Nie stać nas na to, by nie oszczędzać. Lekcja finansów osobistych z Maciejem Samcikiem

Nie stać nas na to, by nie oszczędzać. Lekcja finansów osobistych z Maciejem Samcikiem - Fathers.pl
Ilustracja: Midjourney
Rozmowy #bezpieczeństwo #finanse #oszczędności #oszczędzanie #pieniądze #ubezpieczenia

„Zawsze trzeba coś odkładać. Raz to będą grosze, innym razem duże pieniądze. Ale jeśli takiego nawyku nie wykształcimy, to pieniądze zawsze się rozejdą” – mówi Maciej Samcik, autor bloga „Subiektywnie o finansach”. Pytamy o to, kiedy zacząć inwestować oraz jak uczyć oszczędzania nasze dzieci.

Maciej Orłowski: Co byś poradził świeżo upieczonemu tacie, który zastanawia się, jak najlepiej zabezpieczyć finansowo przyszłość swojej rodziny? Jak zmienić myślenie o naszym budżecie w chwili, gdy rodzi się dziecko, żeby pieniądze, które są ograniczone, wydać jak najrozsądniej?

Maciej Samcik: Sam jestem ojcem dwójki dzieci, co prawda już „wyrośniętych”, ale pamiętam, co ich pojawienie się na świecie oznaczało dla moich domowych finansów. Wydaje mi się, że w takim momencie życia zmieniają się dwie rzeczy.

Po pierwsze, spada skłonność do ryzyka. Zaczynamy być odpowiedzialni, także finansowo, za kogoś innego. Dopóki sami jesteśmy sobie sterem, żeglarzem i okrętem, to jeśli powinie się nam noga i zbankrutujemy, to jeszcze nic takiego. Natomiast gdy się ma dzieci, to ciągniemy na dno nie tylko siebie, ale i najbliższych.

Druga rzecz jest taka, że kiedy pojawia się dziecko, to bardzo mocno rosną wydatki i znacznie trudniej oszczędzać. Budżet nagle się rozrasta, w wielu przypadkach nawet dwukrotnie. Oczywiście oddziałuje tu też na nas przemysł marketingowy, który przekonuje rodziców, żeby wydali na dzieci wszystkie swoje pieniądze, więc trzeba się nauczyć, jak się na to uodpornić.

Jak w takim razie sprawić, żeby nie władować wszystkich oszczędności w wózek ze złoconymi ramami, nie wspominając o bardziej niezbędnych wydatkach, takich jak pieluchy, rehabilitacja, żłobek? Pewnie byłeś już pytany o to milion razy, ale jakie jest ABC inwestowania na zupełnie podstawowym poziomie?

Gdy rozmawiam z różnymi „dzieciatymi” uczestnikami moich eventów i szkoleń, to bardzo często mówią, że dopiero po pojawieniu się dziecka zaczęli liczyć pieniądze. Narodziny malucha i kredyt hipoteczny to dwa kluczowe momenty w życiu, które do tego skłaniają. I teraz tak: można zacząć liczyć, jak już się wpadnie w długi, ponieważ wiele osób nie spodziewa się, że dziecko może być aż tak kosztowne. Albo można zdać sobie sprawę, że to nie są tanie rzeczy, już na etapie przygotowania do rodzicielstwa.

Jeśli miałbym dać jedną radę świeżo upieczonym rodzicom, zwłaszcza młodym, to żeby w miarę możliwości nie rezygnowali całkiem z oszczędzania.

Bo to jest ten moment, w którym często dochodzimy do wniosku, że teraz to już na pewno nie mamy z czego oszczędzać, bo po prostu domowy budżet jest napięty jak gumka od majtek.

