„Pośpiech nie jest kaczawski”. Robb Maciąg zdradza tajemnice Krainy Wygasłych Wulkanów
Są tu wulkany, które wyglądają jak Fudżijama, heretycy rozsypani przez diabła i salamandry, które trzeba traktować z nabożnym szacunkiem. Kaczawy to kraina ubogich krewnych Karkonoszy, ale to właśnie jej największa siła – tu trafiają tylko ci, którzy chcą, a nie muszą.
Ta moja kraina dla wielu jest jak tranzyt. Wiesz: jadą od samego rana, na przykład z Poznania, i cisną w Karkonosze. Plan jest prosty – dojechać, zrobić zdjęcie, przeżyć i wrócić. Jeśli nie lecą ekspresówką na Kamienną Górę, muszą przejechać przez nasze Pogórze. A wtedy zaczyna się magia. Powoli, pierwszymi serpentynami od strony Poznania, wjeżdżają na przełęcz, której nikt tu nie nazywa inaczej niż Kapela. I to jest właśnie ta chwila: człowiek pierwszy raz naprawdę widzi Kotlinę Jeleniogórską i Śnieżkę. I często właśnie tam zapada decyzja: „Dobra. Może jednak nie będę się ścigał z własnym życiem”.
Ubodzy krewni
Mieszkam tu już piętnaście lat. Co ciekawe – jeszcze nigdy nigdzie nie zostałem tak długo. Lubię, jak wpadają do mnie ludzie. Szczególnie ci z dużych miast. Na początku zawsze ta mina: „Jak to, tu nie ma nic?”, a po chwili śmiech – odkrywają, że turyści nie mają gdzie kupić frytek, waty cukrowej ani burgerów. Że gdy ktoś czuje absolutną potrzebę przeżycia kulinarnej przygody spod znaku: „Co dziś w papierze i z ketchupem”, musi podjechać kawałek dalej, na przykład do Karpacza. I nagle wychodzi na jaw rzecz nieprawdopodobna: gdy nie ma food trucka pod nosem, świat się nie kończy. Co najwyżej człowiek zaczyna słyszeć własne myśli. A to już bywa niebezpieczne.
Moje góry przy sąsiadujących Karkonoszach wyglądają trochę jak ubodzy krewni. I ja to kocham. Dzięki temu przyjeżdżają tu tylko ci, którzy naprawdę chcą.
Tu się nie wpada „przypadkiem”. Tu się przyjeżdża świadomie.
A skoro masz na to ochotę, to oprowadzę cię chociaż kawałek jak dobrego kolegę. Pogadajmy, dlaczego warto wsiąść na rower i zobaczyć to wszystko z wysokości siodełka.
Ale na razie jesteś jeszcze w drodze. Być może pędzisz ekspresówką z Poznania albo autostradą A4. Spieszysz się. Masz mało czasu – jakbyś dalej nie wyrabiał w pracy albo łapał zadyszkę gdzieś w swoim mieście. Tutaj jest inaczej. Prowincjonalnie. Ciszej, ciemniej, taniej i wolniej. Nawigacja wyliczyła, że będziesz na miejscu dopiero o 14:07, więc pewnie próbujesz jej udowodnić, że jesteś sprytniejszy. Wiadomo, że zwykle i tak algorytm wygrywa.
Minąłeś Wrocław, i w tym momencie odzywa się Yanosik – głośno i wyraźnie, jakby chodziło o życie: „Za tysiąc trzysta pięćdziesiąt metrów zaczyna się odcinkowy pomiar prędkości, ograniczenie do stu dziesięciu kilometrów na godzinę”. Jedziesz więc grzecznie w tym tempie i po cichu komentujesz, że kto to widział, żeby na autostradzie wymyślać takie rzeczy. Ale spokojnie. Zanim dotrzesz do Krainy Wygasłych Wulkanów, jeszcze będziesz miał okazję ponarzekać, więc pilnuj prędkości. Mawiamy tu: „Pośpiech nie jest kaczawski”. Pozwól, że spróbuję cię do tego przekonać. Najpierw delikatnie, a jeśli nie zadziała – to wrzucę widoki.
Mijasz Złotoryję, na horyzoncie pojawiają się pierwsze trzy wulkany. Ta dziwna, obcięta z jednej strony góra to Wilkołak – tak mówią miejscowi – albo Wilcza Góra, jak przeczytasz na mapie. Kiedyś był tu kamieniołom i tylko dzięki robocie ludzi, którym się chciało dbać o przyrodę, połowa góry ocalała, a druga połowa… no cóż… leży dzisiaj pod wieloma drogami naszego kraju.
