Od reportera do tropiciela. Jak uciekłem do lasu, żeby odzyskać spokój

Od reportera do tropiciela. Jak uciekłem do lasu, żeby odzyskać spokój - Fathers.pl
Artykuł Przygoda Przyroda

Słuchaj w formie podcastu

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Lodowiec zostawił nam tutaj mnóstwo prezentów. Jezior, strumyków, moren, jarów. Tutejsze lasy? Głusza i dzicz. Wędrowałem ścieżkami przez 15 kilometrów i nie spotykałem ani jednego człowieka. Wszędzie jednak natrafiałem na mnóstwo tropów i śladów zwierząt. Zwierząt, o których wciąż tak wiele wiedziałem. Poza jednym – jak je tropić.

Akurat zabrakło mi pojemnika na mocz. Wpadłem więc do komórki na podwórku. Tam moi teściowie trzymają puste słoiki. Ten niewielki, po dżemie z truskawek z ich ogrodu, wydawał się idealny. Zalałem go wrzątkiem i zostawiłem do ostygnięcia. Tymczasem ruszyłem do marketu naprzeciwko domu.
Przy kasie nikogo. Postawiłem na taśmie jedyny zakup i czekałem. Nagle rozsunęły się drzwi wejściowe naprzeciw mnie. Wparował mój wujek. Dopiero na jego widok oprzytomniałem. W sekundę spociłem się. Zrobiłem krok w bok, żeby zasłonić zakup. Wujek zagadał na odległość i ruszył dalej. Ulga. Po kolejnej minucie spomiędzy regałów wychynął kolega z czasów liceum. Gdyby zbliżył się, nie wytłumaczyłbym się z tego, co postawiłem na taśmie. Obróciłem się i szybko pchnąłem zakup palcem. Już tak nie rzucał się w oczy. Kiedy myślałem, że gorzej być nie może, nadeszła jednak ona.
– Wszystko? – kasjerka rzuciła okiem na mnie i na butelkę z taśmy.
– Tak – zmieszałem się.
– Mocny zakup.
Wiedziałem, co chciała przekazać. Że musi mnie bardzo ssać, skoro o 10 rano w poniedziałek kupuję setkę spirytusu. Co jednak miałem odpowiedzieć? Że bardzo panią przepraszam, ale tropię dzikie zwierzęta? Że wczoraj znalazłem w śniegu skarb – wilczą kupę z sierścią i fragmentem racicy sarny? Że chciałem zakonserwować go, w czym miał mi pomóc alkohol? Że potem pokazywałbym znalezisko na prelekcjach dzieciom i dorosłym?
To byłaby najgłupsza wymówka, jaką słyszała.

Frajerstwo

Tropić zacząłem z niepokoju. Odkładał się we mnie z powodu pracy. Jako reporter wyspecjalizowałem się w pisaniu o złu dotykającym dzieci i młodzież. Minęło jednak kilka lat i nie byłem już w stanie go pomieścić. Zrozumiałem to podczas oglądania programu remontowego w telewizji. Gdy jego bohaterowie odbierali mieszkanie, rozpłakałem się jak oni.
Zacząłem więc szukać spokoju. Natrafiłem na niego w szufladzie pod telewizorem. Porządkowałem tam stare dokumenty. Dokopałem się do moich opisowych świadectw z pierwszych klas podstawówki. W jednym z nich przeczytałem: „Łukasz ma bardzo dużą wiedzę o zwierzętach”.

Przypomniałem sobie tego chłopca. Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że gardził resorakami. Prosił o figurki zwierząt.

