Outdoorowy świr z Karagandy. Jak z harcerskiej pasji zbudować biznes premium

Outdoorowy świr z Karagandy. Jak z harcerskiej pasji zbudować biznes premium - Fathers.pl
Zdjęcia: www.idewlas.pl
Historia osobista Outdoor Sylwetka #biznes #idewlas #outdoor #portret #sylwetka

Słuchaj w formie podcastu

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Żyje z rodziną w rozkroku między Kazachstanem a Polską, a czwórkę dzieci zabiera regularnie na biwaki przy minus dwudziestu stopniach. Konrad Nycz - tata, miłośnik survivalu i mózg marki „idę w LAS”. Na projektowane przez niego ubrania z wełny, lnu i puchu jaka outdoorowi pasjonaci czekają miesiącami.

Wpis na Facebooku, jeden z wielu, jakie regularnie wrzuca na swój profil: „Polacy, czy my zdurnieliśmy? Wystarczy trochę śniegu, lekki mróz i paraliż. Korki, auta w rowach, panika. Jeszcze dwadzieścia lat temu minus piętnaście stopni Celsjusza nikogo nie ruszało. Dziś komfort tak nas rozpieścił, że zapomnieliśmy, jak smakuje prawdziwa zima. Dlatego wybieram najgorszą pogodę na biwaki. Im trudniej, im brzydziej – tym lepiej”.
Na początku roku biwakował przy minus dwudziestu sześciu stopniach. Jego prywatny rekord to minus trzydzieści cztery.
Konrad Nycz i jego rodzina żyją w rozkroku między Kazachstanem a Polską. To ich czwarty rok na stepach Azji Środkowej. Latem panuje tu czterdziestostopniowy upał, zimą mrozy po czterdzieści stopni.
Jak w ogóle się tam znaleźli? Od kilkunastu lat należą do ogólnoświatowego ruchu działającego przy Kościele katolickim. Zrzeszone w nim rodziny wyjeżdżają w różne zakątki świata na zasadzie losowania. Nyczowie na ochotnika zgłosili się na wolontariat, trafili do Kazachstanu, a dokładnie do Karagandy. „Stolica kraju zesłańców” – tak Aleksandr Sołżenicyn pisał o tym miejscu. Mówi się, że kilka tysięcy mieszkańców kazachskich stepów to potomkowie deportowanych i internowanych do sowieckich łagrów. Szacuje się, że do Kazachstanu wywieziono co najmniej 150 tysięcy Polaków.
Koło Karagandy mieścił się jeden z największych obozów pracy w ZSRR, znany jako Spassk. Ostatnim Polakiem zwolnionym z niewoli był Bronisław Szeremeta.
Ale nie będzie tu o morderczej pracy, głodzie i zatraceniu na jałowym pustkowiu. Będzie o rodzinnym polskim biznesie i przygodach z dziećmi, mimo bezwzględnych praw natury.

Outdoorowy świr z Karagandy. Jak z harcerskiej pasji zbudować biznes premium

Ludzie lasu

Wygląda na to, że znają się prawie całe życie.
– Spotkaliśmy się z żoną w harcerstwie, mieliśmy sześć lat, jeździliśmy na wspólne kolonie jako zuchy. Później oboje byliśmy drużynowymi, instruktorami. Teraz mamy rodzinę.
Harcerskie wychowanie to dla niego nie tylko spotkanie z przyszłą żoną, ale też szkoła śmiałości i robienia rzeczy „na grubo”. Bielsko-Biała, w której się urodził, to miasto położone w sąsiedztwie gór, więc lokalne harcerstwo miało tam zawsze wymiar outdoorowy. Każda sobota zaczynała się przy schronisku Stefanka na Koziej Górze albo na zboczach Szyndzielni. Zbiórka była w terenie, nawet jeśli było mokro i błoto po deszczu. Potem sześć godzin tułania się po lesie w trudnych warunkach.
Zgodnie z niepisaną zasadą, każdy harcerz musi się dobrze ubrać.
Najpierw chodził na zbiórki w rzeczach uszytych przez mamę. Taki był początek. Za pierwsze zaskórniaki upolował odzież z demobilu. Dużo później, już na studiach, kupił pierwszy markowy i profesjonalny sprzęt turystyczny. Blisko dziesięć lat temu, gdy zostało im trochę pieniędzy ze ślubu, odświeżył sobie szafę. Nakupił kurtek, spodni, swetrów. Pochodził w nich rok i, jak sam mówi, wszystko sprzedał albo rozdał znajomym.

Nie odpowiadał mu modowy McDonald’s – nosisz, zużywasz, kupujesz następne i tak na okrągło. Wrócił do punktu wyjścia, do rzeczy szytych przez rodziców.

