Poszukiwacze zaginionego centrum. Eksperyment o nazwie Tychy

Poszukiwacze zaginionego centrum. Eksperyment o nazwie Tychy - Fathers.pl
Fot. Dorota Brauntsch
Partnerem sekcji podróże jest KOLEO
Miasto Podróże #mozaika #Śląsk #Tychy

Słuchaj w formie podcastu

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

To historia z samego serca Górnego Śląska. Ale nie będzie w niej zabytkowych kopalni, klusek ani cegły. Będzie za to trochę szorstko, momentami brutalnie. Na chwilę staniecie się częścią planu, poczujecie w nogach urbanistykę totalną – i trochę niepostrzeżenie wpadniecie w miejski eksperyment. A wszystko to po to, by odnaleźć w tym dziwnym mieście dużo piękna i czułości. Nie jesteście pewni, czy chcecie wciągać w to dzieci? Rozumiem. Ja też nie. Witajcie w Miastoprojekcie – pisze Dorota Brauntsch.

W Tychach gubiłam się setki razy. Pokonywała mnie przestrzeń i geometria ulic. Zanim zaczęłam poznawać historię tego miejsca, byłam przekonana, że coś jest nie tak – albo z tym miastem, albo ze mną.

Po drugiej wojnie nowa władza planuje deglomerować – tak modną dziś – aglomerację śląską. Tereny, pod którymi znajdują się najlepsze złoża węgla są zabudowane, co utrudnia szybkie wydobycie. Robotników trzeba więc przenieść do nowych miast-satelitów. Powstają plany czterech ośrodków – jednym z nich mają być Tychy. W 1951 roku dziesięciotysięczna wieś otrzymuje prawa miejskie. Miejscowość leży zaledwie piętnaście kilometrów od Katowic, na skrzyżowaniu ważnych szlaków komunikacyjnych, otoczona lasami i polami; ma stać się zieloną oazą dla górników, hutników i ich rodzin. Miastem nawet dla dwustu tysięcy mieszkańców.

Osoby wychowane w Tychach opowiadały mi, że jako dzieci dziwiły się, że w innych miastach osiedla nie są oznaczone kolejnymi literami alfabetu, a nazwy ulic nie zaczynają się od tych samych liter. Asnyka na A, Budowlanych na B czy Cicha na C – przecież to takie logiczne.

Nie wiedziały jeszcze, że niewiele miast zaprojektowano od A do Z na deskach kreślarskich. My też zaczniemy logicznie. Od „A”.

Jadę do Tychów w szarą lutową niedzielę. Jest zimno. Tak naprawdę zimno – minus jedenaście, odczuwalna – minus szesnaście. Osiedle A o poranku nie bierze jeńców. Jest czystą ideą, jak wtedy, w 1951 roku, gdy ruszyła jego budowa. Surowe, geometryczne, niemal puste. Nie okrywa go zieleń, nie zasłaniają parasole i leżaczki kafejek. Knajp właściwie brak. Nie będzie matchy z pianką. Moje włosy pokrył lód, zapomniałam rękawiczek (klasyk) i nie mam się, gdzie schować. Jestem tylko ja i socrealistyczna wizja miasta: szachownica ulic, plac główny, arkady, gzymsy i attyki. Sgraffiti na murach, rzeźby murarki, górnika i hutnika.

Poszukiwacze zaginionego centrum. Eksperyment o nazwie Tychy
Poszukiwacze zaginionego centrum. Eksperyment o nazwie Tychy

O historii wszystkich tych realizacji możecie poczytać w sieci, a najlepiej w książce Patryka Oczki Tychy. Sztuka w przestrzeni miasta. Ja polecam zwykłe połażenie po osiedlu i własne poszukiwania socrealistycznych artefaktów. Przespacerujcie się Arkadową, zajrzyjcie za gmach Domu Kultury, posiedźcie na Placu Świętej Anny i podumajcie nad historią i losem naszego kraju. To miejsce temu sprzyja – nawet jeśli przyszliście tylko na spacer z dziećmi.
Dziś kultowe osiedle – opowiadał mi architekt Grzegorz Ratajski, który zamieszkał tu jako dziecko – chwalone za kameralność i zieleń, kiedyś wielu z nas traktowało jak wojskowe koszary.