Ten piękny, szpiczasty, niemal idealny trójkąt po prawej to Ostrzyca – królowa tych gór i ich nieoficjalny symbol. A tam daleko, w głębi po prawej, widać Grodziec i stary zamek stojący na lawie, od setek lat pilnujący tej krainy. Nasz ochroniarz na etacie historii. Bez dnia urlopu, w sumie trochę jak ojciec – tylko widoki ma ciągle te same.
A ty? Drogą wojewódzką numer 328 „kierujesz się na południe” i powoli wjeżdżasz w górę rzeki Kaczawy. Skąd będziesz wiedział, że jesteś na miejscu? Zauważysz, że twój telefon nie ma zasięgu. Dojedziesz do Młyna Wielisław i nikt się do ciebie nie dodzwoni. To jest właśnie ta chwila: albo poczujesz wolność, albo zaczniesz się pocić.
Skoro już tu dotarłeś, to czemu by się nie zatrzymać? Przywitać z Pogórzem Kaczawskim – choćby kawą albo pierogami z gęsiną. Jesteś na miejscu. Nie musisz się już nigdzie spieszyć.
No, wiem – tak naprawdę nie musiałeś. Znam ten mechanizm. Ogarniasz rodzinę, żeby wszystko działało, było bezpiecznie i „dobrze”, i wpadasz w wir. A się zastanawiasz: „Kiedy ja właściwie byłem z nimi tak naprawdę?”.
Czas to potrafi: przecieka przez palce szybciej niż kasa w spożywczym. Wiem, co mówię. Kaczawy pomagają.
Idź pod Organy Wielisławskie. Przejdź się z rodziną wzdłuż Młynówki i popatrzcie na kaczki. Po drodze zobaczysz śluzę i być może dzieci zapytają, co to właściwie jest i jak działa. Znowu będziesz bohaterem.
Król agatów
Zanim naprawdę poznałem Piotra, wiele o nim słyszałem. Gablota z jego agatami stała w hotelu Arłamów, setki kilometrów od Nowego Kościoła, w którym mieszka. Niewielka biała kartka informowała, że te przepiękne minerały pochodzą z kolekcji Piotra Sarula z Gór Kaczawskich. I powiem ci, że jest coś cudownie absurdalnego w tym, że kawałek kaczawskiego kamienia stoi gdzieś daleko w eleganckim hotelu i udaje, jakby był tam od zawsze.
W trakcie jednej z późniejszych rozmów wyszło nam, że w tym samym czasie chodziliśmy do jednej szkoły. Wprawdzie on do technikum, a ja do liceum, ale oba mieściły się w tym samym budynku.
Musieliśmy wpadać na siebie na korytarzu. Pamiętasz pewnie te korytarze: zapach kanapek, dzwonek i poczucie, że życie zacznie się „po szkole”. Spoiler: zaczęło się od razu, tylko nikt nam nie powiedział.
Skoro jesteś już w Górach Kaczawskich, też powinieneś poznać Piotra. Jeśli uda ci się do niego dodzwonić, umów się z nim i całą rodziną pójdźcie na poszukiwanie agatów. Piotr zabierze was w kilka miejsc, w których – przy odrobinie szczęścia – wykopiecie parę niepozornych, szaroburobrązowych kamieni. Trochę przypominają chropowate ziemniaki, nic nie zapowiada tego, co kryją w środku. Dopiero rozcięte na pół ujawniają przepiękne, głównie bordowo-fioletowe wzory.
Później Piotr zabierze was do swojego warsztatu i na specjalnie skonstruowanych przez niego maszynach będziecie mogli wypolerować kamienie i zabrać ze sobą do domu. Uprzedzam: umówienie się z Piotrem nie jest proste. Chętnych są setki, więc warto zadbać o to, zanim przyjedziecie.
Twardocice
Setki lat temu diabeł miał już dość mieszkających w okolicy heretyków. Tak mówi legenda. Wrzucił ich wszystkich do wielkiego worka i postanowił zabrać prosto do piekła. Pakunek był tak ciężki, że kiedy diabeł leciał nad Ziemią, zahaczył nim o Ostrzycę. Heretycy rozsypali się po całej okolicy. Żeby poznać ich historię, wystarczy przyjechać do Twardocic – niewielkiej wioski, do której możesz się wybrać na rowerze po agatowej przygodzie w Nowym Kościele.
