Ostatnia przestrzeń wspólnego śnienia
„Czy mamy jakąś inną możliwość, aby śnić sen wspólnie z innymi? Nie dają tego ani doświadczenie teatralne, ani koncertowe, które też są wspólnotowe. Kino jest pod tym względem wyjątkowe” – mówi Klaudia Rachubińska, badaczka kina, w rozmowie z Kingą Gałuszką.
Miało się już kończyć parę razy. Pamiętam późne lata dziewięćdziesiąte, gdy znawcy kina, przynajmniej w Polsce, marszczyli stroskane czoła na myśl, że nadszedł kres klasycznego podziału na kino autorów i kino rozrywkowe. Do tego nadciągała rewolucja cyfrowa: jak to tak bez taśmy 35mm robić sztukę filmową, prawie jak bez duszy. Poczciwe wydają się dziś te strachy, szczególnie, gdy odpalamy w domu kolejny serial. Gdzie kino jest dziś?
Bardzo się zmienia, Mówi się, że jesteśmy na etapie nowego zjawiska, które z tym starym nie ma nic wspólnego. Rozwój platform streamingowych wpłynął nie tylko na sposoby wchodzenia w interakcję z filmem, lecz także produkowania filmów. Kino znowu się kończy zdaniem niektórych komentatorów, badaczy i producentów.
Ale ja się z tak radykalną perspektywą nie zgadzam. Nowe formy poszerzają możliwości opowiadania historii, niekoniecznie się zastępują.
Nie jest tak, że zwycięzca Netflix pozjada wszystko inne i że kina się pozamykają. To są praktyki osobne, nie muszą się wypierać, mogą współwystępować i często tak się dzieje, co świadczy o żywotności kina, niekoniecznie schyłkowości.
Chociaż oczywiście dostrzegam sygnały kryzysu, zwłaszcza w Hollywood, natomiast w wielu miejscach poza USA kino trzyma się świetnie i jako praktyka społeczna, i jako produkcyjna.
W 2017 roku tuż przed festiwalem w Cannes wybuchł skandal – w konkursie głównym pojawił się film Netflixa, który miał być dystrybuowany wyłącznie na platformie, nie w kinach. Rok później regulamin precyzował już, żeby takich produkcji do konkursu nie kwalifikować, bez względu na ich wartość artystyczną. Cannes ma być świętem kina, a kino ma być świątynią. Na co nam dziś taka świątynia?
Kino nadal nią jest i ciągle jej potrzebujemy. Chociaż powiedziałabym raczej, że to nie święto, a „świąteczność”. To tam wchodzimy w inną przestrzeń i czas, które specjalnie na to przeznaczamy. Wyłączamy telefony i zanurzamy się w historii inaczej niż kiedy film przychodzi do naszych domów.
Nie mówię nawet o rozmiarach ekranu i walorach produkcyjnych, ale o tym, w jaki sposób siedzimy wobec ekranu, który nas przerasta, w jaki sposób opowiadana historia może nas całkowicie pochłonąć. Że nie ma żadnych dystrakcji oraz że sytuacja, w której wchodzimy do światów filmowych razem z innymi, jest nie do przecenienia. Wspólne przeżywanie emocji, wspólne reagowanie są tym rodzajem doświadczenia, które badacze kina porównywali do snu.
Czy mamy jakąś inną możliwość, aby śnić sen wspólnie z innymi? Nie dają tego ani doświadczenie teatralne, ani koncertowe, które też są wspólnotowe. Kino jest pod tym względem wyjątkowe.
Czyli dziś się chodzi do kina, żeby nie być samemu?
Dla mnie i mojego otoczenia bardzo mocnym przeżyciem w pandemii było zamknięcie kin; to, że nie można było tam pójść, odczuwałam jako ogromną stratę. Tamten czas przyczynił się do rozwoju potęgi platform i kultury online’owej, ale i do zmęczenia – wszystko działo się w naszych domach. Okazało się, że wyjście do kina zaspokaja też inne potrzeby, nie idzie się tylko po to, żeby zobaczyć film.