Zbudowane na kształt obozu rzymskiego, z dwoma krzyżującymi się osiami, zostało wyposażone w żłobki, przedszkola, szkołę i dom kultury. To był projekt totalny, ale jednak budowany z dużą świadomością potrzeb społecznych – tłumaczy.

I choć przestrzeń była (i jest) na wskroś socrealistyczna, udało się tu wpleść odrobinę czułości – dojrzycie ją nad wejściami do budynków. To rzeźby zwierząt i roślin, które ponoć miały ułatwiać mieszkańcom odnalezienie swojej klatki. Wychodząc z dworca głównego, traficie wprost na bramę z zającem, a dalej wzdłuż Asnyka albo Arkadowej kolejne plakietki. Jest ich czterdzieści pięć i można się pobawić w odnalezienie wszystkich.

Jeśli przed wyjazdem nie robicie researchu – spokojnie. Na osiedlu znajdziecie tablice tyskiego szlaku miejskiego z najważniejszymi informacjami. Jedno warto wiedzieć od razu: Tychy nie mają centrum. Serio. Zobaczcie sami na mapy Google’a. Dlaczego tak się stało – do tego jeszcze wrócimy.
Jest wtorek. Wracam do Tychów. W niedzielę zamarzły mi dłonie, kiedy próbowałam robić zdjęcia, więc teraz liczę na odwilż. Trzymam się planu: prowadzę was szlakiem rzeźb, betonowych form, mozaik, które pojawiały się w tyskiej przestrzeni wraz z rosnącym miastem.

Ruszamy – z pomocą Googla – w stronę osiedla B. Kierunek: Muzeum Miejskie. Kwadrans spaceru i jesteśmy na miejscu. Po drodze duży plac zabaw w Parku Górniczym – jeśli jesteście z dziećmi, szanse na dotarcie do muzeum dramatycznie spadają. A szkoda, bo warto tam zajrzeć. Placówka z uporem maniaka opowiada tyskie historie o zapomnianych architektach, nieistniejących osiedlach, niedostrzeganej sztuce – a ja z każdą nową wystawą zastanawiam się, ile jeszcze historii można odnaleźć w Tychach. Moje wypady do miasta często zaczynają się i kończą tutaj.

To już Stare Tychy – wieś starsza od miasta o jakieś pięćset lat, choć przez dekady oficjalna narracja mówiła o budowie na „surowym korzeniu”. Jest tu Kościół Marii Magdaleny, kilka krętych uliczek, starych kamieniczek i domów. O dawnej wsi napisano sporo, pewnie trafiliście na te publikacje w muzeum.

Poszukiwacze zaginionego centrum. Eksperyment o nazwie Tychy

My wracamy do historii Tychów. Zauważyliście pewnie, że osiedle A leży na uboczu w stosunku do całego miasta. Skąd taki układ? Władze tak się śpieszyły z budową, że pierwszą dzielnicę zaczęto wznosić, zanim powstała całościowa koncepcja miasta. Autorem osiedla A jest prof. Tadeusz Teodorowicz-Todorowski, a dopiero trzy lata później, czyli w 1953 roku, zatwierdzono plan generalny Tychów stworzony przez Hannę Adamczewską i Kazimierza Wejcherta.

Stańcie teraz plecami do kościoła – przed wami pojawi się Teatr Mały. W 2024 roku zakończył się jego gruntowny remont. Ortodoksyjni miłośnicy brutalizmu mogą kręcić nosem, ja uważam, że wyszło dobrze. Idziemy w jego stronę, bo na zachodniej elewacji (to ta po prawej) zobaczycie ogromną mozaikę. Zachwyca, prawda? Nie wszystkie miały tyle szczęścia co ona – dotrwała XXI wieku i doczekała się profesjonalnej renowacji.

Ruszamy dalej – na osiedle B – pierwsze zrealizowane już wedle planu Adamczewska-Wejchert. „Pierwsze wrażenie – to utrafiona ludzka skala (…) odsztywnienie, odponurzenie. Ulice (…) dowodzą wyczucia pewnych ciągów naturalnych, które by człowiek wydeptał, gdyby miał tędy chodzić. Płyną one miękko, liniami z lekka falistymi” – pisał „Przekrój” w 1954 roku.