Nie może nie być pieniędzy na oszczędzanie. Zawsze trzeba coś odkładać, nawet jeśli nie będzie z tego milionów. Na gromadzenie środków trzeba patrzeć w perspektywie całego życia. A ono się składa z różnych etapów: najpierw ma się mało, bo się mało zarabia; potem ma się więcej, ale są wydatki, hipoteka, dzieci; potem jest jeszcze więcej, bo się więcej zarabia i te obciążenia spadają; a potem znowu jest mniej pieniędzy, bo po pięćdziesiątce ludzie generalnie mniej zarabiają i trudniej o pracę. Więc przez te około czterdzieści lat będą różne okresy. Ale chodzi o to, żeby wyrobić w sobie nawyk i zawsze pięć-dziesięć procent tego, co się zarabia, oszczędzać. Raz to będą grosze, a innym razem duże pieniądze. Ale jeśli takiego nawyku nie wykształcimy, to pieniądze zawsze się rozejdą.

Jak to rozwiązać w praktyce? Najprościej: sprawdzić, czy nasz bank oferuje sposób na automatyczne oszczędzanie, czyli na przykład odkładanie resztówek z transakcji: płacimy trzydzieści siedem złotych za zakupy w sklepie, bank zaokrągla transakcję do czterdziestu i trzy złote trafia na konto oszczędnościowe. Teraz sytuacja jest o tyle dobra, że oszczędzanie pieniędzy w banku w zasadzie chroni wartość pieniędzy.

Nie stać nas na to, by nie oszczędzać. Lekcja finansów osobistych z Maciejem Samcikiem
Maciej Samcik – dziennikarz ekonomiczny i edukator finansowy, od lat zajmujący się tematami oszczędzania, inwestowania i bezpieczeństwa finansowego rodzin. Twórca i redaktor naczelny serwisu „Subiektywnie o finansach”, jednego z najpopularniejszych blogów ekonomicznych w Polsce. Autor książek o finansach osobistych, publicysta, wykładowca i komentator gospodarczy. Ojciec dwójki dzieci. Fot. Anna Maria Zagórska

Bo inflacja jest tak niska?

Tak, dzięki czemu nie trzeba szaleć na rynku kapitałowym, żeby pieniądze nie traciły na wartości. Więc nie ma wymówki, że inflacja wszystko zje, bo nie zje. Najlepiej zdefiniować przelew tak, aby automatycznie przekazywał pieniądze od razu po otrzymaniu wypłaty, na przykład pięć procent na konto oszczędnościowe. Bo jeśli przelew jest zdefiniowany, to po kilku miesiącach zaczynamy go traktować jako jeszcze jeden rachunek, jak za gaz czy prąd, i uwzględniamy w nowym budżecie. I wtedy to już nie boli.

Czyli konto oszczędnościowe i lepsza kontrola domowego budżetu. Tabelki?

Są różne narzędzia. Niektórzy lubią mieć wszystko w Excelu. Na przykład ja – mam zawsze wielkiego Excela do różnych rzeczy. Ostatnio głównie do inwestycji, a wcześniej do wydawania pieniędzy. Ale oczywiście narzędzia są różne: specjalne aplikacje do budżetowania; są takie, które pozwalają skanować paragony i na tej podstawie robią analizy wydatków (pięć aplikacji do zarządzania domowym budżetem analizuje u nas Ewa Pluta). Niektórzy po prostu zapisują wydatki na kartkach.
Takim testem, czy robimy to skutecznie, jest sytuacja, w której obudzą nas o piątej rano, a my będziemy w stanie od razu powiedzieć, ile w skali miesiąca wydajemy na jedzenie, rachunki, przyjemności itp.

Musimy sobie określić pięć podstawowych kategorii wydatków. Jeśli jesteśmy w stanie to zrobić, to znaczy, że budżet mamy pod kontrolą.

Jak rozumiem, to wszystko ma doprowadzić do magicznego momentu, kiedy na naszym koncie oszczędnościowym będzie jakaś okrągła sumka, która zapewni nam… No właśnie, co?

Bezpieczeństwo finansowe. W ogóle, a jak ma się dziecko to szczególnie, jest ono potrzebne. Gdy coś się w życiu zepsuje – w zdrowiu, pracy, związku – to są pieniądze, żeby się przez jakiś czas doprowadzić do porządku, a nie korzystać z pożyczek. Bo bankowcy niestety mają taki „szósty zmysł”, że wiedzą, kiedy jesteśmy w dołku. I wtedy wszystkie pożyczki, które musimy wziąć, magicznie drożeją. To po pierwsze.