Cała historia zaczyna się w pracowni krawieckiej przy ulicy Piwowarskiej w Bielsku-Białej. Na przełomie lat 80. i 90. rodzice Konrada założyli interes, własną manufakturę skupioną na modzie damskiej: od galanterii, aż po sukienki na imprezy okolicznościowe szyte na miarę. Uznali, że to doskonały sposób, by dźwignąć się z problemów. Wcześniej w domu była taka bieda, że mama Konrada sama szyła ubrania.
To, co kiedyś było synonimem ubóstwa, dziś jest produktem premium.
W czasie pandemii Konrad z dnia na dzień stracił pracę. Do południa robił zajęcia dla dzieci z pierwszej pomocy, popołudniami kursy dla nauczycieli. Kiedy zamknięto szkoły i przedszkola, został bez zajęcia. Siedząc w pracowni rodziców, powiedział: „robimy to!”.
Wpadł na pomysł, że będą szyć wysokogatunkową odzież outdoorową dla „ludzi lasu”. Filozofią „idę w LAS” będzie powrót do tradycyjnych, rzemieślniczych rozwiązań.

Outdoorowy świr z Karagandy. Jak z harcerskiej pasji zbudować biznes premium
Outdoorowy świr z Karagandy. Jak z harcerskiej pasji zbudować biznes premium

W typie outdoorowego świra

To wtedy powstał projekt pierwszej kurtki z bawełny impregnowanej hydrofobowo. Konrad pokazał ją na grupach tematycznych w mediach społecznościowych. Kolejny fason nosi nazwę „Zbój”. To wełniana bluza z mocnymi, skórzanymi wstawkami, z systemem zamków, dzięki którym z ubrania można zrobić koc. Powstał na bazie bluz uszytych przez jego mamę, w których przechodził paręnaście lat.
Latem i wiosną stawiają na len. Jesienią i zimą szyją z wełny.
Za maszynami stoją rodzice – Wojtek i Lidia. Konrad jest „głową od pomysłów”. Dba o kontakt z klientem, testuje nowe materiały, szuka różnych rozwiązań.

Wymyślił, by jako pierwsi w Polsce wprowadzili na rynek ubrania z bawełny Ventile. Podczas drugiej wojny światowej ratowała życie pilotom RAF-u.

Ostatnio wpadł na pomysł, by szyć ubrania z puchu jaka. Bo jest sześćdziesiąt procent cieplejszy od klasycznej wełny owczej.
Konrad wyczuł rynek i zmiany, jakie zachodzą wśród konsumentów.
– Pamiętam jeszcze moment, kiedy wszyscy mieli w szafach wełniane swetry dziergane przez babcie. Chwilę później przywędrowała do nas moda na polary, wszyscy się zachwycali, a mi zawsze coś w nich nie pasowało. Jako dziecko denerwował mnie smród, jaki dawał polar. Okazało się, że łatwiej rozmnażają się na nim bakterie. Przy wełnie tego nie ma. Coraz częściej ludzie sobie przypominają, co nosili dwadzieścia lat temu, w czym przeżywali największe przygody w życiu. Grzebią w internecie, szperają, tym tropem wracają do ponadczasowej klasyki, która w naszych czasach wciąż bije na głowę syntetyki.

Klient „idę w LAS” jest specyficzny; Konrad śmieje się, że to typ outdoorowego świra. Nie jest to jednak żadna konkretna grupa, to zbieranina z różnych obszarów – szefowie korporacji, ludzie ze świata nauki i sztuki.

Niezależnie od przekonań, pochodzenia czy miejsca pracy, łączy ich to, że lubią sobie uciec w weekend poza miasto, pojechać na grzyby, złapać oddech na szlaku.
Trzeba ich ubrać na każde warunki. Od wycieczek w skali mikro, aż po ekstremalne wyprawy, podczas których materiał musi znieść mróz i ogień, musi wytrzymać las.
Klientem „idę w LAS” jest Michał Felińczak, który rok temu wyruszył w pieszą podróż w poprzek Polski. Przeszedł 636 km – nie mając z sobą żadnych zapasów. Wodę pozyskiwał wyłącznie w terenie. Wędrówka trwała 432 godziny, w jej trakcie przeprawił się tratwą przez Wisłę i maszerował po zamarzniętych jeziorach. Nie miał telefonu, jedynie papierową mapę i kompas. W ten sposób Michał chciał zwrócić uwagę na problemy dzikich zwierząt w Polsce, a w szczególności wilków.
Kolejnym klientem jest Krzysztof Lewicki, instruktor survivalu i prezes Fundacji Dzika Droga. W ubraniach „idę w LAS” przeszedł szlak Kungsleden w Laponii. Zrobił to zimą, w okresie zamkniętym dla turystów, razem ze swoim psem, malamutem Inari. Podróż trwała trzy tygodnie, z czego przez dwa szalała burza śnieżna.
Konradowi nigdy nie zależało, by kupował u niego każdy. Żartuje, że robi wszystko, by nie mieć klientów. Nie chce trafiać do przypadkowych ludzi, nie interesuje go masówka. Stawia na wąskie gardło sprzedażowe. Produkty „idę w LAS” nie są najtańsze, ceny wahają się od sześciuset do trzech i pół tysiąca złotych. Ktoś komentuje: „za taką cenę można zrobić remont łazienki”. Konrad odpowiada: „pojęcie »drogo« jest względne”. Tłumaczy, że klient płaci za dni ciężkiej pracy krawieckiej, za porządne materiały. Poza tym w cenie trzech kurtek z plastiku ma jedną, która przetrwa wszystko. W myśl zasady, że lepiej zainwestować raz, a dobrze.
Założenie biznesowe jest takie, że firma nie podnajmuje szwalni, nie szyje pięćdziesięciu sztuk tego samego produktu, nie rozsyła ubrań do sklepów, nie poszerza oferty o kolejne modele. Każda rzecz jest spersonalizowana, ma możliwość indywidualnej konfiguracji, można wybrać kolor, dodatkowe wzmocnienia; szyje się ją na miarę.

