Nie ma życia bez Jacka White’a

Nie ma życia bez Jacka White’a - Fathers.pl
Kultura Rodzina #literatura #muzyka #rodzicielstwo

Fragment książki Radosława Wiśniewskiego On uczyni świat lepszym. Listy do Tymoteusza.

Dwa dni wcześniej puściłem ci Jacka White’a, żeby nie puszczać bajek przy układaniu z klocków lego różnych pojazdów i tronów Simby. Włączyłem jeden ze znośnych kanałów muzycznych na sateliciei akurat puścili The White Stripes i Seven Nation Army. Podobało ci się i podobała ci się czerwona gitara Jacka White’a i muzycka. Podskakiwałeś, podrygiwałeś, nie mogłeś się skupić na klockach. Powiedziałem ci, że pan, który to gra, nazywa się Jack White i jak chcesz to puszczę ci zaraz na komórce coś jeszcze lepszego. I puściłem. Ten kawałek z wybuchającą gitarą i bykiem. Lazaretto z płyty „Lazaretto”. Trzy minuty kondensatu.
– O, on gla tak jak mój tata na gitaze!
– Nie – odpowiedziałem z uśmiechem. – On gra dużo lepiej od taty, a tata raczej już nigdy się tak grać nie nauczy.

Potem pojechaliśmy na John Lee Hooker Day do Brzegu i widząc licznych ludzi z gitarami na scenie zapytałeś:
– A tu bendzie glał Dzek Łajt?
Mówiłem, że nie, że nie tym razem, ale ogólnie kierunek jest słuszny. Kolejnego dnia z kolei poszliśmy do Hydropolis i nie chciałeś wyjść z kawiarni, w której były super fajowe drewniane klocki. Były takie same, jak u nas w domu, ale wiadomo, dom to nie kawiarnia koło Hydropolis. No i się zaczęło. Mama straciła cierpliwość i ruszyła w stronę wyjścia. No, to już było przegięcie. Zaczął się niekontrolowany, słabo artykułowany głośny protest, z którego czasem przebijało, że mama tutaj, albo że ja cem albo ja nie ce. Ludzie nas mijali, słoneczko świeciło, a twój wrzask mieszany z płaczem niósł się wokół.

No i wiadomo, niech ktoś, coś zrobi z tym chłopczykiem – to wszyscy mieli w oczach.

Użyłem wszystkich znanych mi metod szantażu. Że jak się nie uspokoisz, to wypuszczę wodę z baseniku w ogródku, że nie będzie bajki na dobranoc, albo że schowam klocki lego. Nic to nie dawało, nawet wydawało mi się, że już na przekór, żeby pokazać, gdzie sobie mogę iść z moimi groźbami, wydobyłeś z siebie wszelkie rezerwy wokalne. W końcu z braku innych pomysłów (czas leciał, ludzie nas mijali, słońce świeciło), powiedziałem donośnie, tak żeby się przebić przez twoją ścianę z dźwięku:
– Synek, ja cię i tak wezmę na ręce i zaniosę do samochodu, ale jak ja ciebie wezmę i nie pójdziesz sam, to zapomnij, żebym ci puścił w samochodzie płytę Jacka White’a!
I tu jakby piorun strzelił w ciebie, zamarłeś i po chwili refleksji powiedziałeś swoje słynne:
– No, dobla…

I podszedłeś z wyciągniętą rączką na znak, że idziemy, idziemy, bez White’a nie ma sensu żyć.

Doszliśmy do samochodu, słońce nadal świeciło, ludzie nas mijali, ale że byłeś już spokojny, to bez zainteresowania. Otworzyłem drzwi, żebyś wgramolił się do fotelika i nagle zrobiłeś podkówkę i rozpłakałeś się w głos, ale już bez złości, jakby z rozpaczą.
– Synek, ale co się dzieje – zapytałem, a ludzie znowu zaczęli na nas popatrywać z mieszaniną irytacji i zaciekawienia.
– Bo, bo – odpowiedziałeś szlochając – bo w samochodziku nie będzie Dzeka Łajta…
– Będzie, będzie synku, przecież się umówiliśmy.
– Ten z bykiem i wybuchajoncom gitalom?
– Ten sam synku.
– No dobla – powiedziałeś, otarłeś łzy i zacząłeś pakować się do fotelika.

Nie ma życia bez Jacka White’a

A ja poczułem dumę i szczęście tak wielkie, że gdyby to było możliwe, to chciałbym, żeby więcej ludzi nas widziało i słyszało tę puentę w twoim wykonaniu.
I żeby może nawet dowiedział się o tym sam Jack White.
Myślę, że także byłby dumny.

Radosław Wiśniewski

 

Czytaj więcej