Mój Niuniek i inni. Mikołaj Grynberg o męskich autorytetach, które go kształtowały. I jednym kobiecym

Mój Niuniek i inni. Mikołaj Grynberg o męskich autorytetach, które go kształtowały. I jednym kobiecym - Fathers.pl
fot. Mikołaj Starzyński
Tryb świąteczny
Esej #tryb świąteczny

Słuchaj w formie podcastu

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

„Swoje myślenie o pisaniu zawdzięczam Niuńkowi, Johnnemu, [Monice], koledze z basenu i wielu innym osobom, których los postawił mi na drodze. Wracam do nich, bo z ówczesnych spotkań dowiaduję się dzisiaj, kim jestem i dlaczego” – pisze Mikołaj Grynberg.

Nie wiem, czy to wszystko, co poniżej jest prawdą, ale na pewno mi się wydarzyło.

Gdy powiedziałem rodzicom, że poprzedniego dnia w przedszkolu tramwaj obciął mojemu koledze Niuńkowi nogę, byli zszokowani. Miło było patrzeć na ich zainteresowanie.
Gdy później, każdego ranka powtarzałem, że wczoraj znowu tramwaj obciął Niuńkowi nogę, ich zaangażowanie w rozmowę spadało na łeb na szyję. Nie pomagało umajanie historii dodatkowymi detalami.

Opowieść przestała działać, tylko jeszcze o tym nie wiedziałem.
Dlaczego raz zadziałała tak mocno, a potem jej moc dramatycznie siadła?

Trochę siadła, trochę nie siadła. Do końca życia moich rodziców opowieść ta powracała. Zdanie „i znowu tramwaj obciął Niuńkowi nogę” stało się recenzją i przypowieścią w jednym. Te sześć słów stało się synonimem wszystkiego, co niedobre w dramaturgii, ale jednocześnie czegoś bardzo śmiesznego.

Ile razy można powtarzać ten sam greps? Można wiele, ale to nigdy już nie przyniesie pierwotnego efektu.

Można jeszcze więcej, a wtedy – kto wie. Gdy się zrobi to czujnie, zaczyna przynosić zupełnie nowy sens. Staje się narzędziem, ale tylko w rękach tych, którzy nie są na bakier z samooceną. Używać go mogą tylko ci, których stać na autoironię – broń mocarną, ale bywa, że obosieczną.

Niuniek nie był autorytetem, ale mimo to został nauczycielem. Chyba istniał naprawdę, ale przecież nie był stonogą. Ile nóg można stracić w przedszkolu? Mam nadzieję, że żyje i stoi pewnie na obu zdrowych nogach.

[Tę część opowieści muszę wziąć w nawias, bo redakcja „Fathers” zamówiła u mnie tekst o męskich autorytetach, a przez chwilę będzie o kobiecym.

Tata chciał, żebym zaczął naukę w wieku sześciu lat. Musiałem zdać egzamin, ale poległem dosyć szybko na rombie. Umiałem narysować jego górną część, z dolną nie szło mi najlepiej, więc przekręciłem kartkę o sto osiemdziesiąt stopni i sprytnie narysowałem jeszcze jedną górę, która po powtórnym obróceniu stawała się dolną, brakującą częścią figury geometrycznej.

Miałem sześć lat i oblałem swój pierwszy egzamin. Do dzisiaj trudno mi się rysuje elementy, które przypominają dolną część rombu. Wszystkie serca – te przebite strzałą, jak i te sauté – wychodzą mi bardzo koślawo, mimo że odczucia mam czyste jak pierwsza miłość.
Nie wiem, kogo bym pokochał, gdybym został przyjęty do szkoły rok wcześniej, ale jako pierwszoklasista-siedmiolatek pokochałem Monikę. Wtedy wyglądała jak Indianka, dzisiaj powiedziałbym, że jak Pocahontas. Była podobna do Kasi ze starszaków, która kochała mnie z wzajemnością. Myślałem, że z miłością jest prosto, że gdy się ją czuje, to ta druga osoba czuje to samo.

Monika nie była Kasią, musiałem wymyślić sposób, by zwrócić jej uwagę.

Kilka tygodni wcześniej gościł u nas znajomy rodziców, grafik mieszkający w Londynie. Zostawił nam w prezencie przepiękne kolorowe naklejki. Kwiaty, motyle i chmurki w psychodelicznych barwach. Bardzo szybko znalazły swoje miejsce na kuchennych szafkach, które dzięki nim nabrały pogodniejszego wyrazu.
Dużo wysiłku włożyłem w zdrapanie ich z gładkiej powierzchni laminowanych drzwiczek. Po zdjęciu nie wyglądały apetycznie, ale mimo to nakleiłem je na kartki z bloku do rysunków.

