O trosce, pracy kobiet i mężczyznach, którzy nie wymyślili pokoju na świecie

O trosce, pracy kobiet i mężczyznach, którzy nie wymyślili pokoju na świecie - Fathers.pl
Fot. Anna Liminowicz
Książki Kultura

Jak moi koledzy wykorzystywali ten czas, który ja przeznaczałam na czynności domowe, doprawdy nie wiem. Gdybym miała ten czas, co oni, wynalazłabym, do k#$%y nędzy, maszynę do wnoszenia lodówki na czwarte piętro – fragment książki Szyjąc Olgi Gitkiewicz.

Pracę opiekuńczą, pracę troski podejmuje się często bezwiednie i z dnia na dzień. Nie odpowiada się na ogłoszenie z wyszczególnionym zestawem obowiązków, nie przechodzi się rozmów kwalifikacyjnych, nie odwiedza lekarza medycyny pracy, żeby orzekł, czy ktoś się do tego zajęcia nadaje. Żadnych benefitów, żadnych dodatków, żadnej pensji, składek, żadnego work-life balance, bo w domopracy jest się ciągle, myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Nawet przez sen, bez szans na awans, w zasadzie bez możliwości rzucenia papierami, gdy ma się już dość.

Jedynym kontraktem, który się tutaj urzeczywistnia, jest kontrakt płci, przy czym – podobnie jak w przypadku klasycznej umowy o pracę – strony tego kontraktu nie są równorzędnymi podmiotami.

Praca troski to jednocześnie żadne dupogodziny, żadne znajdywanie sobie zajęcia na siłę.

Troska jest jak komora maszyny losującej, w kasecie znajduje się sześćset pięćdziesiąt osiem kul, nie proszę o zwolnienie blokady.

Ale losowanie i tak się zaczyna, codziennie, co chwila.

czwartek
piątek sobota niedziela
poniedziałek wtorek środa
czwartek piątek sobota niedziela
poniedziałek
wtorek

Od dziewcząt i kobiet oczekuje się okazywania i świadczenia troski, jak gdyby miały to we krwi, jak gdyby z tymi umiejętnościami przychodziły na świat.

A przecież to nie jest wrodzone, opada na nas stopniowo.

Dziecko specjalnej troski

Z dzieciństwa pamiętam długie chwile nudy. Leżenia na wersalce i wpatrywania się w plamy światła na ścianie. Na kurz zbierający się między ścianą a podłogą. Czasami tę nudę artykułowałam, słyszałam wtedy abstrakcyjną odpowiedź, że inteligentni ludzie się nie nudzą. A później czas na nudę zaczął się kurczyć, najpierw obowiązki, potem zabawa, słyszałam często, przy czym od pewnego wieku zabawa była wiecznym potem.

Mam kilka mglistych wspomnień ze szkoły podstawowej, nie z szerzej ujętego czasu podstawówki, tylko z wydarzeń zamkniętych w jej murach. Jedno jest dość wyraźne. Głównym rekwizytem w scenie jest szczotka do zamiatania podłogi, rzecz dzieje się w klasie prawdopodobnie czwartej, mam więc około jedenastu lat.

Moja wychowawczyni, kobieta bez uśmiechu, zarządziła jakieś zajęcia, zostało po nich trochę nieporządku. Ustawiliśmy na powrót ławki na miejscach, wyrzuciliśmy resztki papierów, coś tam jeszcze ogarnialiśmy. Niespodziewanie pani K. wręczyła mi szczotkę na kiju i kazała pozamiatać. Zaczęłam przesuwać szczotką po parkiecie, tak jak umiałam. Pani K. obserwowała mnie z powątpiewaniem, a potem zabrała mi sprzęt.

– Czy ty nawet nie umiesz porządnie zamieść podłogi? Czy ty jesteś dzieckiem specjalnej troski? – zapytała swoim cierpkim tonem (uważała go za wychowawczy).

Jako dziecko analizowałam wszystkie słowa bardzo dokładnie, tamte też. Pamiętam, że starałam się logicznie połączyć specjalną troskę z nieumiejętnym zamiataniem, a jednocześnie zastanawiałam się, co to właściwie znaczy, że się nie umie użyć szczotki, jak to ocenić, czy za wolno ruszałam ręką? Źle zginałam łokieć? Czy trajektoria, po której poruszałam miotłą, była niedoskonała?

Troska nad kiblem

Niedługo potem okazało się, że rzeczywiście potrzebuję specjalnej troski. Zachorowałam na ciężką astmę i rzadko chodziłam do szkoły, bo większość dni spędzałam w szpitalu i sanatoriach. Pani K. była tym bardzo przejęta, zwłaszcza gdy okazało się, że bezwzględnie muszę unikać kurzu i roztoczy, a ona przecież kazała mi zamiatać zakurzoną podłogę. Kiedy się czasem zjawiałam w szkole, unikała mojego spojrzenia.