To znaczy, że w kinie jest… bezpiecznie. Latami toczono dyskusje o zagrożeniach obrazami przemocy i krwi sączących się z ekranów wprost do umysłów młodzieży.
Jeszcze parę lat temu kino było zagrożeniem – jako nośnik treści, z którymi inaczej nie sposób się było zetknąć. Dziś treści, które mogą być uznane za groźne, są wszędzie. Wszyscy mamy je w telefonach we własnych kieszeniach, nasze dzieci też. Zagrożenie zostało przekierowane – jak zawsze zgodnie z bardzo starą logiką – na nową technologię. Gdy w XIX wieku spopularyzowały się powieści romantyczne, podejrzewano, że są niebezpieczne, bo kobiety się naczytają i zaczną zdradzać mężów.
W tej chwili panika wokół TikToka i tym podobnych zwolniła kino z tego ciężaru – kino staje się szacowną instytucją, nawet jeśli nadal pojawiają się w nim drastyczne treści.
Sądzę też, że pewnych rzeczy się już nie pokazuje albo pokazuje inaczej niż dwadzieścia-trzydzieści lat temu. Jeżeli chodzi o przemoc, kino przepracowało pewne sprawy i do nich nie wraca, albo wraca, szukając na to innych sposobów.
Dlaczego?
To problem czysto korporacyjny. Powodem są pieniądze – film ma mieć możliwie jak najszerszy zasięg, byle uniknąć ryzyka, że wyjdzie mu rating tylko dla dorosłych. Taka produkcja mogłaby nie znaleźć widowni; trudno ją promować. W efekcie trochę brakuje dobrego kina dla dorosłych. Nie wszystko przecież powinno być przystępne dla młodego widza. Dorośli potrzebują własnej rozrywki, mierzenia się z trudnymi tematami i obrazami, jeżeli tego chcą. Na pewno chcą być traktowani poważnie. Tymczasem następuje „czyszczenie” tego medium.
Prawie dwadzieścia lat temu w ramach projektu „Filmoteka Szkolna” pięknie wydane na CD pakiety filmów polskich – dla dorosłych właśnie – wraz z opracowaniami rozsyłano po szkołach, szkolono też nauczycieli. To był duży projekt, finansowany ze środków publicznych. Czy dziś też powinniśmy uczyć kina?
Kino jest elementem naszego dziedzictwa kulturowego. To po pierwsze. Jest wspaniałym źródłem informacji, niekoniecznie dokumentalnych, chociaż to też. Ale przede wszystkim wiedzy o przemianach wrażliwości, estetyk i problemów podejmowanych w przeszłości. To jest strata, jeśli się to odrzuca czy spycha w czystą popkulturę. Z drugiej strony obcowanie z kinem, mniej konwencjonalnym, otwiera młode głowy na inne sposoby myślenia.
Poza tym sprawa montażu – to jak nauka alfabetu, trzeba umieć go czytać. Rozumieć, w jaki sposób wytwarza znaczenia. Potrafimy intuicyjnie podążać za zmontowaną historią, nie trzeba do tego filmoznawczych podręczników, ale dopiero wystawieni ileś razy na pewne struktury, uczymy się, jak je rozpoznawać. Skojarzeniowy, obrazowy sposób komunikowania treści może też się przydać na potrzeby własnego imaginarium, sposobu kojarzenia rzeczy czy sposobów myślenia.
Ale przede wszystkim – jesteśmy otoczeni ekranami z każdej strony. Nasza wizualność social mediowa coraz bardziej ciąży w kierunku form filmowych, a nie tylko obrazkowych czy tekstowych, jak kiedyś Twitter. Młodzi są zalewani najróżniejszymi filmami, choćby na TikToku, i uznają je za neutralny element krajobrazu.
Trzeba ich nauczyć kontaktu z obrazami w sposób uważny i krytyczny po to, żeby potrafili zwracać uwagę na zabiegi retoryczne, na informacje pomijane albo uzupełniane.
