Michał Górecki: Jak zabiliśmy nudę i wyhodowaliśmy epidemię. Kilka pytań o przyszłość bez ekranów

Michał Górecki: Jak zabiliśmy nudę i wyhodowaliśmy epidemię. Kilka pytań o przyszłość bez ekranów - Fathers.pl
Ilustracja: Midjourney
Felieton Technologia #big tech #social media #technologia

Australia jako pierwsza mówi „dość” i wprowadza cyfrowy zakaz do szesnastego roku życia. Czy to jedyny ratunek przed epidemią chorób psychicznych u młodych? Czy ma sens walka z technologią bez solidarności rodziców?

„Social media to zło, szczególnie dla dzieciaków”. Z takiego założenia wyszły władze Australii, wprowadzając w grudniu 2025 roku ograniczenie dostępu do nich osobom poniżej szesnastego roku życia. I choć zgadzam się poniekąd z tą tezą, w mojej głowie pojawia się mnóstwo pytań, wątpliwości i – co tu kryć – obaw o to, czy aby dżumy nie leczymy cholerą.

Jestem w internecie od jego polskich początków. Nigdy nie byłem „dzieckiem w sieci”, bo gdy w 1995 roku po raz pierwszy połączyłem się z Internetem – wtedy pisanym jeszcze wielką literą – miałem osiemnaście lat. Wchodziłem do świata, który był cyfrowym Dzikim Zachodem, ale – paradoksalnie – wymagał od użytkownika wysiłku. Widziałem na własne oczy rozkwit IRC-a, chodziłem na spotkania offline ludzi z poszczególnych kanałów, spędzałem długie godziny na dyskusjach w Usenecie i na forach.

Tamta sieć była oparta na słowie i interakcji. Aby coś dostać, trzeba było o to zapytać, znaleźć, przeczytać. Byliśmy osadnikami, którzy budowali społeczności.

Od początku lat 2010 aktywnie uczestniczyłem w życiu blogosfery – zarówno jako bloger, jak i strateg w agencji reklamowej, zajmujący się współpracą z pierwszymi twórcami (Segritta, Kominek czy Lekko Stronniczy). Po to, by kilka lat później obserwować w czasie rzeczywistym upadek słowa pisanego w sieci i towarzyszącą mu eksplozję YouTube’a oraz treści wideo.

To był moment przełomowy także z innego powodu. Blogi były w większości skierowane do dorosłych. Długie teksty, często na „życiowe” tematy, nie były interesujące dla ówczesnych dzieciaków. Te – jeśli już odrywały się od telewizora czy analogowych rozrywek – oglądały w sieci śmieszne filmiki: kota lecącego przez przestworza albo pierwsze przeróbki klasycznych filmów.

YouTuberzy dość szybko zorientowali się, że całkiem młody człowiek jest odbiorcą łatwiejszym, bardziej masowym i – co kluczowe – bezkrytycznym. Algorytmy ani ustawienia platform niespecjalnie to ogarniały, ale pięciolatek oglądający wideo na tej coraz szybciej rosnącej platformie widział reklamy samochodów – wcale nie będąc grupą docelową. Co z tego? Wyświetlenia się zgadzały, to i kasa była w porządku.

„Then came the mines, then came the ore”– jak śpiewa Mark Knopfler. Zmieniło się wszystko. Twórców dla dzieciaków zaczęło przybywać, YouTuberzy stali się gwiazdami, po które zgłaszały się coraz większe agencje, a jednocześnie stali się idolami dzieciaków – takimi, jakimi dla nas były postacie z plakatów „Bravo”. Z tą różnicą, że my nasze plakaty wieszaliśmy na ścianie i one milczały.

Dzisiejsi idole mówią do dzieci codziennie, budując potężne relacje parasocjalne. Dziecko ma wrażenie, że influencer jest jego kumplem, a czasem wręcz dobrym przyjacielem. Na takiej relacji marketingowa skuteczność rozkwita.

Treści zaczęły być coraz bardziej nastawione na odsłony i pieniądze. Bo czemu nie zarabiać, skoro można?

Dziś YouTube i inne platformy mają – teoretycznie – różnego rodzaju ustawienia dotyczące wieku, ale większość z tych mechanizmów jest łatwiejsza do obejścia niż Linia Maginota. Co więcej, są one tak skomplikowane, a ich ogarnięcie przez rodziców tak trudne, że wielu z nich po prostu się poddaje i wpisuje wyższy wiek dziecka.

Nawet ja – człowiek po studiach informatycznych, tworzący własne aplikacje – czasem się w tym gubię. To nie przypadek. To tak zwany dark patterns – interfejsy projektowane w taki sposób, by utrudnić rezygnację lub ograniczenie dostępu, a ułatwić bezrefleksyjne klikanie.

Tymczasem treści ewoluowały dalej, a do tego nadeszła era smartfonów, która zrobiła naprawdę wiele złego. Gdy w dzieciństwie jeździłem z rodzicami na weekendowy obiad do babci, moja ukochana Amiga zostawała w domu. Musiałem się zmierzyć z nudą – patrzeć przez okno samochodu, liczyć słupy, wymyślać historie. Dziś zabiliśmy nudę. Mały ekran jest – dosłownie – na wyciągnięcie ręki i wypełnia każdą wolną chwilę. Nie oszukujmy się: zarówno dziecka, jak i naszą.