A po drugie, gdy już osiągniemy pewien poziom stabilności finansowej, to pieniądz przestaje rządzić nami, my zaczynamy rządzić nim. Bo w sytuacji, w której nie mam pieniędzy albo mam ich bardzo mało, pracuję niekoniecznie tam, gdzie bym chciał, tylko tam, gdzie lepiej płacą. A jeśli mam pieniądze, mam i większe pole manewru, i jestem w stanie znaleźć sobie pracę, która jest dla mnie optymalna.

Ostatni etap to już sytuacja, kiedy pracujemy dla przyjemności. Czyli mam pieniądze, one na mnie pracują, żyję z odsetek albo zysków z kapitału, a pracuję dlatego, że lubię, a nie dlatego, że muszę.

W przypadku rodziców dochodzi do tego wszystkiego jeszcze czwarty poziom, czyli myśl o tym, żeby zapewnić dziecku dobrą przyszłość. Ja mam w domu dwudziestodwulatka, który przebąkuje, że chciałby założyć firmę. Mam też kilkunastoletnią córkę, która pewnie za chwilę będzie się zastanawiała, gdzie pójść do liceum czy na studia. I może to będą studia w Polsce, a może za granicą, ale tak czy siak, trzeba będzie wynająć mieszkanie. Do tego też są potrzebne pieniądze i warto o tym pomyśleć, kiedy dziecko jest małe, bo później może się okazać, że tych potrzeb nie jesteśmy w stanie zaspokoić.

Jak miękka powinna być ta poduszka, żebyśmy mogli uznać: okej, już wystarczy, czuję się bezpiecznie? Równowartość sześciomiesięcznej pensji?

Eksperci od oszczędzania mówią, że powinno to być między trzy a sześć, a najlepiej dwanaście pensji. Chodzi o to, żeby przez te kilka miesięcy móc sobie pozwolić na niepracowanie i nie obawiać bankructwa.

Z tym że oczywiście na tej sześciomiesięcznej pensji nie można poprzestać, gromadzenie pieniędzy powinno być aktywnością na całe życie. Bo poduszka finansowa to jedno, ale drugie to fundusz na emeryturę, pomoc dla dzieci, fundusz na długoterminowe inwestowanie… Ale od tej poduszki finansowej trzeba zacząć.

Załóżmy, że mamy już tę poduszkę na sześć miesięcy, górka rośnie dalej i w pewnym momencie jest już na tyle pokaźna, że zaczynamy się zastanawiać, w co zainwestować? Czytamy jednego, drugiego bloga finansowego i… jesteśmy zagubieni. Fundusze inwestycyjne, IKE, IKZE, lokaty, obligacje, kryptowaluty, złoto, nieruchomości… Muszę o to zapytać: w co inwestować, kiedy już możemy sobie pozwolić na luksus inwestycji?

Generalnie z pieniędzmi można zrobić trzy rzeczy. Można je komuś pożyczyć, czyli iść do banku i bank wtedy bierze te pieniądze, obraca nimi i zapłaci nam procent. Można je ulokować, czyli być współwłaścicielem czegoś, na przykład pięciuset, tysiąca, dwu tysięcy największych spółek na świecie. Albo można kupić coś, co powinno zyskiwać na wartości ze względu na to, że jest rzadkie, deficytowe, ma wartość kolekcjonerską.

Ja się opieram na filozofii czterech ćwiartek. Jeśli ktoś już ma poduszkę finansową, to namawiam, żeby spróbował wszystkie kolejne oszczędności podzielić na cztery części i lokować je na cztery różne sposoby, bo każdy z nich zabezpiecza nas przed innym ryzykiem.

Pierwsza ćwiartka to oczywiście konta oszczędnościowe i lokaty bankowe. To jest ćwiartka, która służy mi do wykorzystywania różnych okazji. Czyli jak widzę, że coś jest tanie, a będzie droższe, to sobie z tej części biorę i lokuję pieniądze stamtąd w różne rzeczy.