Na realizację zamówienia trzeba czekać trzy miesiące, ale klient dostaje gwarancję dożywotniego wsparcia technicznego.

Jeżeli po pięciu, sześciu latach coś się zniszczy, przetrze, znosi, ktoś wypali dziurę, można odesłać ubranie do pracowni, tam zostanie naprawione i odratowane. Małe naprawy rodzice Konrada robią za darmo. Większe są wyceniane indywidualnie.
W internecie znajduję analizę biznesową marki „idę w LAS”.
„Nie rynek, nie trend i nie luka sprzedażowa. […] Nie jest to biznes zbudowany wokół maksymalizacji popytu. To biznes zbudowany wokół maksymalizacji sensu: sensu produktu, relacji i samego prowadzenia firmy. […] To fundamentalna różnica, bo większość marek, szczególnie w e-commerce, zaczyna od innego pytania: jak sprzedać więcej, szybciej i łatwiej. Tutaj punkt wyjścia jest odwrotny: jak robić rzeczy w sposób spójny z tym, w co wierzymy, nawet jeśli oznacza to wolniejszy wzrost. […] W tym modelu nie chodzi o to, żeby sprzedać jak najwięcej. Chodzi o to, żeby sprzedać właściwym osobom, we właściwy sposób. To świadomy wybór strategiczny” – pisze Patrycja Kościołowska na stronie enjoyGrowth!

Outdoorowy świr z Karagandy. Jak z harcerskiej pasji zbudować biznes premium
Outdoorowy świr z Karagandy. Jak z harcerskiej pasji zbudować biznes premium

Dziecko zmęczone, dziecko szczęśliwe

Kiedy rozmawiamy, w Kazachstanie mrozy trochę zelżały, ale wciąż trwa zima, a te są długie i surowe, potrafią ciągnąć się od listopada do kwietnia. Wyjście z domu na dłużej to rzadkość w tym okresie. Albo są srogie mrozy, albo zamiecie śnieżne. Zaraz przyjdą roztopy, ludzie będą brodzić po kolana w błocie.
Konrad twierdzi, że to najlepsze na świecie laboratorium testowe dla ich ubrań, ale też najpiękniejsze miejsce, żeby wychować dzieci. W sumie mają ich czwórkę, piąte jest w drodze – urodzi się lada moment.
Na Facebooku widzę zdjęcie z całą gromadą – syn i trzy córeczki. Najstarsza ma dziewięć lat, najmłodsza cztery i pół. Konrad nawet sobie nie wyobraża, że mógłby ich pominąć w komunikacji z klientem.

Nie chce prezentować się jako „Konrad-podróżnik”, ale jako „Konrad-ojciec”. W końcu dzieci są nieodłącznym elementem jego życia. Towarzyszą mu na łonie natury od swoich pierwszych dni życia.

Kazachstan jest miejscem trudnym, w miastach panuje postsowiecka mentalność. Infrastruktura nie jest przystosowana dla rodzin z dziećmi. Konrad wymienia jednym tchem: niedostosowane chodniki albo ich brak, dużo pyłu i śmieci, place zabaw nie są w żadnym razie przystosowane pod bezpieczną zabawę. Baseny i sale zabaw są mocno wysłużone.
Nie ma szans na wycieczkę rowerową. Trzeba czekać do wakacji i wracać do Polski.
Kawałek poza Karagandą robi się już dziko. Zaczyna się rozległy, bezgraniczny step. Niepowtarzalny widok. Pomimo pięciu lat w Kazachstanie to miejsce jest dla nich wciąż niepojęte i nowe. Nocowanie na zamarzniętym jeziorze, łowienie ryb w przeręblu, to jednak normalna rzecz. Przynajmniej raz w tygodniu zabiera dzieci pod namiot. Do tego dziewczynki kochają jeździć na koniach.
Na złośliwe komentarze pod zdjęciami, że w tym wieku dzieci powinno się zabierać do Disneylandu, że je zamęcza, że zostanie zgłoszony do MOPS-u, odpowiada z przekąsem: „Dzieciaki zmęczone, ale szczęśliwe. I uprzedzam najczęstsze pytanie – nie, nie były chore! PS. Gdyby moje odpowiedzi nagle ustały, to znak, że opieka społeczna jednak mnie zawinęła”.
Nie zawinęła, a przynajmniej tak wnioskuję po kolejnym wpisie na Facebooku: „Kupiliśmy wędki i poszliśmy na nockę na zamarznięte jezioro” – pisze Konrad.

 

Czytaj więcej