AI dokłada swoje trzy grosze?
Nie chodzi mi tylko o to, żeby rozpoznawać, co jest zrobione przez AI – do tego dzieci mają znacznie więcej kompetencji niż my. Tego raczej powinniśmy uczyć naszych rodziców. Najmłodsi potrzebują czegoś innego: narzędzi do szerszego krytycyzmu. Czyje interesy przekazują obrazy? W jaki sposób coś jest przedstawiane, gdzie być może występuje manipulacja w tym, jak ustawiony jest kadr? Jak jest pokierowana czy przesunięta uwaga?
Nauczenie tego za pomocą starszych modeli kina jest na wyciągnięcie ręki. Da się tę wiedzę przełożyć na nowe media i krótkie formy – na ich przykładzie możemy jasno określić, co zostało zrobione celowo. Dlaczego reżyser czy montażystka robi coś i z jakiego powodu. Dobrze byłoby móc się dowiadywać, jak czytają to młodzi. Może oni te kompetencje, których nam brakuje, mają? Właśnie dlatego, że funkcjonują w świecie wizualnym inaczej.
Wrócę jeszcze do pandemii – może i za kinem tęskniliśmy, ale jednak nie do końca, bo wyniki ciągle nie wróciły do stanu sprzed 2019 roku. Dlaczego wolimy nasze kanapy? Czy kino staje się elitarne?
Mam poczucie, że zmiana nie polega tylko na tym, że ludzie przestali chodzić do kina. A może jest tak, że młodzi nie mieli się kiedy tego nauczyć? Tak samo jest z muzyką – badania pokazują, że bezpośrednio po pandemii dzieciaki nie umiały się zachować na koncertach, bo nigdy na nich nie były. Albo że po prostu nie chodzą, bo podniosły się ceny, zwłaszcza w Stanach to duży problem. Kwestia finansowa dotyczy też kina: wyjście z rodziną na film, najlepiej w weekend, kiedy jest więcej czasu, do tego cola i popcorn – to ogromny wydatek. Ale wydaje mi się, że pandemiczne zerwanie ciągłości tych praktyk też ma duże znaczenie, przede wszystkim właśnie w perspektywie międzypokoleniowej. Ludzie, którzy przed pandemią odwiedzali kina regularnie, nadal to robią – to raczej nowi, młodsi widzowie się nie pojawili.
Poza tym jesteśmy wygodni.
Jako gatunek mamy zakodowany mechanizm, żeby trzymać się stref komfortu. A co jest bezpieczniejsze niż własna kanapa, z której możemy sobie zamówić jedzenie, ogarnąć pracę i obejrzeć film.
Czytałam niedawno tekst felietonistki „The Cut”, Kathryn Jezer-Morton, która w kontekście tej wygody używa pojęcia „szorstkości”. Twierdzi, że prawdziwe życie nie może być zbyt gładkie i że trzeba pozwalać sobie na niewygodę, odróżniać, czy coś jest przemocą lub zagrożeniem, czy po prostu zwykłym tarciem codzienności. Że może warto zamienić te trzy słowa z kasjerką, mimo że może to być niezręczne. Rozkwit onlajnu sprawił, że te kanciaste elementy zostały spiłowane. Coraz trudniej się z nimi konfrontować. Autorka postuluje, żebyśmy to robili celowo – stawiali na czynności, które są trochę niezręczne, wymagające. Wychodzenie z domu na pewno jest czymś, co warto pielęgnować.
To ważne szczególnie w odniesieniu do dzieci, dla których już samo zadanie wyboru filmu, na jaki pójdziemy, jest fajnym wyzwaniem. Platformy podrzucają treści, algorytmy układają kanony. A z kinem tak nie jest, musisz gdzieś przeczytać, usłyszeć, obejrzeć zwiastun.