Trudno uwierzyć, że ten wielki kościół w centrum wsie przetrwał niejedną wojnę, ale nie dał sobie rady z ludzkim strachem i polityką. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku do lokalnych władz zgłosili się Amerykanie, którzy zaproponowali, że będą wysyłać dolary, by ktoś zadbał o grobowce leżące u podstawy wieży oraz pobliski pomnik. Lokalna władza bardzo się przestraszyła. No bo jak to – Amerykanie ot tak wyślą pieniądze? Podejrzane. A jeśli coś jest podejrzane, to trzeba zniszczyć źródło. Logika z horroru klasy B, ale u nas to akurat była rzeczywistość.
No i trzeba było ten kościół zrównać z ziemią. Ale nie tak po prostu zburzyć, bo – jakkolwiek by było – to jednak kościół. Co prawda nie katolicki, a nawet całkiem poniemiecki, ale jednak. Zlecono więc straży pożarnej, by w ramach „zabezpieczenia ruin” uszkodziła go na tyle, żeby się zawalił. Jedyne, co się im udało, to zerwać dach. Właśnie dlatego zachowała się tylko skorupa, bo mury stoją tak, jak stały. A w środku, gdzie wszystko zostało rozebrane albo po prostu zgniło; dzisiaj rosną tam całkiem już wysokie drzewa.
No ale wróćmy do Amerykanów. W latach siedemdziesiątych można się było przestraszyć. Wszystko zaczęło się setki lat wcześniej, kiedy w Twardocicach i okolicznych wsiach zamieszkali heretycy, o których opowiada legenda. Tak naprawdę to byli chrześcijanie, a ich lider, Kaspar Schwenkenfel von Ossig, miał pretensje do swojego kolegi – Marcina Lutra – że zamiast zreformować kościół, stworzył sobie nowy. Kaspar założył wspólnotę chrześcijańską, która jak na tamte czasy, rządziła się zasadami dla wielu nie do pomyślenia: dzieci chrzczono, kiedy miały kilkanaście lat i były już świadomymi ludźmi, a kobiety były równe mężczyznom. Nic dziwnego, że okoliczne społeczności w ogóle ich nie lubiły – no bo kto to widział, żeby kobieta miała tyle samo do powiedzenia co mężczyzna.
Dopiero kontrreformacja się za nich wzięła. Za nieprzychodzenie na katolickie msze nałożono na nich grzywny. Dzięki temu dwaj jezuiccy kontrreformatorzy w dwa lata wybudowali zupełnie nowy kościół – stoi do dziś na skraju wsi.
Jezuici kombinowali dalej, więc zdelegalizowali wszystkie małżeństwa. Tym sposobem wszystkie dzieci pochodziły „z nieprawego łoża”. Odebrano je więc rodzicom i oddano do adopcji porządnym, ultrakatolickim rodzinom. Ale Schwenkfeldyści trzymali się dalej i dopiero zakaz grzebania zmarłych na cmentarzu sprawił, że mieli już naprawdę dosyć tego wszystkiego. Pewnej nocy kilka tysięcy ludzi uciekło do Zgorzelca. Tam pewien sprzyjający im książę wynajął barki, którymi spłynęli aż do Rotterdamu. W Rotterdamie zaprzyjaźnieni mennonici wynajęli statki, którymi udali się do Nowego Świata.
Dziś w okolicy Pensylwanii mieści się ich kościół, który zrzesza mniej więcej pięć tysięcy wiernych – i to właśnie oni chcieli wysłać te dolary, niechby ktoś przystrzygł za nie trawnik, zasadził kwiaty i zapalił świeczki. Taki to był czas: kwiaty niebezpieczne, święty spokój podejrzany.
Z czasem w Twardocicach pojawiła się tabliczka, która prowadzi w boczną drogę i zaprowadzi cię do lasku, w którym kiedyś było wysypisko śmieci, ale i… pochowano niejednego człowieka. To właśnie w tym miejscu, w dziewiętnastym wieku, stanął przepiękny pomnik. Tutaj też – zupełnie niedawno – pojawiła się wielojęzyczna tablica i zawsze, kiedy tu zaglądam, płonie co najmniej jeden znicz.