Druga ćwiartka to są różnego rodzaju obligacje, i ją także można sobie zabezpieczyć bardzo prosto, wystarczy pójść do jednego z dwóch największych banków w Polsce i powiedzieć, że się chce ulokować pieniądze w obligacjach skarbowych, na przykład cztero- czy dziesięcioletnich. I oni otwierają rachunek, na który przelewamy pieniądze tak, jak na zwykłe konto bankowe. Obligacje są oprocentowane według inflacji plus marża, w przypadku dziesięcioletnich wynosi ona bodajże dwa punkty procentowe. Czyli jeśli inflacja wynosi dwa i pół procenta, to oni płacą cztery i pół, a gdy inflacja wynosi dziesięć punktów, to dwanaście. Więc obligacje prawie zawsze chronią wartość pieniądza i mają tą przyjemną cechę, że są oprocentowane wyżej niż lokaty bankowe. Część obligacyjna to jest coś, co daje mi stały procent, w zeszłym roku było to około pięciu-sześciu procent w skali roku.

 

Nie stać nas na to, by nie oszczędzać. Lekcja finansów osobistych z Maciejem Samcikiem
Nie stać nas na to, by nie oszczędzać. Lekcja finansów osobistych z Maciejem Samcikiem

I te dwie ćwiartki mają bezpiecznie rosnąć.

Trzecia ćwiartka to udziały w największych spółkach na świecie. Żeby to zrobić, trzeba iść albo do swojego banku i poprosić o fundusz inwestycyjny, który inwestuje na całym świecie, albo iść do biura maklerskiego, gdzie się zakłada rachunek w taki sam sposób jak w banku. Inwestowanie w spółki ma sens o tyle, że pozwala mnożyć pieniądze znacznie szybciej niż w tych pozostałych ćwiartkach. Mianowicie przez ostatnich dwieście lat to było mniej więcej pięć procent powyżej inflacji. W ten sposób przez trzydzieści-czterdzieści lat realna wartość zainwestowanych pieniędzy może się podnieść nawet trzykrotnie, biorąc pod uwagę efekt kuli śniegowej, czyli że zyski są obliczane od coraz większych kwot.

Oczywiście w międzyczasie będą się pojawiać kryzysy. Ja jestem na rynku od dwudziestu pięciu lat i przeżyłem trzy krachy, chociaż po każdym jestem raczej bogatszy niż biedniejszy. Po prostu jest tak, że cena akcji sobie rośnie, rośnie, rośnie, potem raz na dziesięć lat następuje krach, traci się połowę albo jedną trzecią, a potem znowu rośnie, rośnie, rośnie… I to jest najszybciej rosnąca część mojego portfela.

A czwarta ćwiartka?

To są różnego rodzaju inwestycje alternatywne. Jedni tam włożą w kryptowaluty, drudzy w złoto, ktoś, kto ma dużo pieniędzy, kupi sobie jakąś nieruchomość. Generalnie wszystko, co jest rzadkie, unikatowe, w pewnym sensie alternatywne, czyli nie zachowuje się tak samo jak akcje, obligacje czy cokolwiek, co jest notowane na rynku.

Ta czwarta część ma działać w sytuacji, w której trzecia część załamie się w jakimś roku i odnotujemy te minus trzydzieści procent straty. Często na tej części alternatywnej zyskujemy plus trzydzieści procent. To taki hedging, czyli zabezpieczenie, żeby nasz portfel mniej się wahał w sytuacji kryzysowej.

Te cztery ćwiartki można sobie dość prosto złożyć. Trzy z nich można załatwić w banku.

Czyli nie trzeba wcale czytać książek o inwestowaniu i śledzić blogów finansowych?

Oczywiście, im więcej się wie, tym lepiej się inwestuje. Jeśli przeczytamy siedem książek o inwestowaniu, to jesteśmy w stanie osiągać trochę wyższe stopy zwrotu, bo będziemy w stanie wybrać wśród dziesięciu funduszy inwestycyjnych akurat ten, który jest dla nas najlepszy.

Nie ufać podszeptom doradcy w banku, który twierdzi, że ma dla nas najlepszą ofertę?

