Pieniądze szczęścia nie dają, ale przedłużają życie o dekadę i pozwalają zabić nosorożca z czystego szacunku
„Zastrzeliłem go, ponieważ był to jeden z największych komplementów, jakie mogłem mu sprawić” – wyjaśniał w 2007 roku przedsiębiorca, który zapłacił 150 tysięcy dolarów za prawo do zabicia zwierzęcia. Za pieniądze można dziś kupić prawo do ominięcia kolejki na lotnisku, jeżdżenia buspasami i odsiadywania wyroku w luksusowym więzieniu. Pieniądze przedłużają też życie. W USA każde dodatkowe 20 tysięcy dolarów dochodu rocznie wydłuża więc życie o rok. Fragment książki „Porachunki” Jędrzeja Malko.
Książkę „Porachunki” Jędrzeja Malko wydało Wydawnictwo Karakter.
Zapisz się do newslettera Fathers i odbierz 25% zniżki na książkę.
Pieniądz nie jest ze swojej natury ani dobry, ani zły. Nie musi być ani „diabłem diabłów”, ani kluczem do powszechnej wolności. Wszystko zależy od jego konstrukcji. Często też ten sam pieniądz, który jednym służy jako środek do emancypacji, dla innych będzie narzędziem opresji. Niewolnica pracująca w kopalniach srebra Lawrionu postrzegała wynalazek monet z innej perspektywy niż obywatel Aten otrzymujący wynagrodzenie za wypowiadanie swoich opinii w kwestiach polityki miasta. Pięćdziesiąt lat temu system dolarowy inaczej traktował Martina Luthera Kinga, a inaczej jego żonę Corettę Scott King – oboje też byli traktowani inaczej niż dowolny biały Amerykanin. I dziś dolar jest zupełnie czym innym dla maklera z Wall Street, a czym innym dla drobnego przedsiębiorcy z państwa rozwijającego się. Przypomnijmy sobie Keynesa, który zupełnie inaczej patrzył na polityczny wymiar walut światowych, gdy chodziło o dominację funta nad Indiami, a inaczej, gdy chodziło o dominację dolara nad Wielką Brytanią.
Być może również nasze – moje i twoje – osobiste doświadczenia tego, czym jest pieniądz, znacząco się różnią.
Różnić się też mogą nasze poglądy na temat tego, co można zrobić, by działał on lepiej. Celem tej książki nie jest przekonanie czytelników i czytelniczek do żadnej konkretnej reformy pieniądza, ale raczej pokazanie, że zmiany nie tylko są możliwe, lecz także ciągle zachodzą.
Wybór, przed którym stoi każde społeczeństwo, nie polega więc na tym, czy zmieniać konstrukcję pieniądza, ale na tym, kto ma mieć wpływ na kierunek zmian.
W pewnym sensie pieniądz jest jak prawo. Zgodzimy się zapewne, że prawo jest wartościowym wynalazkiem, a bez niego życie byłoby dużo trudniejsze. Jednocześnie to, jak konkretnie w danym miejscu i czasie prawo wygląda, odzwierciedla (nie)równowagę sił między różnymi stronnictwami politycznymi, nieraz wyraźnie przedkładając interesy i wartości jednych grup nad interesy i wartości innych.
To prawda, że zmiany zazwyczaj przynoszą więcej konsekwencji nieprzewidzianych niż przewidzianych, a reformy pieniądza to zawsze zabawa ogniem. Ale, jak zauważyliśmy na samym początku tej książki, cywilizacja powstała właśnie dzięki zabawie ogniem. Pewnie dlatego specjalizujący się w historii bankowości Calomiris i Haber – ekonomiści, którzy w swojej pracy nieustannie podkreślają ograniczenia stojące przed reformatorami systemów bankowych – piszą: „Czytelniczki nie powinny mylić naszego surowego uznania dla ograniczeń świata polityki i wszystkich trudności reformy bankowej z cynizmem czy brakiem nadziei na zmianę. Mimo wszystkich wyzwań (…) [zmiana jest możliwa]”. Nieprzypadkowo też kończą oni swoje studium historii finansowej cytatem z irlandzkiego dramaturga George’a Bernarda Shawa: „Rozsądny człowiek dostosowuje się do świata, a człowiek nierozsądny uparcie stara się przystosować świat do siebie. Dlatego cały postęp zależy od człowieka nierozsądnego”.