Jeśli bajki, to tylko „Zwierzęta z Zielonego Lasu”. Gdy znalazł w encyklopedii rysunek nieznanego gatunku, podkładał kalkę pod spód strony i ołówek szedł w ruch. Rysunków nagromadził tyle, że musiał trzymać je pod dywanem. Marzył o pracy w zoo. Nawet u słoni, które, jak podkreślał, robiły wielkie kupy. Bo zoo było dla niego – dzieciaka z malutkiego miasta – Disneylandem. Do ogrodu zoologicznego rodzice zabierali go raz na kilka lat. Ekscytował się tak bardzo, że nie przeszkadzało mu nawet, gdy w drodze na wybieg strusi wpadł plackiem do kałuży. Lekcje przyrody? Błyszczał znajomością dziwacznych gatunków jak morświn. Ale do czasu. W gimnazjum wyparł się zwierząt. Z zainteresowań innych chłopaków wywnioskował, że zwierzaczki w porównaniu do alkoholu czy dziewczyn są frajerstwem.
Prawdziwym frajerstwem było jednak nie tyle wymazanie z pamięci zwierząt, ile samego siebie. Dlatego podczas ślęczenia nad świadectwem postanowiłem wrócić do korzeni. Zacząłem coraz częściej wyjeżdżać z Poznania, gdzie mieszkałem. Jechałem do rodzinnego Połczyna-Zdroju. Miasto nie kusiło tak bardzo jak otaczające je Pojezierze Drawskie. Lodowiec zostawił mi w nim mnóstwo prezentów. Jezior, strumyków, moren, jarów. Tutejsze lasy? Głusza i dzicz. Wędrowałem ścieżkami przez 15 kilometrów i nie spotykałem ani jednego człowieka. Wszędzie jednak natrafiałem na mnóstwo tropów i śladów zwierząt. Zwierząt, o których wciąż tak wiele wiedziałem. Poza jednym – jak je tropić.

Ocean w lesie

Pierwszą lekcję tropienia odebrałem podczas pisania książki o rodzinnych stronach. Chciałem, żeby bohaterem jednego rozdziału były wilki. Ciekawiły mnie, bo ludzie traktowali je albo jak bestie, albo jak maskotki.
Szukałem ich z ówczesną rzeczniczką prasową nadleśnictwa w Połczynie-Zdroju. Zabrała mnie w miejsce, gdzie dzień wcześniej jej kolega spotkał drapieżniki. Jechał akurat terenówką przez las. Wzdłuż duktu, w trawie po kolana, turlały się szczenięta. Nie przerwały zabawy. Dziwne, pomyślałem, to nie boją się człowieka?
Wybraliśmy się tam następnego dnia o szóstej nad ranem. Dołączyła do nas fotografka książki Ana McGurran. Ledwo wyszliśmy z terenówki i prawie wdepnęliśmy w świeżą wilczą kupę. Kilka kroków dalej – zatrzęsienie odcisków łap. Każde takie odbicie w podłożu, tłumaczyła leśniczka, to trop. Tutejsze tropy nawarstwiały się szczególnie w jednym piaszczystym miejscu. Piach był porozrzucany. Przyłożyłem do niego pięść. Większość łap była jej wielkości. Pozostałe – miały przynajmniej 6 cm długości. I tu niby bawiły się młode?!
Nie będę ściemniał. Chciałem natknąć się na wilczą rodzinę. Dlatego gdy po godzinie krążenia po okolicy wsiedliśmy z powrotem do samochodu, nalegałem:
– Nie ruszajmy się. Posiedźmy chwilę w aucie.
Stanęliśmy naprzeciwko wzniesienia drogi prowadzącej do wilczej piaskownicy. Nie chciałem stracić żadnego szczegółu. Oczy zaczęły mi wysychać, bo wytrzeszczałem je i jak najrzadziej mrugałem. Po kilku minutach z nosem przy ziemi wynurzył się zza górki wilk. Skoczyło mi tętno, którego uderzenie poczułem w skroniach.
Patrolujący wilk prędko zauważył element niepasujący do otoczenia. Dał susa w bok. Ukrył się w zaroślach. Przez dwie minuty wynurzał z nich tylko czarny jak węgiel nos. Potem obrócił się. Uskoczył w las i tyle go widzieliśmy.
Gdy odwiozłem Anę i leśniczkę, odbiłem w drodze powrotnej do domu na leśny parking. Z emocji nie byłem w stanie prowadzić. Całe życie chciałem zobaczyć wilki. Nawet podczas studiów poleciałem szukać ich w Yellowstone. Dwa dni łażenia i nic. Tymczasem drapieżniki mieszkały niecałe dwadzieścia kilometrów od mojego rodzinnego domu. Wzruszyłem się. Przez 10 minut nie mogłem powstrzymać łez. Płakałem, bo jeszcze nigdy nie czułem tak intensywnej bliskości z naturą. Doświadczyłem czegoś, co psychiatra prof. Bogdan de Barbaro nazwał przeżyciem oceanicznym. Momentu, w którym „ja” jednało się ze światem. Zlewało z nim i stawało jednorodne właśnie jak po zanurzeniu w oceanie.
Płakałem też z innego powodu. Chłopiec z podstawówki, którego straciłem kilkadziesiąt lat temu, wrócił.