Po tej operacji szafki wyglądały żałośnie, widać było, że kosztowało mnie to sporo energii i że użyłem wielu narzędzi, by zrobić ten kolorowy transfer.
Rodzice nie byli zadowoleni – co akurat mnie nie zaskoczyło – ale byłem gotowy na pewne niedogodności. Jednak pozwolili mi następnego dnia zanieść prezent do szkoły.
Monika schowała podarunek do tornistra, ale mnie nie pokochała.

Monika nauczyła mnie, że nie wszystkie historie muszą kończyć się happy endem. Że warto przyglądać się tym wątkom, które nie przynoszą spełnienia. To, że nie było szczęśliwego zakończenia, nie oznacza, że to, co się wydarzyło, nie miało wartości.]

Nazywał się Mirek, ale prosił, by nazywać go Johnny. Nosił „dzwony”, ale prosił, by mówić na nie „szwedy”. Poznałem go, gdy byłem w trzeciej klasie, miał wtedy szesnaście lat.
Zabierał mnie na wyprawy. Na nowo powstającym osiedlu, w głębokich rowach przygotowanych pod położenie rur kanalizacyjnych paliliśmy ogniska i piekliśmy w nich kartofle. W czasach, gdy dzieci wciąż bawiły się głównie w wojnę, mało było atrakcyjniejszych propozycji. Kartofle wynosiliśmy z domu, a paliliśmy śmieciami. Po jednej z takich „wojennych” kolacji dostałem takiego zapalenia jamy ustnej, że wylądowałem na kilka dni w szpitalu, mój stan nie pozwalał na leczenie ambulatoryjne. Gdy po udanej kuracji wróciłem na podwórko, Johnny witał mnie jak bohatera wracającego z polowego lazaretu.

Za Johnnym szedłem jak w dym, był starszy i chciał mnie ze sobą zabierać. Był autorytetem we wszystkim. Chciałem nosić „szwedy” i mieć do nich w komplecie kuse kurteczki z tego samego materiału. Johnny miał dwa takie zestawy; dżinsowy i zielony sztruksowy.
Nie umiałbym wtedy tego nazwać, ale dzisiaj myślę, że byłem bezbronny wobec podziwu, którym go obdarzałem.

Dużo czasu spędzaliśmy w piwnicznych korytarzach. Nie zapalaliśmy światła, by nikt nas nie zauważył. Nawet karty do gry z gołymi ludźmi oglądaliśmy przy świetle ognia z zapałek. Podobały mi się te migoczące płomienie i zapach, który się z nich wydobywał. Gołych ludzi już widziałem, więc ci z kart nie wydawali mi się bardziej interesujący. Johnny zapytał, czy następnym razem chciałbym, żebyśmy się obaj rozebrali i zobaczyli, jak wyglądamy. Trochę to było dziwne, ale w końcu Johnny to Johnny. Byliśmy umówieni, ale tym razem obowiązywała zasada tajemnicy. Nikt nie mógł się dowiedzieć o naszym spotkaniu.

Dodatkowo Johnny obiecał, że mi zrobi cynkwajs.

Utrzymałem tajemnicę dotyczącą rozbierania, ale nie udało mi się z tym cynkwajsem. Nie wiedziałem, co to jest, zapytałem mamę. I tak od słowa do słowa całą tajemnicę szlag trafił.
Dostałem zakaz spotykania się z Johnnym, co było smutne. Z rzeczy, które mnie ominęły, dowiedziałem się, że nie będę kłuty w okolice oka igłą upaćkaną w brudnym tuszu. Ucieszyłem się.

Co jeszcze mnie ominęło, zrozumiałem po wielu latach.

Program mentorski Johnnego został gwałtownie przerwany, ja wyszedłem z niego obronną ręką, ale nie można powiedzieć, że z niczym. Nauczyłem się sporo, trochę od razu, a trochę po czasie.

Johnny nauczył mnie, że bohater dziecięcy to skarb. Sam nic nie rozumiejąc, może opowiadać historię, która dla czytających jest klarowna. Napięcie rośnie, a on nawet nie przeczuwa, że punkt kulminacyjny opowieści nadchodzi.

Johnny się przydał, ciekawe, co u niego słychać. Chciałbym myśleć, że nikogo później nie skrzywdził.

Odechciało mi się autorytetów, teraz chciałem mieć wspólników do eksploracji.

