Nie bójmy się bać. Rafał Kosik o tym, po co dzieciom „niebezpieczne” opowieści

Nie bójmy się bać. Rafał Kosik o tym, po co dzieciom „niebezpieczne” opowieści - Fathers.pl
Obraz Tove Jansson
Tekst sponsorowany. Partner: Literacka Podróż Hestii
Literacka Podróż Hestii Literatura dla dzieci i młodzieży #książki #strach #young adult

Słuchaj w formie podcastu

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Buka, katastrofy, blackouty i wampiry z ciemnego lasu – dziecięca wyobraźnia dostaje materiał, który oswaja to, co niepokojące. O tym, dlaczego literatura jest najbezpieczniejszą formą treningu lęku, jak odróżnić opowieść potrzebną od szkodliwej i czemu zamiast cenzurować, lepiej czytać razem i rozmawiać – mówi Rafał Kosik, autor serii Felix, Net i Nika oraz współtwórca uniwersum Cyberpunk 2077, w rozmowie z Aleksandrą Pakiełą.

Jakie są twoje pierwsze czytelnicze wspomnienia z dzieciństwa?

Pierwszą samodzielną lekturą był Rogaś z Doliny Roztoki, szkolna lektura. Pamiętam, że ekstremalnie mnie nudziła i przez chwilę myślałem, że znienawidzę czytanie. Kompletnie mnie nie obchodziło, co się dzieje z jakimś jeleniem w jakiejś dolinie. Na szczęście potem pojawiły się książki, które naprawdę zaczęły mi się podobać. Polska klasyka fantastyki młodzieżowej – zaczytywałem się w Jerzym Broszkiewiczu, uwielbiałem też powieść Kask Macieja Kuczyńskiego. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to jest fantastyka. Po prostu takie rzeczy najbardziej mnie pociągały.

Niezły start. Pisarz fantastyki, który od razu trafił na swój gatunek.

Co ciekawe, kiedy po latach próbowałem czytać Broszkiewicza swojemu synowi, okazało się, że mocno się zestarzał. Za długie wprowadzenia, za długie opisy, za mało akcji. Przez kilkanaście stron bohaterowie idą i opowiadają sobie, jak wygląda świat, w którym będzie się działa akcja. Dzisiaj już się tak raczej nie pisze. Ale wtedy te książki coś ze mną robiły – obiecywały przygodę.

To były rzeczy, które czytałeś już samodzielnie. A pamiętasz, co czytali ci rodzice, gdy sam jeszcze nie umiałeś?

Na pewno ważną pozycją były Muminki

Nie bójmy się bać. Rafał Kosik o tym, po co dzieciom „niebezpieczne” opowieści
Hatifnatowie, rys. Tove Jansson

Przyznaj, bałeś się Buki i Hatifnatów?

Bardzo współczułem Buce, bo ona właściwie nikomu nic złego nie robiła, poza tym że zamrażała wszystko dookoła. Ale Hatifnatowie byli już bardziej niepokojący. Myślę, że to dobrze, że w książkach skierowanych głównie do dzieci pojawiają się takie postaci, pozwalają nam trochę oswoić strach. Buka jest często przywoływana jako stwór, którego boją się najmłodsi, ale zobacz – w literaturze mamy o wiele więcej lepszych przykładów. W pustyni i w puszczy momentami jest naprawdę straszną książką. U Szklarskiego też były opisywane bardzo niebezpieczne sytuacje: podróże, napady, broń, realne zagrożenia.

Czy historie, w których bohaterowie bawią się pistoletami, przeskakują przez rwący strumień czy gubią się w lesie nie gloryfikują niebezpiecznych zachowań, które czytelnicy i czytelniczki mogą naśladować?

To jest trochę podobna sytuacja jak z przemocą w grach komputerowych. Wydaje mi się, że to bardziej wentyl bezpieczeństwa niż zachęcanie do przemocy. Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale naprawdę nieliczne. Literatura, gry, filmy – to wszystko daje możliwość, by przećwiczyć niebezpieczeństwa w bezpiecznych warunkach. Książkę można odłożyć, kiedy zrobi się za strasznie. Nie trzeba w tej opowieści uczestniczyć do końca. I myślę, że to jest potrzebne.

Czyli taka opowieść działa trochę jak laboratorium przetrwania?

To dobra nauka tego, jak organizm ma reagować na sytuacje stresowe, ale w bezpiecznych warunkach. Tak jak rollercoaster czy dom strachu w wesołym miasteczku, o których wiadomo, że nie są realnym zagrożeniem, ale dzięki nim ciało i emocje uczą się reakcji.