Bitwa na nosy

Wyjazd z leśniczką ukształtował mój stosunek do tropienia. Bo żeby tropić, trzeba wiedzieć.
Gdybym miał wiedzę podczas pierwszego spotkania z wilkiem, umiałbym określić wiek jego i szczeniąt. Młode rodziły się w maju, jak większość leśnych zwierząt. Skoro wytropiliśmy je w sierpniu, miały 4 miesiące. Takie wilki to już nie podlotki. Prędzej młodzież. I, jak to młodzież, wykazywała więcej ciekawości niż strachu. Stąd ich brak reakcji na samochód leśnika. Nie zareagowały również z innego powodu. Nie rozumiały, że maszyną kierował człowiek. A to jego obawiają się bardziej.
Gdybym wiedział jeszcze więcej, zrozumiałbym historię, jaka kryła się za tropami wilczej rodziny. Miejsce, do którego trafiliśmy i którego nie potrafiłem jeszcze docenić, było ewenementem. Dorosłe musiały wylegiwać się w trawie po obu stronach duktu. Wilczki zaś – rozrzucać piach niczym kilkulatki bawiące się w piaskownicy. Czyli tutaj rodzina odpoczywała. Inaczej znalazłbym po niej wyłącznie tropy biegnące w jednym kierunku. Bo wilki to maratończycy. Dziennie pokonują około 30 km podczas obchodu swojego areału. Głównie drogami wydeptanymi przez ludzi, bo szkoda energii na przedzieranie się przez chaszcze. Z tego samego powodu chodzą też często jak po sznurku. Stawiają tylne łapy w miejscu przednich. Dlatego ciąg ich tropów nie przypomina linii tropów zostawianych przez psy, które biegają za zapachami od drzewa do drzewa.
Gdybym poznał je jeszcze lepiej, zrozumiałbym, jakim byłem wtedy szczęściarzem.

Terytorium dzikich zwierząt osiąga niekiedy olbrzymie rozmiary. Wilków – których rodziny liczą w Polsce zazwyczaj do 8 osobników – dorównuje nawet powierzchni Warszawy. Spróbujcie umówić się na takim terenie ze znajomym bez podania lokalizacji.

Prawie niemożliwe, żebyście trafili na siebie, co? Równie niemożliwe jest bycie niewytropionym przez wilki. W bitwie na słuch przegrywam z nimi 16-krotnie. W potyczce na nosy – aż 100-krotnie.
Dlatego i one, i ja potrzebowaliśmy roku, żeby nawzajem obwąchać się. Po tym czasie wilki przestały bać się mojego zapachu (cały czas zostawiałem im w piachu odciski swojej dłoni). Ja z kolei umiałem je lepiej wytropić. O, jak się puszyłem wtedy z dumy! Napawałem się tym, że orientowałem się już w ich rytuałach. Rozróżniałem dzieciaki od młodzieży, a młodzież od dorosłych. Zobaczyłem różnice w ich charakterach. Nawet zależności między nimi. Miałem wrażenie, jakbym posiadł tajemniczą wiedzę. Wilk to nie żadna tam pospolita sarna. Nie dzik czy jeleń, które w dzieciństwie widywałem na polach.
I tak popełniłem kolejny grzech nowicjusza. Zauroczyłem się jednym gatunkiem. Czyli zacząłem uczyć się alfabetu, którego naukę zakończyłem na literze A.