Popłyńmy więc i my – wzdłuż Bocheńskiego albo Bibliotecznej, by po kilku minutach dotrzeć na Plac Baczyńskiego (kiedyś Bieruta). Jak wasze pierwsze wrażenia? Socrealizm jakby znika, ale gdzie socmodernizm?

Kazimierz Wejchert, profesor Politechniki Warszawskiej, był zakochany nie tylko w swojej studentce – Hannie Adamczewskiej (pobiorą się w 1962), lecz także w urbanistyce tradycyjnych małych miasteczek. Tę fascynację przeniósł na pierwsze tyskie osiedle. Gdyby nie normatywy, dyktat wielkiej płyty, tempo budowy i oszczędności, być może całe miasto wyglądałoby właśnie tak jak osiedle B – bardziej miękko, bardziej lokalnie.

Dla wielu Tyszan Plac Baczyńskiego to prawdziwe centrum miasta (wielu wskaże inne miejsca). Nie wdając się w lokalne spory, polecam zaplanować tu dłuższy postój (jest kawa). Dla ambitniejszych – spacer ulicą Budowlanych do rzeźby Chłopcy z gęsią. Ja idę zrobić dla was zdjęcie, ale szczerze radzę zachować siły. Najlepsze przed nami.

Poszukiwacze zaginionego centrum. Eksperyment o nazwie Tychy

Będzie trochę jak z wrocławskimi krasnalami. Tylko lepiej. Po pierwsze – nie mamy mapy. Po drugie – sami wymyślamy zasady gry.

I kiedy pojawią się aplikacje i oficjalne szlaki, wy powiecie: „Byliśmy tu wcześniej, odkryliśmy to sami”. Teleportujemy się – najlepiej rowerem – na skrzyżowanie Alei Niepodległości i Wyszyńskiego, pod dawny pawilon handlowy. Są tu dwa, ale wzrok i tak przyciąga ten z mozaiką w morskich kolorach. Kolejny zachwyt (dlaczego nie robimy już w przestrzeniach miejskich takiej ceramiki?). A to dopiero początek cudów na osiedlach D i G – stoimy właśnie na ich styku.

Rozejrzyjcie się. Czujecie tę skalę? Aleja Niepodległości – po dwa pasy w każdą stronę – to jedna z kilku tak szerokich arterii w śródmieściu. To właśnie one pojawiają się na mozaice Teatru Małego. Wejchertowie chcieli oprzeć miasto na dwóch krzyżujących się osiach: zielonej, spacerowej – z północy na południe – i kolejowej, biegnącej w głębokim wykopie ze wschodu na zachód. W miejscu przecięcia miało powstać centrum z dworcem głównym – dziś to stacja Tychy Miasto, a po drugiej stronie wykopu, niedokończony kompleks handlowo-usługowy. I właściwie tyle. Zielony, trochę zdziczały kawał ziemi to dziś serce śródmieścia. Piękne i dziwne jednocześnie. Centrum nigdy nie udało się zrealizować, bo przyszedł kryzys lat osiemdziesiątych i zabrakło pieniędzy.

Spójrzcie na mapy Google’a. Szerokie arterie rozdzielają osiedla jak rzeki. Jedni to kochają – brak korków, szybki przejazd. Inni narzekają, że przecinają miejską tkankę i utrudniają życie pieszym. To dlatego gubiłam się tu nagminnie.

Poszukiwacze zaginionego centrum. Eksperyment o nazwie Tychy
Poszukiwacze zaginionego centrum. Eksperyment o nazwie Tychy

Monotonia modernistycznej urbanistyki sprawia, że wszystko wydaje się do siebie podobne, a kierunki łatwo się mylą. Za to ta przestrzeń i zieleń – nawet zimą widać, że miasto w niej tonie. Tego Tyszanom można pozazdrościć.

Ale zostawmy tyską urbanistykę – to temat na habilitację. Ruszamy na poszukiwania.