To jest istotna różnica pokoleniowa. Młodzież – przynajmniej w pewnych środowiskach, zwłaszcza miejskich – często wychowywała się już bez telewizorów. Nie ma doświadczenia, które dla mojego pokolenia było formacyjne: siedziało się w domu po szkole, odrabiało lekcje i coś tam leciało, albo wieczorem, gdy rodzice wyszli, trafiało się przypadkiem na jakiś film, który mógł otworzyć nowe horyzonty albo w ogóle przewartościować życie. Pamiętam też śledzenie programu telewizyjnego, żeby upolować coś dobrego.
Tworzyła się inna relację z kinem i własną sprawczością: nie było się biernym odbiorcą algorytmu, można było szukać czegoś interesującego albo trafić zupełnie przypadkiem na coś, co karmiło wyobraźnię. Warto i dziś to robić – niech dzieci znajdą coś, zaproponują. Pielęgnowanie tego rodzaju ciekawości buduje potem inną, wartościową więź z kinem.
Które może być ogromną sensualną przyjemnością… Czy da się jej doświadczyć, oglądając serial?
Dla mnie to coraz mniej interesujące, za to coraz bardziej sztampowe i przewidywalne. Chyba mało kto się zastanawia, dlaczego robi serial, czemu ma to służyć, dlaczego ta opowieść jest w odcinkach, dlaczego tych odcinków jest właśnie tyle i dlaczego są takiej długości.
Pierwotnie ta formuła była ograniczona ramówką telewizyjną i reklamami. Dziś funkcjonuje w internecie, gdzie nie ma żadnych ograniczeń, a mimo to trzyma się bardzo sztywnych ram, a te nie zawsze dobrze służą opowiedzeniu historii, która jest do opowiedzenia. Nikt już się nie zastanawia, czym miałby być serial jako forma.
Nie jest tak, że to się w ogóle nie zdarzało. Wybitną produkcją sprzed paru lat jest Atlanta Donalda Glovera, który bawi się formą, bardzo świadomie używa na przykład formuły odcinka „butelkowego”, części, którą można traktować jako pojedynczą całostkę, i która wpuszcza trochę powietrza do bardzo ustrukturyzowanej formuły. Fenomenalny jest też Reservation Dogs, na polski przetłumaczony niezręcznie jako Rdzenni i wściekli.
Oba zrobili ludzie, którzy mieli coś do powiedzenia o swojej społeczności, o doświadczeniu, które nie jest reprezentowane i wykorzystali do tego formułę serialową oraz epizodyczną formę. Odcinki składają się w większą historię, mają główne wątki narracyjne, ale dzięki migawkowości wieloaspektowo pokazują życie pewnej społeczności. To było możliwe tylko w pewnym momencie, zanim zrobił się ten wielki streamingowy boom serialowy.
To, co dziś zjada większą część tortu, to powielane mechanicznie, bardzo podobne formuły. Pomiędzy kolejnymi sezonami są tak długie przerwy, że właściwie nikt nie pamięta, co było wcześniej.
Może paradoksalnie to jest nadzieja dla kina? Teraz pieniądze odpływają do serialu, ale później twórcy znowu odnajdą się w kinie, może jeszcze w jakiś inny sposób.
Czy mogę ci pogratulować, że uwolniłaś się od binge’owania?
Chciałabym, ale nie będę udawać… Przychodzi taki dzień, że po prostu trzeba obejrzeć te piętnaście odcinków, i oby tylko tyle. Pierwszy raz – i było to wówczas rewolucyjne – Netflix wypuścił naraz całe House of Cards.
Ale nie jest mi z tym dobrze. Brakuje oddechu i brakuje czasu, żeby porządnie poznać bohaterów i ich świat, pozastanawiać się, co się wydarzyło po drodze. Wciągamy i zamykamy. Po tygodniu nikt nie pamięta, o czym to było, a nawet czy w ogóle obejrzał.
Derek Thompson w „Hollywood Reporter” ładnie to nazwał: to tak, jakbyśmy patrzyli prosto w słońce. Nie powinno się tego robić, to uszkadza wzrok.