Lubimy się bać, bo lubimy trenować. W gruncie rzeczy robimy mnóstwo nieprzyjemnych rzeczy właśnie po to, żeby ćwiczyć: chodzimy na siłownię, jeździmy rowerem zamiast tramwajem, jak ja dziś – podejmujemy wysiłek. Lepiej się czujemy, gdy pokonamy przeszkodę. Pojawia się nagroda w postaci dopaminy.

Przeciwności są potrzebne, bo tak nas ukształtowała ewolucja – potrzebujemy zarówno bodźców pozytywnych, jak i negatywnych. Literatura, która pokazuje niebezpieczne sytuacje, jest pod tym względem jedną z najbezpieczniejszych form takiego treningu.

Popularne u młodszych czytelników są dziś dystopie i postapo. Coraz częściej pojawiają się też tematy katastrofy klimatycznej czy zagrożeń cyfrowych. Czy to próba oswojenia lęku przed rzeczywistością?

Trochę się na te wizje uodporniliśmy, bo jest ich po prostu bardzo dużo. Im gorszy scenariusz przyszłości, tym lepiej się sprzedaje – ludzie chętniej to oglądają czy czytają. Problem polega na tym, że część z nich naprawdę nie jest całkowicie niemożliwa. Z drugiej strony żyjemy w świecie, w którym jesteśmy bombardowani złymi wiadomościami – a na psychikę to wpływa fatalnie. Dla zdrowia psychicznego najlepiej byłoby ograniczyć oglądanie serwisów informacyjnych albo korzystać tylko ze źródeł, które podają wyłącznie suche fakty, bez komentowania i podkręcania emocji. Ludzie reagują mocniej na niebezpieczeństwo niż na dobre wiadomości – to też efekt ewolucji. Więc media, portale i serwisy żerują właśnie na tym: pokazują zagrożenie, nakręcają napięcie, bo na tym się zarabia. W efekcie dorośli są pełni lęku, który automatycznie przechodzi na dzieci.

No właśnie: z jednej strony mamy duchy, wampiry i przygody w książkach, a z drugiej dzieciaki codziennie słyszą o wojnie, kryzysie klimatycznym czy katastrofach. Jak o tym rozmawiać?

Izolowanie dzieci od rzeczywistości nie jest dobrym pomysłem. Wychowywanie pod kloszem kończy się tym, że wcześniej czy później następuje zderzenie z rzeczywistością i człowiek jest kompletnie nieprzygotowany. Trzeba to wprowadzać stopniowo i w sposób kontrolowany. Na przykład – za pomocą literatury.

A kiedy dziecko po lekturze mówi: „To może się wydarzyć”, to co wtedy? Jak odpowiadać, żeby nie kłamać i jednocześnie nie uruchomić katastrofizmu?

Myślę, że trzeba tłumaczyć, czym jest prawdopodobieństwo. Mówić: „Tak, różne rzeczy mogą się zdarzyć, ale nie wszystkie są równie prawdopodobne. I co ważne, do części z nich można się przygotować”.

Sam mam w domu zapas wody, trochę jedzenia, takie podstawowe rzeczy, żeby w razie jakiegoś blackoutu czy awarii móc przez jakiś czas funkcjonować bez wychodzenia z domu. To nie musi oznaczać katastrofizmu. To po prostu rozsądek. Trzymasz trochę więcej tego, czego i tak potrzebujesz.

Nie bójmy się bać. Rafał Kosik o tym, po co dzieciom „niebezpieczne” opowieści
RAFAŁ KOSIK – pisarz, publicysta i scenarzysta (m.in. serialu Cyberpunk: Edgerunners), jest autorem trzydziestu ośmiu książek, których sprzedano ponad dwa miliony egzemplarzy: powieści science-fiction dla dorosłych (Mars, Vertical, Kameleon,, RóżaniecCyberpunk 2077: Bez przypadku), serii Felix, Net i Nika dla młodzieży oraz serii dla dzieci Amelia i Kuba oraz Mi się podoba. Jest zdobywcą najbardziej prestiżowych nagród, a jego teksty tłumaczono między innymi na angielski, chiński, włoski, francuski, niemiecki, hiszpański, ukraiński i rosyjski. Fot. P. Pączkowski

Napisałeś o tym w książce Felix, Net i Nika oraz Koniec świata, jaki znamy. O tym, że warto być preppersem.

W książce pojawia się temat burzy magnetycznej i awarii całej infrastruktury: prądu, internetu, telefonów. Jednym z elementów tej historii jest właśnie to, że dobrze zrobić sobie podstawowe zapasy. Nie po to, żeby żyć w strachu, tylko żeby wiedzieć, że nie jest się całkowicie bezradnym.

Czy jako rodzice powinniśmy wybierać najmłodszym lektury, które oswoją lęk i przygotują na kryzys?

