata.
Odkryłem ją na nowo dopiero dzięki książce Góry. Stan umysłu Roberta Macfarlane’a. „Geologia podważa przede wszystkim nasze rozumienie czasu – pisał Brytyjczyk. – Rozgniata na miazgę ludzką teraźniejszość”. Od czasu tej lektury lubię sprawdzać historię geologiczną miejsc, które odwiedzam. Brzmi nerdowsko, ale jest źródłem naprawdę ciekawej wiedzy.
Góry Połabskie, w które właśnie wjeżdżaliśmy, mają podobny rodowód co Góry Żytawskie. Sto milionów lat temu szumiało tu płytkie morze, formując osadowe skały. Ta gruba płyta piaskowca wytworzonego na morskim dnie stała się wspólnym fundamentem. Ale potem historia obu pasm się rozjeżdża. W Górach Żytawskich magma przebiła piaskowiec, tworząc stożki i kopuły wulkaniczne.
Dlatego łatwo tam znaleźć skały wulkaniczne takie jak bazalty i fonolity (skały dźwiękowe). W Górach Połabskich wulkaniczne zamieszanie było mniejsze. Te góry są też młodsze, mają nie więcej jak dwa miliony lat. Wtedy właśnie płyta piaskowca została wypiętrzona, a potem zaczęły ją obrabiać wiatr i woda. Dlatego więcej tu pionowych ścian i głębokich wąwozów.
Góry i tramwaje
Jedziemy dnem jednego z nich, wzdłuż potoku Kirnitzsch (Křinice). Strome stoki miejscami niemal całkowicie zacieniają trasę. Bajkowości krainie dodaje fakt, że co jakiś czas mijamy… tramwaje. Łączą one uzdrowiskowe Bad Schandau z wodospadem Lichtenhainer. Przejazd tą trasą zajmuje niecałe pół godziny, a żółte wagony zatrzymują się na przystankach na żądanie, skąd można ruszyć w góry. Na jednym z nich zostawiamy samochód.
Podejście pod Häntzschelstiege jest ostre. Co ciekawe, szlaku tego nie wytyczyła organizacja turystyczna, lecz osoba prywatna – Rudolf Häntzschel z Sebnitz. W latach 60. własnoręcznie ubezpieczył trudne przejście, by ułatwić dostęp do szczytów masywu Affensteine. Wspinaczkę zaczynamy wejściem w wąski komin – to test na klaustrofobię i potwierdzenie przeczucia, by nie brać dużego plecaka.
Po pokonaniu kilku kominów (najdłuższy to „Lange Horn” – Długi Róg) wychodzi się tu na łagodniejszy, ale bardzo eksponowany odcinek. To tutaj znajduje się słynny „krok nad przepaścią” – przeskok między skałami. Häntzschelstiege obdarowuje nas widokami, ale ma to swoją cenę. Droga w dół jest o wiele mniej komfortowa – wybraliśmy chyba najbardziej stromą i błotnistą ścieżkę. Umorusani, ale szczęśliwi wracamy do auta. W Děčínie jesteśmy po ciemku. Pizzę zjadamy resztkami sił w hotelowym pokoju.
Głupota Potężnych
Děčín to nasz ostatni przystanek. Znajduje się tu prawdziwy raj – Pastýřská stěna. Majestatyczny klif z piaskowca wznoszący się sto sześćdziesiąt metrów nad Łabą, z szesnastoma via ferratami. To jedyne takie miejsce w Europie Środkowej, gdzie w centrum miasta można spędzić cały dzień na wspinaczce.
Gdybym planował tę wyprawę jeszcze raz, zacząłbym tutaj w czwartek lub piątek, by uniknąć weekendowego tłoku, a kończył na ustronnych ścianach w Niemczech.
Taka kolejność może być też korzystna dla tych, którzy dopiero chcą sprawdzić, czy via ferraty to ich bajka. Jeśli okaże się, że nie, to w Děčínie można pójść do ZOO albo na kawę.
My jednak nie przyjechaliśmy pić kawy. Wstęp na ścianę jest bezpłatny, sprzęt można wypożyczyć na miejscu. Kazik na widok Pastýřskiej prawie wyskakuje z butów. Trasy mają tu swoje poetyckie nazwy i – uwaga – dość specyficzne wyceny. Spora część (D i E) nie nadaje się dla dzieci. Odpuszczamy więc „Browarną”, „Srebrną Wolę”, „Głupotę Potężnych” czy „Adrenalin Challenge”. Zaczynamy miękko od „Wspomnienia o Kubie” (B). Szybko jednak przekonujemy się, że czeskie B znaczy co innego niż niemieckie B. Może to kwestia legendy czeskiego wspinania Karela Běliny, który wytyczał te trasy, a może po prostu gigantycznej ekspozycji. Tu bowiem wspinanie odbywa się nad kilkudziesięciometrową przepaścią, z widokiem na miasto pod stopami. Udaje nam się „zmęczyć” wszystkie trasy, w naszym zasięgu. Zwieńczeniem dnia jest Most Karola – linowa przeprawa, do której prowadzi kilka wymagających fikołków w przewieszeniu. Kazik trudności nie zauważa, ja zastanawiam się, czy mam zapasową bieliznę.
Skrajnie niepoważne
Po pięciu godzinach wspinania nasze dłonie wyglądają jak siekane kotlety. Choć pogoda dopisuje (wspinanie po mokrym piaskowcu jest zabronione), żegnamy się z Pastýřską. Pakujemy bambetle i ruszamy do Warszawy. W drodze dużo rozmawiamy. Kazik wspina się od czwartego roku życia, w żadnym innym sporcie nie jest tak dobry i zawzięty. Czytał książki, obejrzał wszystko w streamingu. Siłą rzeczy trafił na historie o tragicznych finałach wypraw. Opowiada mi o himalaistach, a ja próbuję mu ten obraz niuansować. Tłumaczę, że ceną za sukcesy „lodowych wojowników” był często nieustanny strach ich rodzin.
Mój pierwszy sukces wychowawczy w tym temacie nadszedł, gdy Kazik sam wyłączył Free Solo – oscarowy dokument o wejściu bez zabezpieczenia na El Capitan. – To jest jakieś skrajnie niepoważne – powiedział i przełączył na Gwiezdne Wojny.
Via ferraty okazały się idealnym punktem wyjścia do rozmów na temat tej powagi. Bo wbrew pozorom, to nie jest sport dla ryzykantów, ale dla tych, którzy ryzyko potrafią kalkulować. Można tu przeżyć przygodę, zmierzyć się z wyzwaniem, dostać lekcję i poczuć satysfakcję, nie ryzykując życiem. Na ścianie, „niepoważne” zachowanie boli bowiem natychmiast, ale lekcja ta odbywa się w kontrolowanych warunkach.