Ubikacja pod kamerką

Pokory nabrałem dopiero, gdy w lesie zawiesiłem pierwszą fotopułapkę. Po dwóch miesiącach przejrzałem nagrania. Wilki nagrywały się co dwa dni. Częściej jednak inne zwierzęta. Wręcz cały las. Oczywiście widywałem w tym miejscu różne tropy. Nigdy bym jednak nie przypuszczał, że jelenie tak lubiły biegać piaszczystym duktem. Że sarny skubały drzewa po jego obu stronach. Że para jenotów, które zimą przypominały pompon czapki, dreptała za sobą ze zwieszonymi głowami. Że zające kicały nerwowo, jakby wszędzie porozstawiano wnyki. Że lisy – poza jednym, który kulał na przednią prawą łapę – kładły się na ich widok na piachu. Potem wystrzeliwały w pogoń. Że dziki przemykały tamtędy raz jak strzała, a raz jak zające – co krok, to zastygnięcie. Że tchórz urządził sobie ubikację pod kamerką. Pewnie moczem chciał przykryć mój zapach. Że najwidoczniej borsukowi nie przeszkadzało tyle aromatów. Bo ciągle wykopywał tam swój przysmak – dżdżownice. A jak przy tym mlaskał!

Od tego momentu tropienie zaczęło przypominać mi czytanie książek. W lesie trzeba było szukać rozwiązań między wierszami. Ale też nie tracić koncentracji.

Chwila nieuwagi i gubiłem szczegóły. Przez to nie rozumiałem dalszego ciągu wydarzeń. Jak podczas podążania za starymi tropami zająca. Chciałem po nich dojść do krzewów. Przekonać się, jak wyglądają ślady zgryzień zajęczaków zostawianych na gałęziach pod kątem 45 stopni. Przeszkodziły mi jednak dwa lisy. Czmychnęły za moimi plecami. Nigdy bym ich nie usłyszał, gdyby nie wydały z siebie skrzeku przypominającego śmiech. Instynktownie obróciłem się. Zdążyłem jedynie zobaczyć dwa puszyste ogony znikające w młodniku. Tropy zająca? Zadeptałem podczas obrotu. Nie odnalazłem ich ciągu. Prawdopodobnie cwaniak uskoczył w tym miejscu na trawiaste pobocze. Ale przez to, że narobiłem bałaganu, nie mogłem nawet tego potwierdzić.
Zając to w oczach ludzi leśny przeciętniak. Popularny, bo spotykany. W związku z tym też mało tajemniczy. Niby wszyscy coś o nim wiedzą. Ale na pewno? Zajęcze tropy, którymi wtedy podążałem, były jak bank informacji. Musiały mieć kilka dni. Bo znalazłem w nich naniesione drobinki świeżego piasku. No i fragmenty listków czy patyczków. Krawędzie odcisku traciły już ostrość. Pewnie zaokrąglił je wiatr, który dmuchał porządnie dwa dni wcześniej. Znajdujące się blisko siebie tropy podpowiadały, że zając kicał. Kicanie to z kolei informacja, że był nieco odprężony. Inaczej robiłby susy nawet na kilka metrów. Tropy informowały jeszcze, gdzie stawiał przednią, a gdzie tylną łapę. Tylna była nie tylko dłuższa o kilka centymetrów. Nie miała też zarysowanych wszystkich pięciu palców jak przednia. Wniosek? Nigdy nie lekceważ zwierzęcia. Nawet zająca czy łasicy. Czasem trudniej wytropić je niż wilka.

Szyszki powiedzą prawdę

Porzekadło tropicieli głosi: każdy trop jest śladem, ale nie każdy ślad to trop. Śladem nazywamy wszystko, co zostawiają po sobie zwierzęta. Poza odciskami łap są nimi choćby kupy. Bywają charakterystyczne dla różnych gatunków, ale nie nabierzcie się. Latem jelenie czy łosie mają dostęp do soczystej zieleni. Im więcej wody, tym ich bobki bardziej zlepiają się. Dlatego wtedy bardziej przypominają coś w rodzaju zbitej papki.
Nie można bagatelizować sików. U zwierząt to coś więcej niż czynność fizjologiczna. To często informacja: „Teren zajęty. Won!”. Z sików można wyczytać nawet taką tajemnicę jak gotowość do sezonu rozrodczego. U wilków takim sygnałem jest domieszka krwi w moczu wilczycy.