Seriale teraz nie są robione po to, żeby je oglądać za jednym zamachem – mają lecieć, żeby dało się w tym czasie zajrzeć do telefonu. Są pisane tak, żeby powielać informacje. „Teraz stoimy przy stole i oglądamy mapę”, mówią bohaterowie w nowym sezonie Stranger Things.
Przez cały zeszły rok, w ramach detoksu, oglądałam Colombo. To było odświeżające i pouczające – przypomniałam sobie, jak się robiło seriale do oglądania. Cała rodzina siadała co tydzień przed telewizorem, ważny rytuał, chyba już nieistniejący. Nagle się okazało, że odcinek może mieć pięćdziesiąt minut, a czasem półtorej godziny. I że w ogóle nie jest ważne, żeby akcja była dynamiczna, bo od początku wiemy, kto zabił i że Colombo się tego dowie.
Taki bardzo comfort food, bezpieczna sytuacja. Po obejrzeniu jednego odcinka nie miałam potrzeby odpalać kolejnego – wyjątkowa przyjemność. Byłam usatysfakcjonowana. Tyle się działo w obrazie – mogłabym napisać cały artykuł o scenografii – że byłoby mi żal, gdybym zaglądała do telefonu.
Czułam się, jakbym zjadła bogaty, różnorodny posiłek, pełen świeżych warzyw. Bieżąca produkcja serialowa na taką potrzebę nie odpowiada. Nie ma nic złego w fast-foodzie, można czasem zjeść kebab, ale to są dwa bardzo różne doświadczenia.
Czego kino nam dziś nie opowiada?
Kino ma problem z satyrą, co jest w jakimś sensie zrozumiałe, ponieważ trudno się połapać, co jest czym: ironia i fakty co chwilę się doganiają. Wiele filmów próbuje komentować bieżące sprawy, ale nie ma nic do powiedzenia, tylko pokazuje palcem: o zobaczcie, ludzie w internecie zachowują się tak, o Ameryka jest spolaryzowana. Brakuje odwagi, żeby zająć mocne, autorskie stanowisko. Może satyra nie jest potrzebna, ale na pewno w niczym nie pomoże ironiczny dystans, który ma chronić przede wszystkim twórcę, żeby ktoś mu czegoś złośliwie nie wytknął na Twitterze.
Za chwilę Oscary, które raczej nikogo na serio nie interesują, ale trochę na przekór pokibicuję Leonardo DiCaprio, który jest świetny jako tata w filmie Jedna bitwa po drugiej.
Po pandemii w ogóle powstało mnóstwo filmów o rodzinach. Rok 2021 był rokiem matek. Najlepszym przykładem jest Mała Mama, a w kinie dla dzieci choćby To nie wypanda. W 2023 roku nastąpił zwrot, który żartobliwie nazwałam „rokiem ojców”. Oglądaliśmy serial The Last of Us czy wspaniały film After Sun. Ta tendencja trwa nadal. Pod koniec zeszłego roku pojawiły się dwa ciekawe filmy o ojcach i wybaczeniu. Jednym z nich był Frankenstein, a drugim Springsteen, bardzo poruszający – o relacjach między mężczyznami i o tym, że relacje z ojcem, jakkolwiek trudne by były, da się uleczyć.
Film z DiCaprio czytam jako opowieść o pogubionym ojcu, który ma słuszne intencje i dobre odruchy, ale w ogóle nie odnajduje się w nowej rzeczywistości – za to z całego serca wierzy w swoją córkę. Ale jest to dla mnie też bardzo wyraźnie film nakręcony przez ojca. Paul Thomas Anderson jest tatą czwórki nastolatków, w tym trzech córek, i mam wrażenie, że ten film jest zrobiony o nich i dla nich. Jest wyrazem przekonania, że warto walczyć o lepszy świat dla naszych dzieci i wiary w to, że niezależnie od wszystkiego one sobie w tym świecie poradzą, bo są silne, mądre i wrażliwe.