Bankowcowi zależy przeważnie na tym, żeby nam sprzedać to, na czym jego bank najwięcej zarobi. Natomiast ten portfel złożony z czterech ćwiartek da się zrobić samodzielnie w oparciu o podstawową wiedzę, którą można przeczytać na przykład na moim blogu. Potem można sobie tę wiedzę rozbudowywać, czytać książki, ale samo rozpoczęcie inwestowania jest dość proste.

Trzeba poświęcić pół dnia, ale potem przez pół życia ma się już spokój.

Jest jeszcze rzecz, tylko nie wiem, czy ty chcesz mówić o ubezpieczeniach…

Śmiało.

Bo jest jeszcze jedna sprawa, którą akurat ojciec czy rodzic powinien rozważyć. Jeśli chcemy, by dziecko w wieku osiemnastu lat dostało od nas jakieś pieniądze, to mamy na to dwa sposoby. Albo część tego naszego oszczędzania jest przeznaczona na przyszłość dziecka, czyli wydzielamy sobie osobne konto bankowe. Albo kupujemy polisę posagową.

Polisa posagowa polega na tym, że umawiamy się z ubezpieczycielem, że dziecko ma dostać pięćdziesiąt albo sto tysięcy na przykład w wieku osiemnastu lat. I układ jest taki, że jeśli nic złego się nie stanie, to my przez osiemnaście lat w składkach i tak wpłacimy te sto tysięcy do firmy ubezpieczeniowej. Ona w tym czasie zarabia na tym odsetki, czyli nie będzie to interes życia. Natomiast w sytuacji, w której zdążymy wpłacić tylko dziesięć tysięcy i zaraz potem wpadniemy pod pociąg, to wtedy dziecko też dostanie sto tysięcy złotych.

To jest taki rodzaj dodatkowego hedgingu życiowego, produkt skalibrowany pod to, żeby zapewnić dziecku konkretną kwotę pieniędzy niezależnie od tego, co się stanie. Różni się to od klasycznego ubezpieczenia na życie, które polega na tym, że płacisz składki, które „przepadają”, jeśli nic się ci nie stanie. W polisie posagowej te pieniądze wracają do dziecka.

Są jeszcze IKE, IKZE i PPK, instrumenty stosunkowo nowe i mało powszechne.

No tak, niecały milion osób ma oszczędności w IKE i IKZE. To są trzy instrumenty, które pozwalają w sposób preferencyjny oszczędzać długoterminowo.

IKE (Indywidualne Konto Emerytalne) i IKZE (Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego) to konta emerytalne, opakowania na pieniądze. Robimy to, co zawsze, czyli na przykład wkładamy pieniądze w obligacje skarbowe, trzymamy je w banku albo kupujemy fundusze inwestycyjne. Z tym że deklarujemy w naszej instytucji finansowej, że chcemy, żeby to było opakowane w IKE albo IKZE. Czyli de facto deklarujemy, że tych pieniędzy nie wyjmiemy przed emeryturą. W zamian za tę deklaracje dostajemy bonus: w przypadku IKE jest on taki, że gdy będziemy pieniądze wypłacać już w wieku emerytalnym, to nie zapłacimy podatku od zysków kapitałowych, a więc jednej piątej zysków. A w przypadku IKZE, że to, co w danym roku wpłacimy do IKZE, możemy sobie potem odpisać od podatku dochodowego.

I jest jeszcze trzeci mechanizm, PPK (Pracownicze Plany Kapitałowe). Jeśli zapiszesz się do PPK, to automatycznie dwa procent z pensji idzie do funduszu inwestycyjnego, a półtora procent dorzuca pracodawca (są też drobne opłaty od państwa). Te pieniądze możesz wypłacić wcześniej, ale wtedy oddajesz dopłaty państwa i część tego, co dołożył pracodawca, a od zysków płacisz podatek.

Pomówmy jeszcze o wydatkach: kredyt hipoteczny, czyli jedno z głównych zobowiązań dla młodych rodziców. Jedna z popularnych rad dla osób zaczynających inwestować brzmi: „Najpierw spłać swoje długi”. Może więc lepiej najpierw nadpłacić kredyt, a potem zastanawiać się, w co inwestować?