Warto szukać szyszek. Jeśli wyglądają jak obgryziona kolba kukurydzy, sprawczynią jest wiewiórka. Gdy ich łuski wyginają się we wszystkie strony świata – dzięcioł. Mysz to przy nich dama. Szyszki objada równomiernie i zostawia im zaokrąglony dół.

Co sugerują smugi błota na słupie ogłoszeniowym, jakim są drzewa? Zależy od wysokości tych rysunków. Od ziemi do kolan – był tu dzik. Wyżej? Jeleń. Ale na pewno jeden i drugi wytaplały się w błocie. Na koniec zaś wytarły się o konar. To sposób oznaczenia terytorium i pozbycia się pasożytów. Miałem zaszczyt zobaczyć ten proces. W wydaniu dzika przypominał komedię. Bo dzik, wyglądający jak kula armatnia wprawiona w ruch, szoruje ciałem z wielkim zapałem. Gdy usłyszałem ten chrobot, aż wystraszyłem się, czy nie robi sobie krzywdy.
Drzewa podpowiadają jeszcze, kto opędzlował korę. Sarny zrywają ją nieco ponad metr nad ziemią. Jelenie niemal dwa razy wyżej. Dodatkowo wiosną oba gatunki wycierają o drzewa poroże. To sposób na pozbycie się scypułu. Czyli jego zdzieralnej, meszkowatej warstwy. Jelenie sympatyzują z drzewami również jesienią. Odbywają wówczas gody zwane rykowiskiem. Z ich powodu samce uderzają porożem o pień. Dzięki gruczołom znajdującym się na głowie zostawiają ostrzeżenie innym samcom. Znam wiele jeleni z mojego wilczego lasu. Choć wiem, gdzie śpią czy stołują się, podczas rykowiska trzymam się od nich z daleka. Oczywiście kusi mnie, żeby podejrzeć wtedy ich życie. Albo odnaleźć tajemnice innych zwierząt jak nory, jamy czy gniazda. Ale po co? Jeśli tropić, to etycznie.
Dlatego nie hałasuję, nie dokarmiam, nie płoszę. Kieruję się ciekawością, nie wścibskością. Może i „nawiązałem” szczególną relację z wilczą rodziną. Pewnie łatwo znalazłbym jej nory, z których korzysta podczas rui i wychowywania. Gdyby jednak wilczyca wyczuła mój zapach w pobliżu, przeniosłaby w pysku swoje dzieci do innego legowiska. Wiele szczeniąt nie przeżywa tej podróży. Nie chcę przykładać do tego ręki.
Nie podążam za świeżymi tropami. Idę „pod trop”. W ten sposób oszczędzam zwierzęciu stresu. Z tego samego powodu nie używam perfum. Jedynie antyperspirantu. Tropię w tych samych ciuchach. Piorę je w płynach o jak najmniej intensywnym zapachu. Nawet gdy kupuję fotopułapkę, zostawiam ją na kilka dni na zewnątrz. Tak pozbywam się smrodu plastiku.
Nie wszyscy rozumieją mój kodeks. Niedawno w jednej z telewizji opowiadałem, dlaczego coraz częściej widzimy wilki w okolicach zabudowań. Przed wejściem na antenę zwierzyłem się prowadzącemu:
– Spotkałem je tylko cztery razy w życiu.
– To co z ciebie za tropiciel?
Ano taki, który wie, gdzie i o jakiej porze pojawiają się zwierzęta. Dlatego nawet jutro mógłbym stanąć na drodze wilków. Przecież jeden z nich – bez ogona, który stracił prawdopodobnie w walce albo kolizji z samochodem – dzień w dzień patroluje pewne leśne skrzyżowanie. Gdybym zaczął odwiedzać je równie często, mógłbym zburzyć jego rutynę. Może nawet bym go przepłoszył. Nie chciałbym, żeby moja przyjemność była dla niego krzywdą. Wolę zaglądać do zwierząt przez dziurkę od klucza. A nie jak barbarzyńca wyważać drzwi do ich domu. Pałętać się po ich kuchni, salonie czy sypialni. Jestem przecież gościem. A gość powinien szanować gospodarzy.

 

Czytaj więcej