Brak rozsądku nie jest oczywiście warunkiem wystarczającym do zmiany świata na lepsze. By o niej myśleć, potrzebujemy nie tylko krztyny naiwności, lecz także solidnego rozpoznania rzeczywistości. Obiegowe opinie na temat pieniędzy pełne są tymczasem ignorancji, przekłamań i bajek – może właśnie bajek przede wszystkim, bo to one oferują proste wyjaśnienia i pocieszające morały. Celem tej książki było opowiedzenie, dla odmiany, prawdziwej historii pieniądza. Niekoniecznie pełnej morałów, ale za to takiej, która pozwoli zrozumieć, czym on jest i jakie ma znaczenie w naszym życiu.
Otwarcie dojrzałej dyskusji o pieniądzu wydaje mi się tym istotniejsze, że odgrywa on dzisiaj na świecie coraz większą i większą rolę. Jak pisze filozof Michael Sandel:
Im więcej pieniądz może kupić, tym większego znaczenia nabiera majątek (lub jego brak). Jeśli jedyną zaletą bogactwa byłaby możliwość kupowania sobie jachtów, sportowych samochodów i luksusowych wakacji, nierówności dochodowe i majątkowe nie miałyby wielkiego znaczenia. Ale kiedy pieniądz pozwala na nabywanie wpływów politycznych, dobrej opieki medycznej, domu w bezpiecznej i wolnej od przestępstw okolicy, dostępu do elitarnych szkół – wtedy podział dochodu i majątku nabiera większego i większego znaczenia. Tam, gdzie wszystkie dobre rzeczy są na sprzedaż, posiadanie pieniędzy robi prawdziwą różnicę.
Pieniądze dają dłuższe życie – w Stanach różnica średniej długości życia między najbogatszymi a najbiedniejszymi ludźmi wynosi dziś 14,6 roku dla mężczyzn i 10,1 w przypadku kobiet, każde dodatkowe 20 tysięcy dolarów dochodu rocznie wydłuża więc życie o rok.
Dają też zdrowsze życie – zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Tu badań jest bez liku, wspomnę więc tylko o jednym: kenijski program dochodu gwarantowanego znacząco obniżył poziom przemocy domowej oraz klinicznej depresji w rodzinach otrzymujących wpłaty rzędu kilkuset dolarów miesięcznie.
Pieniądze są używane nie tylko po to, by podnosić jakość życia przez kupno tych czy innych przedmiotów i usług, lecz także po to, by omijać normy i reguły, które obowiązują wszystkich innych ludzi. Przykłady można mnożyć: od drobnych udogodnień w rodzaju omijania kolejek na lotniskach (na przykład w Luton przyjemność stania w kolejce dla uprzywilejowanych kosztuje jedyne 3 funty) czy prawa do korzystania z buspasów w miastach takich jak San Diego, Miami czy San Francisco (10 dolarów za dzień) po licencję na zabicie zagrożonego wyginięciem nosorożca czarnego („Zastrzeliłem go, ponieważ był to jeden z największych komplementów, jakie mogłem mu sprawić” – wyjaśniał w 2007 roku przedsiębiorca, który zapłacił 150 tysięcy dolarów za prawo do zabicia zwierzęcia).