Po pierwsze, warto też traktować mieszkanie jak aktywo. Bo nawet jeśli kupujemy mieszkanie na kredyt, który kosztuje dwa czy trzy razy tyle, co mieszkanie w chwili zakupu, to na koniec dostajemy lokum, które jest naszą własnością. Mówię to, bo są ludzie, którzy unikają kredytu hipotecznego, sądząc, że każdy kredyt jest zły. Mnie się zdaje, że kredyt hipoteczny jest akurat dobry, bo podnosi jakość życia i jednocześnie daje na koniec aktywo emerytalne, jakim jest mieszkanie.

I teraz pytanie, czy ten kredyt spłacać wcześniej, czy nie. Co do zasady, oczywiście warto spłacić wcześniej niż później. Natomiast nie za wszelką cenę. Jeśli miałbym nie mieć poduszki finansowej tylko po to, żeby spłacić kredyt pięć lat wcześniej, to jest to gra z życiem w ruletkę. Bo jeśli spłacę wcześniej, to oczywiście wcześniej zyskam większe możliwości akumulowania kapitału. Natomiast dopóki tego nie zrobię i nie mam oszczędności, to gdy się coś w moim życiu popsuje, jestem w tarapatach. Kredyt o sto tysięcy złotych mniejszy w niczym mi nie pomoże.

Ostatnie pytanie, bardziej z działki psychologicznej niż finansowej. Mojego pokolenia, a podejrzewam, że i twojego, nikt nie edukował w zakresie finansów. Ja wprawdzie miałem w szkole przedmiot o nazwie „Przedsiębiorczość”, ale to była bardziej parodia przedsiębiorczości niż lekcja tego, jak skutecznie zarządzać domowym budżetem. I teraz pytanie do ciebie, edukatora finansowego, ale także ojca: jak wpoić w dziecko pozytywne nawyki dotyczące pieniędzy? Jak wprowadzić je w ten drapieżny i bezwzględny świat dorosłych tak, żeby nie narobiło sobie kłopotów już na starcie?

To jest oczywiście temat na referat, więc ja powiem zajawkowo o dwóch rzeczach. Po pierwsze, każde dziecko uczy się przez obserwację dorosłych. Najlepsze, co możemy zrobić dla naszych dzieci, to samemu rozsądnie się zachowywać, jeśli chodzi o finanse i otwarcie o tym rozmawiać. Jeśli my jako rodzice nie zadłużamy się ponad miarę, nie kupujemy sobie rzeczy, na które nas nie stać, nie wydajemy pieniędzy na rzeczy niepotrzebne, to dziecko to widzi. I oczywiście na pewnym etapie pewnie będzie o tym rozmowa: dlaczego nie możemy sobie kupić lepszego samochodu albo dlaczego nie jesteśmy właśnie na wakacjach na Malediwach. To są właśnie momenty, w których warto porozmawiać o tym, jaka jest wartość pieniądza.

A druga rzecz to kwestia kieszonkowego.

Moim zdaniem w wieku ośmiu, dziewięciu, dziesięciu lat dziecko musi już poznać wartość pieniądza, a najlepszym do tego narzędziem jest kieszonkowe.

To powinna być cotygodniowa kwota pomiędzy dziesięć a pięćdziesiąt złotych, w zależności od możliwości i wieku dziecka. Dziecko wydaje te pieniądze według własnego uważania i ponosi tego konsekwencje. Można wprowadzić taki mechanizm, że kwotę, której dziecko nie wyda, dublujemy. I tak na przykład, jeśli z kieszonkowego w kwocie dwudziestu złotych na tydzień wyda tylko dziesięć, to w następnym tygodniu dostanie już trzydzieści. Dzięki temu dziecko dwa razy się zastanowi, czy naprawdę czegoś potrzebuje, a z drugiej strony nauczy się, że oszczędzanie się po prostu opłaca. To są te drobne nawyki, które wpojone w dzieciństwie, procentują później przez całe życie. Ale zaczyna się właśnie od tych dziesięciu złotych.

 

Czytaj więcej