Los wybrał mi kolegę, z którym chodziłem na treningi skoków do wody. Mieliśmy po dwanaście lat, każdy z nas już kilka razy stał na podium w kategorii młodzików. Pochodziliśmy z różnych domów. Jego rodzice naciskali na sportową karierę, moi doceniali, że lubię ten sport, ale to szkoła miała pozostać priorytetem.

Szło nam coraz lepiej, choć nikt nas nie uczył, jak znosić te zawody, w których nie byliśmy zwycięzcami. Trenerzy chwalili za medale, a brak zwycięstw kwitowali bolesnym milczeniem.

„Chuj z nimi, ważne, żebyśmy sami z siebie byli dumni” – powiedział kolega po jednym z mniej udanych konkursów. „Chodź, sami sobie kupimy kwiaty”.
Weszliśmy do kwiaciarni i każdy wziął po jednym goździku ze wstążką.

„Masz, należy ci się. Widziałem, jak się starałeś” – kolega wręczył mi swój goździk. „A ten jest dla ciebie, za to, jak bezbłędnie skoczyłeś to salto w pozycji łamanej”– odpowiedziałem.
W domu wstawiłem kwiat do wazonu, a zaintrygowanym rodzicom powiedziałem, że nie dostałem medalu, ale zostałem symbolicznie doceniony za styl.
Metoda się przyjęła, goździki spełniały swoją rolę, a trenerzy zaczęli zwracać uwagę na siłę naszej psychiki. Dobrze znosiliśmy porażki, a w sporcie to równie ważne jak zdobywanie medali. Wiadomo, wszystko jest w głowie. Tak mówił nasz trener.

Obydwu nam zaproponowano, żebyśmy codziennie przychodzili na treningi. Obiecali zorganizować nam szkołę w czasie wolnym. Obaj byliśmy zadowoleni i dumni.

Strategia kolegi przyniosła efekty – powoli przechodził do świata sportu wyczynowego. W moim przypadku zawiodła na całej linii. Tata położył przede mną kartkę i zaczął dyktować:

Panie trenerze,
z powodu coraz słabszych wyników w nauce jestem zmuszony wycofać się z treningów. Bardzo dziękuję za wszystko, czego dotychczas się nauczyłem. Mam nadzieję, że gdy moje stopnie powrócą do stanu, którego nie będę musiał się wstydzić, wrócę na treningi.
Z wyrazami szacunku

Przepisywałem ten list kilka razy, w końcu udało mi się nie kapnąć na kartkę ani jedną łzą.

Od kolegi nauczyłem się, że bohater, który umie wykiwać system, choć na chwilę budzi sympatię, ważne, że choć przez moment udaje się utrzymać uwagę czytających, a co dalej z tym zrobimy, to już nasza pisarska sprawa.

Nie wiem, czy mój kolega od goździków zrobił karierę sportową. Nigdy więcej o nim nie słyszałem, więc raczej nie. Ale przez chwilę byliśmy jak Butch Cassidy i Sundance Kid. Mieliśmy sztamę i wierzyliśmy, że to, co robimy, jest w porządku. Uczucie, które nie zdarza się w życiu codziennie, a to już coś.

W szkole nie miałem dobrych stopni. To eufemizm. W ostatnich pięciu latach edukacji szkolnej zbierałem bardzo dużo najgorszych stopni. Nie umiałem się uczyć, nie trafiałem na nauczycieli, którzy umieliby mi pomóc. Rozpaczliwie szukałem ratunku na przetrwanie do czasu zdania matury. Większość zdarzeń, które mi się wtedy wydarzyły, nabrały wartości edukacyjnej dopiero po wielu latach. Mój mózg musiał wyzwolić się z sytuacji szkolnych.

Gdy tylko ten proces ruszył, stałem się wielkim beneficjentem własnych doświadczeń. Mój życiorys stał się źródłem rozwoju. Późno, bo późno, ale dobrze, że w końcu.
Jestem przekonany, że nie da się pisać w oderwaniu od własnych doświadczeń i w przekonaniu, że wszystko, co się po drodze wydarzyło, było tylko odległą przeszłością.

Swoje myślenie o pisaniu zawdzięczam Niuńkowi, Johnnemu, [Monice], koledze z basenu i wielu innym osobom, których los postawił mi na drodze. Wracam do nich, bo z ówczesnych spotkań dowiaduję się dzisiaj, kim jestem i dlaczego.

Nie wiem, czy tak było, czy to jest prawda. Niemniej, z – być może – fałszywych przesłanek wyrosła moja prawda, czyli ja.

[Tu muszę zakończyć, bo wiele moich kolejnych autorytetów było kobietami. Napiszę kiedyś o nich, bo dzięki temu znowu je spotkam i poczuję wdzięczność.]

 

Czytaj więcej