Posiadanie pieniędzy zmienia też relacje z prawem w bardziej fundamentalny sposób. Liczne badania pokazują, że ludzie o niższych dochodach potrzebują pomocy prawnej częściej niż ludzie o dochodach wysokich – a zarazem rzadziej ją otrzymują. Choć formalnie wszyscy jesteśmy równi wobec prawa, w rzeczywistości nierównowaga potrafi być przytłaczająca. Dobrym przykładem jest statystyka pochodząca z Waszyngtonu, gdzie w sprawach toczących się pomiędzy właścicielami nieruchomości a lokatorami ci pierwsi są w 90–95% przypadków reprezentowani przez prawników, podczas gdy ci drudzy tylko w 5–10%. Kiedy lokatorom została zaoferowana darmowa pomoc prawna, odsetek spraw zakończonych eksmisją spadł trzykrotnie. Jak to ujął amerykański badacz sztucznej inteligencji Eliezer Yudkowsky:
„Żaden wystarczająco skomplikowany system prawny nie daje się odróżnić od powiedzenia »Spieprzaj, dziadu« wszystkim biedakom, których nie stać na prawnika, kiedy ktoś próbuje ich orżnąć”.
Zasobność portfela często decyduje też o losie oskarżonych w procesach karnych. Według szacunków amerykańskiej agencji Bureau of Justice Statistics od dwóch trzecich do czterech piątych oskarżonych nie może sobie pozwolić na opłacenie prawnika. Tymczasem wśród tych reprezentowanych przez obrońców z urzędu nawet dziewięciu na dziesięciu przyznaje się do winy, nie próbując dochodzić swojej niewinności w sądzie. Niektórzy uważają, że olbrzymia presja związana z kosztami postępowania sądowego wymusza przyznanie się do winy także na niewinnych osobach. Dlatego w Stanach Zjednoczonych co jakiś czas pojawiają się postulaty, by w ogóle usunąć taką możliwość z procesu karnego. To, co dla jednych wygląda jak rządy prawa, innym przypomina raczej sytuację rodem z Procesu Franza Kafki, w której brama prowadząca do prawa niby jest otwarta, a jednak przejść przez nią nie można.
Terry Pratchett pisał kiedyś, że „jeśli człowiek ma dość pieniędzy, trudno mu w ogóle popełnić jakieś przestępstwo. Zdarzają mu się tylko zabawne, drobne niezręczności”. Jednak jeżeli ktoś dysponuje odpowiednim majątkiem, nawet wyrok skazujący nie musi być mu straszny. I nie chodzi o to, że tak zwani przestępcy w białych kołnierzykach trafiają zwykle do więzień o niskim rygorze, ani nawet o to, że za odpowiednią opłatą (ceny wahają się od 500 do 20 tysięcy dolarów) firmy w rodzaju Wall Street Prison Consultants przygotowują przyszłych więźniów do życia za kratami (kurs „Wstęp do przetrwania w więzieniu” obejmuje między innymi więzienną etykietę, zasady czarnego rynku czy triki na załatwienie sobie pożądanej pryczy). Pieniądze łagodzą konsekwencje łamania prawa jeszcze bardziej: w Kalifornii więźniowie za opłatą mogą podnieść standard swojej celi. Ceny za dobę wahają się od 25 do 250 dolarów, w zależności od rodzaju udogodnień, a jako że potrafią przynosić niemałe przychody, więzienia konkurują ze sobą o więźniów. W 2013 roku Seal Beach Detention Center (135–185 dolarów za noc) reklamowało się w prasie w taki sposób: „Po co spędzać wyrok w więzieniu stanowym? My oferujemy: wyjścia do pracy, telewizory plazmowe, komputery, czystość, nowe łóżka. Po więcej informacji skontaktuj się z kapralem Gonshakiem”.
Kilka lat temu „LA Times” opisywał historię więźnia odsiadującego tam wyrok za utrzymywanie stosunków seksualnych z dwunastoletnią uczennicą. „To było dla mnie jak wczasy” – mówił po wyjściu z więzienia, w którym pozwolono mu nosić prywatne ubrania, jeść własne jedzenie i spać w swojej pościeli, a większość czasu spędził, komponując muzykę na komputerze. „W więzieniu stanowym wszyscy cię atakują, fizycznie i psychicznie, nie miałem ochoty spędzić tam ani dnia” – mówił dziennikarzom pastor skazany za gwałt na czternastolatce, również pensjonariusz więzienia Seal Beach.
Spodobał ci się ten fragment?
Zapisz się dzisiaj do newslettera Fathers i odbierz kod z 25% zniżką na „Porachunki” Jędrzeja Malko!