W idealnych warunkach – tak. Czytamy z dzieckiem książkę, w której pojawiają się przeciwności, lęk, trudne sytuacje. I mamy pretekst do rozmowy. To właśnie wtedy można porozmawiać o różnych punktach widzenia: jak coś wygląda z perspektywy dziecka, jak z perspektywy dorosłego, na czym polega przygoda, dlaczego czegoś lepiej nie robić. Jeśli sama lektura tego nie dopowie, to można to sobie wspólnie przepracować.

Serie Amelia i Kuba oraz Mi się podoba są przygotowane z myślą o dzieciach między szóstym a dziewiątym rokiem życia. Jak budujesz napięcie, żeby było trochę strasznie, ale jednak bezpiecznie?

Moja nowa książka Wampir z ciemnego lasu to historia dla sześciolatków o wyprawie do nocnego lasu i do domu wampira. Cała sztuka polega na tym, żeby było trochę strasznie, ale nie za bardzo. I żeby nie zachęcać do robienia głupich rzeczy, do chodzenia po nocy po opuszczonych domach, tylko żeby było jasne, że właśnie po to czytasz tę książkę, żeby tego w swoim życiu nie robić.

Podobnie jest ze Złotą Kartą z serii, o której wspomniałaś. To wariacja na temat legendy o Złotej Kaczce, napisana trochę jako przestroga przed konsumpcjonizmem. Bohaterowie dostają możliwość wydania ogromnej sumy pieniędzy tylko na siebie i okazuje się, że to wcale nie jest takie proste, jak się wydaje. Takie rzeczy też dobrze jest przećwiczyć w książce.

A co z tymi, które nie tyle straszą, ile po prostu podsuwają szkodliwe wzorce – zwłaszcza w obszarze relacji, przemocy, romantyzacji toksycznych zachowań? Mam na myśli bardzo popularne serie z kategorii young adult. Czy rodzice powinni sprawdzać, co czyta dziecko?

Myślę, że jeśli ktoś naprawdę będzie chciał przeczytać jakąś „nieodpowiednią” książkę, to i tak to zrobi.

Dlatego zamiast skupiać się wyłącznie na zakazywaniu, bardziej sensowne wydaje mi się podsuwać takie lektury, które uważamy za wartościowe. Oczywiście to też nie jest proste, bo to, co podobało się nam, niekoniecznie spodoba się kolejnemu pokoleniu.

W przypadku młodszych dzieci jest to jeszcze w miarę łatwe, bo często czyta się z nimi albo można te książki chociaż przejrzeć. Przy starszych dzieciach i nastolatkach sytuacja jest trudniejsza, bo ogromny wpływ ma dziś na nie BookTok, Instagram i internetowe rekomendacje. Czasem to one są większymi autorytetami niż rodzice.

Zakazany owoc korci najbardziej. Pamiętam, że mama bardzo ukrywała przede mną książkę Jedenaście minut Paolo Coelho, co sprawiło, że – gdy tylko wyszła z domu – czytałam ją z wypiekami na twarzy.

Problem z powieściami young adult zaczyna się wtedy, kiedy toksyczna relacja jest przedstawiana jako coś pożądanego, atrakcyjnego, romantycznego. Wtedy rzeczywiście robi się niebezpiecznie. Ale popularność takiej literatury nie bierze się znikąd, najwyraźniej jest to odpowiedź na realne zapotrzebowanie. Tak jak lubimy się bać, tak może też lubimy w bezpiecznych warunkach doświadczać bardziej skrajnych emocji czy nawet przemocy. Jeśli jakiś temat całkowicie ocenzurujemy w książkach, filmach czy grach i będziemy udawać, że nie istnieje, to on i tak wróci, ale już w realnym życiu.

Na pewno ważne jest odróżnianie wzorca zachowania od przestrogi.

Czyli strach jest okej?

Nie bójmy się bać. Kilka razy byłem jurorem na festiwalach filmowych dla młodego widza, gdzie pokazywano głównie kino skandynawskie. Powszechna była w nim zasada, że w filmach nie może być żadnych negatywnych treści ani negatywnych bohaterów. Jeśli wydarzało się coś złego, to najwyżej w rodzaju: pluszowy miś się zgubił, ale zaraz się znalazł. To było ekstremalnie nudne.

Dziecko ogląda taki „waniliowy” film, dorasta i okazuje się, że życie wcale tak nie wygląda. I moim zdaniem to nie jest dobra droga. Oczywiście Królik Bugs, Tom i Jerry czy Struś Pędziwiatr to już przegięcie w drugą stronę. Ale między pluszowym misiem a Loony Tunes jest całe pole opowieści, które pozwalają bezpiecznie oswoić strach. I to takich opowieści potrzebują dzieci i ich rodzice.

 

Czytaj więcej