Spędzałam miesiące w sanatorium wtedy, kiedy jeszcze dzieci w takich placówkach były zostawiane zupełnie same. Rodziny przyjeżdżały raz na jakiś czas w krótkie odwiedziny, nie do wszystkich. Mój dziadek regularnie wsiadał do pociągu i jechał całą noc do Wałbrzycha, a potem łapał autobus do Szczawna, żeby być u mnie w niedzielę rano. Cieszyłam się, gadałam z nim chwilę, ale wolałam bawić się z dzieciakami, grać w ping-ponga. Znikałam w swoim świecie, a on siedział na ławce na dziedzińcu sanatorium. Podbiegałam do niego, mówiłam jakieś jedno zdanie, potem wracałam bawić się w budynku, ale raz na jakiś czas wyglądałam przez okno na piętrze, widziałam go, siedział z torbą między stopami. „Jest, jest”, myślałam i biegłam dalej.

Gdy mi się trochę polepszyło, mogłam odebrać stosowny trening troski w szerszym zakresie, tak jak wiele dziewcząt z mojego pokolenia: nad zlewem, nad kiblem, przy desce do prasowania. Próbowałam się z tego wyślizgać. Wybierałam na przykład porządkowanie książek. Wyjmowałam je z regału i ustawiałam w nieregularne kupki. Zaczynałam nawet wycierać półki i umieszczałam na nich kilka wyższych książek, ale zawsze, zawsze prędzej czy później wpadała mi w ręce jakaś na tyle interesująca, że ją otwierałam. Rodzice znajdywali mnie tak potem: siedziałam na podłodze i czytałam, ścierka smętnie topiła się w misce. Zmienili mi więc zakres obowiązków na odkurzanie, na prasowanie, na pucowanie łazienki, kuchennych blatów, było z czego wybierać. I tutaj umiałam wypracować mikroopór, emigrację wewnętrzną, niemyślenie, zmienianie kolejności czynności, uciekanie od ustalonych przez przedwieczną boginię sobotnich wielkich porządków i przenoszenie tych zadań na inne dni.

Albo ziemniaki

U Brach-Czainy obierane „grubo tępym nożem albo cienko specjalną strugaczką do kartofli. Najlepiej, jeśli ma ruchome ostrze, które dostosowuje się do nierównej powierzchni, i skórki schodzą cienko. Spadającą z ziemniaka obierkę można chyba uznać za koncentrat codzienności. Jak jeden dzień. Jest to zdarzenie drobne, należy do porządku egzystencjalnego i nie objawia sensu. Może go nie ma. A może skrywa”. Żaden mój ziemniak nie skrywał niczego prócz przebarwień, deformacji i szarych plam. Nie obierałam strugaczką, do dziś jej nie używam, obierałam cienko małym nożem, spod ręki wychodziły mi śliczne obłe ziemniaki, mogłabym wziąć udział w mistrzostwach świata na cienkie obieranie, to by może mi pomogło odnaleźć ten brachczainowski sens życia w pozornie nudnych czynnościach. Ale ja go nawet nie chciałam szukać.
W zamykaniu tapczanu, w opadaniu obierek do kubła nie ma żadnej filozofii, żadnych tajemnic istnienia prócz tej: kobiety są zbyt zmęczone, by filozofować. Zbyt zmęczone, a często zbyt wystraszone, zbyt nienawykłe. Nie każda z nas ma komfort przekuwania codzienności w pytania o istnienie, śmierć, miłość i cierpienie. Moja babka miała na ten temat własną opinię.

„Dla obiety tylko praca”, mawiała i jako nastolatka interpretowałam to po swojemu: że trzeba sobie szukać zajęć, ciągle coś robić, że kobietą stajesz się dopiero, kiedy masz dużo do roboty.

Ale to trzeba odwrócić. Można to nawet zaśpiewać.

W kawałku Woman’s Work Tracy Chapman śpiewa, że praca kobiety nigdy się nie kończy: wstaje wcześnie rano, pracuje do późnego wieczoru i nie musi sobie wcale szukać zajęć, to one ją znajdują, i znowu, i znowu, i znowu, troszczenie się o innych ją rujnuje: jej zdrowie, jej kręgosłup, jej ręce. Mnie rujnowała świadomość, że blaty znowu będą brudne. Że okna zawsze będą miały smugi. Że każą mi prasować coś, co i tak się pogniecie.

Robię, cofam, przerabiam.

Jak moi koledzy wykorzystywali ten czas, który ja przeznaczałam na czynności domowe, doprawdy nie wiem. Gdybym miała ten czas, co oni, wynalazłabym, do kurwy nędzy, maszynę do wnoszenia lodówki na czwarte piętro. Wynalazłabym pokój na świecie.

Nie miałam wielkich oczekiwań dotyczących dorosłości. Ani szczególnych planów wynalazczych. Miałam jedno poważne postanowienie.

Nigdy, przenigdy nie sprzątać w sobotę.

O trosce, pracy kobiet i mężczyznach, którzy nie wymyślili pokoju na świecie

Książka „Szyjąc” Olgi Gitkiewicz ukazała się nakładem Wydawnictwa Dowody

 

Czytaj więcej