Tuż za pawilonem z mozaiką, przy ulicy Grunwaldzkiej stoi coś, co trudno jednoznacznie sklasyfikować. Trochę to rzeźba, trochę wyzwanie dla kolan i łokci. Trochę nie wiadomo, co z tym zrobić. „Rzeźbiarskie formy zabawowe” z 1979 roku – projekt krakowskich artystów Wojciecha Firka i Andrzeja Gettera. Kiedyś była to zjeżdżalnia pokryta miedzianą blachą i naprawdę używana przez dzieci. Na dole – betonowe fale, po którym można było biec aż pod wysoki obelisk – estetyczna gratka dla koneserów i wspinaczkowe wyzwanie dla odważnych. Dziś całość poszatkowana jest płotem, barierkami i drogą. Na środku placu zabaw pozostał betonowy pomnik dzieciństwa w PRL-u.

Komentarze w internecie? „Skate park dla twardzieli”, „Taki brutalistyczny plac zabaw…”, „Ale za to stabilny”, „Najlepsze przygotowanie do życia w Polsce”, „Dziura na pupie w sztucznych rajstopach” – narodowe poczucie humoru ma się świetnie. Ja mam mieszane uczucia. Nasze dzieci też.
Kiedy złomiarze rozkradli blachę, pozostał tylko brutalistyczny monument i ryzyko urazów. Spółdzielnia mieszkaniowa Oskard oznaczyła instalację tabliczką „zakaz wspinania” i uznała, że to już tylko… rzeźba.

Co jakiś czas powraca dyskusja mieszkańców, by zjeżdżalni przywrócić funkcje użytkowe. Ale czy w dzisiejszych czasach uzyskałaby jakiekolwiek atesty? Dla jednych to więc relikt PRL-u, dla innych dzieło sztuki użytkowej. A co na to wasze dzieci?

Pozostajemy w klimacie betonowo-kosmicznych kompozycji. Tym razem takich, po których można legalnie pobrykać. Po drugiej stronie Wyszyńskiego zaczyna się osiedle D – to tam, gdzie wszystkie ulice zaczynają się na…? Bingo! Jeśli wejdziecie w alejki między Dąbrowskiego a Darwina (fragment zielonej osi miasta), traficie na przeplotnie o kształtach żubra, a kawałek dalej na plac zabaw z kamiennymi zwierzakami o obłych kształtach. Nie wiem, czy wasze bąbelki się zachwycą. Jeśli uznają je „za szare” i mało rozrywkowe, zawsze możecie powiedzieć: „Widzicie, tak wyglądało dzieciństwo bez gumowych nawierzchni i plastikowych zjeżdżalni”.

Z mojej dorosłej perspektywa (nuda, wiem) myślę o tej przestrzeni jak o wielkiej plenerowej galerii. Betonowe rzeźby stoją przy ciągach pieszych, pośród budynków, przy placach. Nie wiem, czy ktoś tu kontempluje sztukę, ale kiedy, tym razem (już wspólnie z rodziną), gubimy się między blokami i już mam włączyć mapę, nagle widzą ją – Ucho, czyli Kosmosondę. Wiem, gdzie jesteśmy! Mieszkańcy nadali kompozycji własną nazwę i chyba o to właśnie chodzi w miejskich rzeźbach: stają się punktami orientacyjnymi, oswajają przestrzeń. Nie mam pewności, czy twórcy planowali funkcję nawigacyjną, ale działa.

Na osiedlu D – i na „pobliskim” (czujecie już ironię?) M znajdziecie jeszcze kilka rzeźb i mozaik. Możecie podążyć szlakiem kosmicznym i poszukać Doznań Kosmicznych albo Kosmolotu II. Możecie też zahaczyć o Park Niedźwiadków, gdzie zgodnie z nazwą i bez metafor, czekają trzy betonowe niedźwiadki (my na dziś odpuszczamy). Pewnie po drodze i przy okazji wpadniecie na budynki Marka Dziekońskiego albo postmodernistyczną Bramę Słońca – ale to już poziom dla wytrwałych.

Resztę poszukiwań zostawiam waszym duszom podróżniczek/podróżników i odkrywczyń/odkrywców. Trochę wam zazdroszczę, że zgubicie się tu po raz pierwszy.

PS

A teraz obiecana nagroda. Nie obiecywałam? Trudno, i tak zasłużyliście! Spakujcie ekipę i jedźcie do tyskiego aquaparku albo nad Jezioro Paprocańskie. No i na kluski, w końcu to Górny Śląsk.

 

Czytaj więcej