Penis to nie automat. Rozmowa z urologiem Piotrem Pawłem Świniarskim
Słuchaj w formie podcastu
„Poczucie własnej męskości powinno się opierać nie na tym, jak wyglądamy albo jak działa nasze prącie, tylko bazować na znacznie silniejszych filarach” – urolog dr Piotr Paweł Świniarski, współautor książki Męska rzecz. Wszystko, co mężczyzna musi wiedzieć, by żyć długo i aktywnie w rozmowie z Maciejem Orłowskim.
Przychodzi facet do urologa i mówi…
„Panie doktorze, do wczoraj byłem królem życia, ale właśnie pierwszy raz doświadczyłem zaburzeń erekcji. Świat mi się zawalił, co robić?”
I co pan odpowiada?
Tłumaczę, że świat nie opiera się tylko na jego erekcji, ale na wielu innych, ważniejszych sprawach. I że się nim zajmiemy, ale tylko gdy będzie współpracował i zrozumie to, co chcę mu przekazać, bo tylko wtedy jesteśmy w stanie przywrócić mu poczucie sprawczości. Na pewno nie da się tego zrobić jedną cudowną tabletką.
Ludzie wierzą, że się da?
Bardzo często spotykam w gabinecie facetów, którzy myślą, że mają automat między nogami: jak pstrykną, to będzie stał, i działał przez całe życie. Trudno im zrozumieć, że erekcja może być czasem lepsza, czasem gorsza – wpływ na to ma wiele czynników.
O ile dwudziestolatek może pić do piątej, bzykać do szóstej, a o ósmej jest już w pracy, to czterdziesto- czy pięćdziesięciolatek jeśli pójdzie spać po północy, to rano jest nie do życia.
Zdolności kompensacyjne organizmu powoli się kończą.
Często rysuję pacjentom taki schemat: w wieku dwudziestu lat mamy twardą, dobrą erekcję, superlibido, a w wieku osiemdziesięciu to wszystko leży. To są punkty, które muszą się połączyć w linię – wszyscy by chcieli, żeby do osiemdziesiątki była prostą poziomą, a dopiero potem ostro zjechała w dół. Tak się nie da. One się łączą w delikatnie falującą linię, ale idącą ciągle w dół.
Czyli może powinien pan odsyłać pacjentów także do innych specjalistów?
Każdego mężczyznę, który przychodzi do mnie z problemami w zakresie sfery seksualnej, wysyłam na konsultację do psychologa, seksuologa lub psychiatry. Bo owszem, mogą się zdarzyć zaburzenia erekcji, bo ktoś się stresuje, że jest z dziewczyną, na której mu zależy, albo że od dawna nie miał z nikim zbliżenia. Ale może być tak, że te zaburzenia przypominają samospełniającą się przepowiednię: nie wyszło raz, drugi trzeci, więc za czwartym i piątym każda porażka rodzi napięcie. Chodzi o to, żeby z pomocą specjalisty przerwać to zamknięte koło. To nie kamień w nerce, który stworzy się lub nie, niezależnie od naszego nastawienia. Sfera seksualna w dużej mierze zależy od psychiki.
A na ile pana pacjenci są otwarci na sugestie, że być może bardziej od viagry pomogłaby im psychoterapia i leki?
Ci, którzy odwiedzili mnie w gabinecie, największą barierę już pokonali. Przyznali: „Mam problem, sam sobie z tym nie poradzę”. Gorzej, jeśli wcześniej zamiatali go pod dywan, szukali samodzielnie pomocy przez internet, ściągali różnego rodzaju środki poprawiające erekcję czy testosteron. To się zdarza, bo wizyta w gabinecie to dla faceta duży stres. Ta sfera zdrowia mężczyzny mocno rzutuje na poczucie własnej wartości, a co najważniejsze – na poczucie męskości.
Płodność, testosteron, a szczególnie sprawność seksualna – to wszystko sprawy, o których nie mówi się w szkole, na grillu u znajomych, a mężczyźni bardzo mocno się przez nie definiują.
I jednocześnie, jeśli coś na tym polu szwankuje, nie mają z kim pogadać.
Porozmawiajmy więc jak dziennikarz z urologiem: co mężczyzna musi wiedzieć, by zachować płodność i zdrowie seksualne. W książce Męska rzecz. Wszystko, co mężczyzna musi wiedzieć, by żyć długo i aktywnie, której jest pan współautorem, razem z dziennikarzem Dawidem Krawczykiem i seksuologiem Robertem Kowalczykiem, radzi pan, żeby pierwsze badanie nasienia zrobić już trzy miesiące przed rozpoczęciem starań. Dlaczego?