Trzeba już zdecydować, co dalej. Najpierw można zejść obok kościoła do małego sklepiku i jeszcze troszkę niżej do przepięknego domu szachulcowego, który jakiś czas temu zdążył popaść w ruinę. Dziś wygląda o wiele lepiej, a niedługo ma się w nim otworzyć centrum dialogu religijnego. Zdecyduj, czy jedziesz na Ostrzycę, czy zrobisz to jutro. Spokojnie podjeżdżając samochodem. Jeśli wracasz, wybierz drogę na Sokołowiec i jedź dalej. Tam skręć w lewo, aż dojedziesz do centrum Świerzawy. Możesz również zahaczyć o Winnicę Agat, w której moi przyjaciele robią naprawdę dobre białe wino. To wciąż jedyna w Polsce wulkaniczna winnica.
A jeżeli jedziesz dalej, to czas już na Ostrzycę. Zrób to przygodowo – w końcu do tej pory poruszałeś się wyłącznie asfaltem, teraz z niego zjedź. Ostrzyca nie jest tak naprawdę wulkanem. To znaczy: nie jest w takim znaczeniu, jak myśli większość z nas. Z daleka wygląda jak przepiękny japoński wulkan i niektórzy nazywają ją nawet Dolnośląską Fudżijamą, ale od oryginału różni ją jedna zasadnicza rzecz. Fudżijama jest olbrzymim stożkiem wulkanicznym, a Ostrzyca to czop zastygłej lawy. Nek, czyli wypreparowany przez wietrzenie i erozję dawny komin wulkaniczny. A że z daleka wygląda jak idealny stożek? Tym lepiej wyjdzie na zdjęciach.
Jeśli podjedziesz tutaj od strony Proboszczowa, możesz dostać się singletrackiem pod prowadzące na sam szczyt schody. Trasa jest dobrze oznaczona i prowadzi przez gęsty las. Ale jeśli skierujesz się tu od Twardocic, zdradzę ci tajemnicę – będzie łatwiej. Najpierw pojedź asfaltem na zachód i gdy dotrzesz do zielonego szlaku, jedź dalej. Oczywiście w stronę Ostrzycy, czyli w lewo. Z czasem dołączą do ciebie szlak żółty i czerwony, ale to bez znaczenia. W pewnym momencie wszystkie trzy ruszą stromo do góry – bardzo wąską ścieżką, po której trudno podjechać nawet elektrykiem z włączonym „turbo”. Dlatego pojedź leśną drogą w prawo. Niedaleko – może trzysta metrów. I gdy znów pojawi się zielony szlak, skręć ostro w lewo. Droga pełna korzeni zakończy się pod schodami prowadzącymi na Ostrzycę.
Bardzo proszę. Nie ma za co.
I uważaj, jeśli schody są mokre – przy schodzeniu trzeba iść naprawdę ostrożnie. Po ojcowsku mówię: ostrożność jest sexy. Zwłaszcza wtedy, kiedy masz wrócić do domu o własnych siłach i – jeśli ci towarzyszą – z dziećmi bez siniaków (w najlepszym razie). Bo gdy tak się nie stanie, twoja partnerka nie wzruszy się romantyzmem gór, będzie tylko wkurzona.
Czartowska Skała
W 2025 roku nasza kaczawska społeczność przeżyła spore zaskoczenie. Na jednej ze stron internetowych zajmujących się handlem nieruchomościami ktoś wystawił wulkan na sprzedaż. Tak, tak – wulkan. Na Facebooku poleciały niewybredne komentarze, bo wiadomo: internet rządzi się swoimi zasadami, a jedną z nich jest to, że jeśli ktoś sprzedaje wulkan, to musi się liczyć z reakcją ludzi, którzy uważają, że wulkan jednak powinien zostać na swoim miejscu.
Szybko się okazało, że Czartowska Skała leży na prywatnej działce. I to dopiero było zaskoczenie. Wyszło na jaw, że droga prowadząca do tego malutkiego rezerwatu jest prywatna. Stanęła na niej tabliczka, która o tym przypominała, a na niewielkim wypłaszczeniu, tuż przy słupach zastygłej lawy, pojawił się zakaz rozpalania ognisk, co bardzo często robiliśmy. Zniknęły stoły i ławki. Nagle skończyła się pewna epoka.
Ale to nie znaczy, że nie możesz tam wejść. Możesz. Wystarczy wyjechać ze Świerzawy – najpierw do Starej Kraśnicy (można skrótem, zaraz za mostem nad Kaczawą), potem krótkim, ale ostrym podjazdem i dalej, już spokojnie, przez gęste lasy Parku Krajobrazowego Chełmy. A teraz najlepsze:
Po tych lasach jedzie się tak, jak powinno się jechać przez lasy – bez nerwów, bez ścigania się z zegarkiem i bez wrażenia, że trzeba „zaliczyć punkt”.