Radziłem nawet, by pierwsze badanie nasienia wykonać w wieku 18–20 lat, czyli na progu dorosłości, w momencie, kiedy zaczynamy współżyć. Bo można zabezpieczać się przed ciążą przez całe życie, a potem zrobić badanie nasienia i okaże się, że nie mamy ani jednego plemnika. Jest ono też ważne, żeby porównać z późniejszymi badaniami.
Kolejny moment to te trzy miesiące przed rozpoczęciem starań o dziecko. Dlaczego wtedy? Bo czas produkcji pełnego plemnika od zera to właśnie niemal trzy miesiące. I jeśli wyniki wyjdą złe i od dzisiaj odstawię fajki, zredukuję masę ciała, zacznę się wysypiać, codziennie będę się ruszał, to efekt w polepszeniu jakości nasienia pojawi się dopiero za trzy miesiące.
Jak często zgłaszają się do pana pacjenci tylko po to, żeby zbadać o swój stan zdrowia? A jak często wciąż dominuje przekonanie, że do lekarza idziemy, kiedy coś nam dolega?
Z perspektywy około dwóch dekad, czyli odkąd zajmuję się męskim zdrowiem i urologią, coraz częściej zdarzają się mężczyźni, którzy przychodzą, aby potwierdzić swoje zdrowie. Ale to powolny trend. Odrzucenie świetnego projektu edukacji zdrowotnej na ostatniej prostej było fatalne dla przyszłych pokoleń. Bo na budowę świadomości zdrowotnej w społeczeństwie potrzeba dekad, edukacja powinna zacząć się już w podstawówce. Na tych lekcjach uczniowie mieliby szansę dowiedzieć się, jak zadbać o zdrowie dzisiaj, aby za pięćdziesiąt lat nie skończyć o chodziku z dwoma wymienionymi biodrami.
Wciąż zdarza się, że to żona, córka, matka czy kochanka wyśle faceta do lekarza, a czasem przyjdzie razem z nim. Dlatego za każdym razem pytam, czy dotarł do mnie sam, czy z partnerką. Bo jeśli z partnerką, to zawsze zapraszam ją do gabinetu, oczywiście o ile pacjent nie ma nic przeciwko. Wtedy jest szansa, że nawet jeśli będzie w dużym stresie i nie wszystko z wizyty zapamięta, to zrobi to jego osoba towarzysząca.
Wspomniał pan w książce, że wydłuża się wiek, w którym pary decydują się na dziecko. Wiemy, że kobieta ma pewną biologiczną granicę. A jak jest z mężczyznami? Czy plemniki starzeją się razem z nami i czy rzeczywiście im młodszy mężczyzna, tym większa płodność?
Tak, ale nie do końca. Jako dwudziestolatkowie na pewno mamy lepszą jakość nasienia i większe szanse na zapłodnienie, niż mając czterdzieści, sześćdziesiąt czy osiemdziesiąt lat. Dlatego często mówimy o tak zwanej niepłodności wtórnej. To sytuacja, w której gdy miałem dwadzieścia dwa lata, to partnerka zaszła w ciążę po pierwszym, drugim zbliżeniu, a teraz po dwudziestu latach staramy się od roku, dwóch i nie wychodzi.
O ile kobiety mają menopauzę, czyli ostatnią miesiączkę, o tyle u mężczyzn jakość nasienia pogarsza się wraz z wiekiem, natomiast płodność zachowujemy w większości do końca życia. W teorii możemy więc mieć potomstwo nawet jako siedemdziesięciolatkowie. Wiadomo, jakość tego nasienia będzie słabsza, a liczba dobrych, ruchliwych plemników mniejsza, ale w teorii potrzebujemy tylko jednego.
Przychodzi ten magiczny moment: partnerka zachodzi w ciążę, rodzi się dziecko. Bardzo dużo mówi się o zdrowym stylu życia po to, żeby nasza płodność była jak najwyższa. Ale po narodzinach dziecka o zdrowie zadbać znacznie trudniej: świeżo upieczeni ojcowie zmagają się z przewlekłym niewyspaniem, stresem, brakiem czasu na aktywność fizyczną i własne hobby. Jak to wszystko odbija się na zdrowiu?
Na pewno sam fakt posiadania potomstwa jest dużą próbą i dla samego faceta, i dla związku. I o ile wcześniej czynnikami „ryzyka” gorszego stanu zdrowia były używki i „imprezowa”, nadmierna eksploatacja organizmu, to teraz czynnikami są właśnie niedosypianie, przewlekłe zmęczenie, nadmiar stresu. Bo nie odpowiadam już tylko za siebie, tylko za matkę dziecka i dziecko.