A jeśli masz szczęście, to spotkasz… muflony. Serio-serio. W dziewiętnastym wieku przywieziono je tutaj z Włoch „w celu urozmaicenia polowań”. Tak że jeśli zobaczysz muflona, pamiętaj: on jest tu trochę przez przypadek, a ty – jak już mówiłem – świadomie.
Gdy miniecie dość długą wieś Muchów, po chwili będzie stała ona – Czartowska Skała – jeden z najpiękniejszych neków naszej krainy. To miejsce ma w sobie coś z małego cudu: niewielki rezerwat, słupy zastygłej lawy, a na szczyt prowadzi wąska ścieżka. Jedna, ta po prawej, sunie po skałach. Druga, po lewej, jest dłuższa i wiedzie przez trawę. Trzeba się trochę skupić i patrzeć pod nogi. To sprawia, że nawet dzieci nagle zaczynają mówić ciszej. Swoją drogą zakaz ognisk to też lekcja: nie wszystko musi się kończyć kiełbasą.
Chcesz kolejną tajemnicę? Proszę bardzo. Co powiesz na opowieść o salamandrach, które mieszkają niecałe dziesięć kilometrów stąd?
Sudeckie smoki
Czarna w żółte plamy. Powolna i żyjąca w przeświadczeniu, że nikt jej nic nie zrobi. I w sumie dobrze – bo rzeczywiście nikt nie powinien. Nie umiem wziąć jej na ręce, nie umiem jej dotknąć. Mam „wdrukowane”, że to delikatne zwierzę jest pod absolutnie ścisłą ochroną i tak właśnie je traktuję: z szacunkiem, z dystansem, i z tym charakterystycznym dreszczem ciekawości: „Jakie to musi być w dotyku?”. A potem natychmiast sam siebie upominam.
I teraz mam dylemat: powiedzieć ci, gdzie ją spotkasz czy nie? W internecie znajdziesz dziesiątki opisów, jak to zrobić, więc nie potrzebujesz mnie do tego. Ale w tym tekście to ja muszę zdecydować. Skoro jednak przyjechałeś na rower w Kaczawy, to musisz być kimś, kto nie pędzi za atrakcjami za wszelką cenę. Kimś, kto rozumie przygodę tak jak ja: że nie trzeba wszystkiego „odhaczyć”, chodzi o to, żeby coś naprawdę przeżyć. W tym sensie jesteś mi bliski. Dlatego: gdy już nacieszysz się Czartowską Skałą, wróć do Muchowa, skręć w lewo w zniszczony leśny asfalt i dojedź do Nowej Wsi Wielkiej. Potem znowu ostro w lewo i po wertepach dotrzesz do skrzyżowania. Zignoruj znaki na Jawor i pojedź w prawo.
Ważne: będzie bardzo mocno z górki. Bardzo proszę, uważaj, bo droga nie jest zbyt szeroka, a łatwo się tam rozpędzić. A w sumie nie ma po co. Zwłaszcza kiedy jedziesz z rodziną i jedyne, co masz do wygrania, to kilka sekund, a do przegrania… no, całą resztę. Na samym dole, przy rzeczce, zostawicie rowery i pójdziecie wąską ścieżką do wąwozu Lipa.
Tam, wzdłuż strumienia, pójdziecie powoli do góry. Najlepiej do niewielkiego bagienka na samym szczycie. I po cichu. Salamandry bardzo dobrze słyszą. Jeśli chcecie je zobaczyć, wystarczy wypatrywać ruchomych żółtych plam i jeśli będziecie mieć szczęście, to je spotkacie. Sam wiesz, że to jest dzika przyroda i nie mogę dać gwarancji, że zobaczycie je na pewno. Może być za zimno albo za sucho, albo będą miały strajk.
Teraz pozostało już tylko wrócić po rowery, ruszyć do Lipy, zjeść w sklepiku lody, skręcić w prawo i pod długim, długim, ale łagodnym podjeździe wrócić do doliny Kaczawy. Zjechać idealnie gładkim asfaltem do Dobkowa, wytrząść się na połatanym, prehistorycznym asfalcie przez kolejny kilometr, odwiedzić Sudecką Zagrodę Edukacyjną i zjeść obiad w Villa Greta. A potem – z ochotą na więcej – wrócić do domu.
Bardzo proszę. Nie ma za co. Ja tu mieszkam i chętnie opowiem ci więcej.