Niestety, obciążenia psychiczne u mężczyzn związane z tym okresem wciąż są niedoceniane. Bo przecież „to nie facet urodził”, „to nie on musi karmić dziecko”. A dodatkowo jeśli nałożymy na to mit macho, który sam sobie ze wszystkim radzi, to kończymy ze statystykami, według których osiem na dziesięć samobójstw popełniają faceci. Często po prostu nie mają z kim porozmawiać, a szukanie pomocy w zakresie własnego zdrowia psychicznego może być potraktowane jako niemęskie. Dlatego powinniśmy znacznie więcej mówić o zdrowiu psychicznym mężczyzn, którzy przez społeczeństwo i kulturę są utwierdzani w przekonaniu, że „facet nie płacze”.
Porozmawiajmy o masturbacji. W książce cytuje pan badania, według których 21 ejakulacji w miesiącu może obniżyć ryzyko chorób nowotworowych nawet o 20 procent.
Seks jest zdrowy, a masturbacja jest formą aktywności seksualnej. Nie ma nic nietypowego czy chorego w tym, że mamy normalną, szczęśliwą relację seksualną z partnerką, a jednocześnie się masturbujemy. To zupełnie normalne, bo masturbacja może dawać inny rodzaj i jakość wrażeń niż seks, oba mogą być fajne.
Jak to się mówi: kawa nie wyklucza herbaty. Oczywiście, masturbacji będzie więcej w sytuacji, kiedy mamy mniej seksu niż sami wewnętrznie potrzebujemy, a mniej, kiedy tego seksu jest wystarczająco dużo.
Natomiast nie jest tak, że jeśli jesteśmy w relacji, to nie wolno nam się już masturbować.
Poza tym gruczoł krokowy, jak sama nazwa wskazuje, jest gruczołem: jądra przez cały czas produkują nasienie. Nieopróżnianie go przypomina sytuację, w której nie wydmuchujemy zatkanego nosa. Z tego też powodu masturbacja w naturalny sposób zmniejsza ryzyko raka prostaty. Wracając do tego badania, zgodnie z którym dwadzieścia jeden wytrysków w miesiącu zmniejsza ryzyko raka prostaty o dwadzieścia procent. Warto podkreślić, że jeśli będziemy się masturbować mniej albo więcej, to też zmniejszymy to ryzyko odpowiednio mniej albo więcej. Natomiast nigdy nie zmniejszymy go do zera.
Zaintrygowało mnie też to, że nawet jeśli żyjemy w długotrwałym, monogamicznym związku, powinniśmy się regularnie badać na obecność chorób wenerycznych. To też chyba nie jest typowa wiedza: „Słuchajcie, nawet jeżeli wy ani wasza partnerka nie macie skoków w bok, i tak się badajcie”?
Czy infekcję układu moczowo-płciowego łapiemy tylko poprzez stosunek? No nie. Rozumiemy, że możemy „złapać wilka”, czyli przeziębić pęcherz, gdy siądziemy na zimnym kamieniu albo w publicznej toalecie. I automatycznie możemy to na partnera lub partnerkę przenieść. Oczywiście współżycie w prezerwatywie w dużym stopniu nas zabezpiecza, ale nie w stu procentach. Prezerwatywa to nie betonowa ściana.
To, co zalecam wszystkim pacjentom, to przede wszystkim właściwa profilaktyka. Ważna jest odpowiednia ilość przyjmowanych płynów: mamy pić tyle, żeby moczu na dobę było co najmniej dwa, dwa i pół litra, żeby w moczowodach, pęcherzu, cewce płynął wartkim strumieniem górski potok.
Bo jeśli będziemy sikać tak, że mocz przypominać będzie wolno płynącą rzeczkę z rzęsą na brzegach, to „rzęsą” będą kamienie układu moczowego i nawrotowe zapalenie prostaty.
Oczywiście pamiętajmy, że w sytuacji, kiedy nie mamy pewności co do tego, z kim idziemy do łóżka, to stosowanie prezerwatyw jest absolutnym must have. I to nie tylko po to, żeby partnerka nie zaszła w ciążę, ale głównie po to, by nie złapać choroby przenoszonej drogą płciową albo żeby kogoś nią nie zarazić. Jest takie powiedzenie, że idąc z partnerką lub partnerem do łóżka bez zabezpieczenia, idziesz do łóżka ze wszystkimi jego poprzednimi partnerami czy partnerkami.
Panie doktorze, wazektomia. Robić, nie robić? To coraz powszechniejszy sposób antykoncepcji wśród mężczyzn, preferowany również przez partnerki, które nie chcą zaburzać swojej gospodarki hormonalnej.
Odpowiem: robić, o ile nie chcemy mieć już dzieci. Wazektomia jest przeznaczona dla tych mężczyzn, którzy zakończyli swoje plany rodzinne na 150 procent.
Mają dwójkę albo nawet trójkę dzieci?
Nie muszą mieć żadnych dzieci i nie muszą mieć stu lat, żeby podjąć decyzję o wazektomii. Wystarczy, że nie zamierzają mieć dalszego potomstwa. Bo musimy traktować ten zabieg jako nieodwracalny, mimo tego, że jest możliwość jego odwrócenia, bankowania nasienia czy – jeśli odwrócenie się nie uda – pobrania plemników poprzez biopsję jądra bądź najądrza do procedury in vitro.
Wazektomia jest najskuteczniejszą, najbezpieczniejszą i najtańszą pod względem potencjalnych kosztów antykoncepcją na przestrzeni całego życia.
A jednocześnie najzdrowszą, mając na względzie zdrowie pary jako całości, czyli i kobiety, i mężczyzny. To prosty zabieg z niewielkim ryzykiem powikłań; z tego powodu to zabieg najczęściej wykonywany przez lekarzy rodzinnych w Stanach Zjednoczonych. W ramach Polskiego Towarzystwa Urologicznego wydamy niebawem informator dla pacjenta i zalecenia dla lekarzy, którzy chcą wykonywać wazektomię, żeby była przeprowadzana jak każdy inny zabieg w normalnych, przewidywalnych warunkach.
Przychodzi moment, że nasi nastoletni synowie zaczynają interesować się tematyką ciała i seksualności. Jak powinno wyglądać odpowiedzialne ojcostwo tak, żeby przekazać dziecku najważniejsze informacje na temat jego zdrowia seksualnego i płodności?
Jestem zwolennikiem jak najwcześniejszej edukacji zdrowotnej z elementami zdrowia seksualnego. Na edukację seksualną dziecka, które ma czternaście, piętnaście czy szesnaście lat może być już za późno. To znaczy, że trzeba nauczyć syna, jak dbać o prącie, o jądra, jak dbać o higienę. Niestety nie wszyscy mężczyźni wiedzą, że przy myciu za każdym razem trzeba odsłonić całą żołądź i rowek zażołędny, żeby nie zalegała tam mastka, czyli wydzielina, którą produkuje skóra napletka i żołędzi. Najstarszy pacjent, który przyszedł do mnie i nigdy nie odsłaniał napletka miał… pięćdziesiąt lat. Tymczasem o narządy płciowe mamy dbać tak samo jak o rękę, stopę czy ucho.
Drugi krok, który warto zrobić, to już w wieku dziecięcym odczarować seks i masturbację. To są normalne formy aktywności seksualnej i każdy, kto odczuwa głód, pragnienie czy zmęczenie, tak samo będzie odczuwał potrzebę zaspokojenia swoich popędów płciowych.
Rozmawiajmy z dzieckiem na temat narządów płciowych, płodności, tego, skąd się biorą dzieci, czym jest masturbacja, seks.
I róbmy to w sposób otwarty, szczery, a jednocześnie dostosowany do wieku dziecka. Nie mówmy pięciolatkowi, że znaleźliśmy go w kapuście albo że bocian go przyniósł.
Gdyby miał pan magiczną różdżkę i mógłby nauczyć każdego mężczyznę w Polsce jednej rzeczy, to co by to było?
Żeby dbali o swoje zdrowie płciowe i zwalczyli przyczyny, dla których trafiają do mojego gabinetu. Ale rozszerzyłbym to na trzy rzeczy. Pierwsza to jest właśnie dbałość o odpowiednią higienę. Druga to wyrozumiałość dla siebie, dla swojego ciała, a szczególnie dla prącia.
A trzecia rzecz?
Akceptacja tego, że nasze ciała się zmieniają. Niestety, wielu facetów nie rozumie, że ich możliwości się kurczą, próbują utrzymać sprawność i wygląd z lat młodości różnymi mniej lub bardziej trafionymi sposobami. Jeśli to codzienna aktywność fizyczna i zdrowa dieta, to super. Ale jeśli próbują dojść do tego celu dzięki sterydom, anabolikom, to to nie jest dobry pomysł. Poczucie własnej męskości powinno się opierać nie na tym, jak wyglądamy albo jak działa nasze prącie, tylko bazować na znacznie silniejszych filarach.