Problem polega na tym, że o ile my jesteśmy już w miarę dojrzali (choć i nam algorytmy skutecznie „hakują” mózgi), o tyle dla dzieci takie zastąpienie rozwoju motoryki, nauki interakcji społecznych i obserwowania świata gapieniem się w szybkę jest dewastujące. Tym bardziej że projektanci dbają o to, by przyciągać uwagę i uzależniać – to po prostu coś, co totalnie „ryje beret”.

Michał Górecki: Jak zabiliśmy nudę i wyhodowaliśmy epidemię. Kilka pytań o przyszłość bez ekranów
Michał Górecki: Jak zabiliśmy nudę i wyhodowaliśmy epidemię. Kilka pytań o przyszłość bez ekranów

Jonathan Haidt, amerykański psycholog społeczny, w swojej głośnej książce Niespokojne pokolenie. Jak wielkie przeprogramowanie dzieciństwa wywołało epidemię chorób psychicznych stawia sprawę jasno: około 2010 roku przeszliśmy od „dzieciństwa opartego na zabawie” do „dzieciństwa opartego na telefonie”.

Haidt argumentuje, że to nie przypadek, iż krzywa zdrowia psychicznego nastolatków – wskaźniki depresji, samookaleczeń i prób samobójczych – załamała się drastycznie w momencie, gdy smartfony z przednią kamerą i szybki internet trafiły do ich kieszeni.

W Polsce punktuje to Magdalena Bigaj, prezeska Instytutu Cyfrowego Obywatelstwa i autorka książki Wychowanie przy ekranie. Jak przygotować dziecko do życia w sieci?, która podkreśla, że nie chodzi o demonizowanie technologii, ale o „higienę cyfrową”. Bigaj słusznie zauważa, że daliśmy dzieciom narzędzia, do których ich mózgi nie dorosły; zostawiamy je same w świecie, który rządzi się ekonomią uwagi. Mówimy tu o czystej neurochemii: mechanizm infinite scroll (nieskończone przewijanie) czy losowe nagrody w postaci lajków to pętle dopaminowe, z którymi niedojrzały układ nerwowy dziecka nie ma szans.

Michał Górecki: Jak zabiliśmy nudę i wyhodowaliśmy epidemię. Kilka pytań o przyszłość bez ekranów
Michał Górecki: Jak zabiliśmy nudę i wyhodowaliśmy epidemię. Kilka pytań o przyszłość bez ekranów

Do tego dochodzi możliwość nagrywania wszystkiego, upubliczniania treści i posiadania realnych zasięgów medialnych w wieku, w którym zachowania społeczne bywają brutalne. To mieszanka, która może prowadzić do tragedii – a te już się zdarzają. Hej, wykluczenie, cyberprzemoc – to nie są już incydenty, to codzienność szkolnych korytarzy, która po dzwonku przenosi się do domu, z kieszeni spodni, wprost do sypialni dziecka.

I co najważniejsze – to nie dzieje się samo. Stoją za tym wielkie korporacje, których statutowym celem jest uzależnianie widza i zwiększanie czasu konsumpcji treści po to, by zarabiać na reklamach.

Jesteśmy surowcem w tej fabryce uwagi. Nie ma wyjścia – trzeba to ogarnąć.

Dlaczego więc mam obiekcje i wątpliwości wobec australijskiego pomysłu?

Zanim Canberra przyklepała nowe prawo, przez Australię przetoczyła się burza medialna. Z jednej strony premier Anthony Albanese mówił wprost: „Media społecznościowe szkodzą naszym dzieciom, czas z tym skończyć”, a wtórowała mu kampania „36 Months” (domagająca się podniesienia wieku cyfrowej inicjacji do szesnastego roku życia), argumentując, że rodzice są zmęczeni i bezradni w walce z big techami.

Z drugiej strony obrońcy praw cyfrowych (na przykład Digital Rights Watch) i sami giganci technologiczni podnosili larum w sprawie prywatności. Argumentowali, że konieczność legitymowania się dowodem to wstęp do akceptacji reguł państwa policyjnego, a odcięcie nastolatków od sieci zepchnie ich do „cyfrowego podziemia” – a tam nie ma już żadnej kontroli i pomocy psychologicznej. Co ciekawe, w debacie tej niemal zupełnie pominięto głos samych młodych, traktując ich przedmiotowo.

Po pierwsze: wiem, że wszystko da się obejść. A my, Polacy, jesteśmy w obchodzeniu zasad mistrzami. Już teraz wiadomo, że australijska „cyfrowa prohibicja” będzie dziurawa. Najczęstszym sposobem obejścia blokad – o czym mówi się otwarcie na forach – są VPN-y, dzięki którym można udawać, że jest się w innym kraju. Ale to wierzchołek góry lodowej. Dzieciaki po prostu logują się na konta rodziców (często za ich cichym przyzwoleniem), używają „lewych” dowodów tożsamości, jeśli weryfikacja jest słaba, albo przenoszą się na platformy trudniejsze do moderowania i weryfikowania, takie jak Discord czy szyfrowany Telegram.

Po drugie: nie mam pojęcia, jak twardo zdefiniować, czym są dziś social media. Gdzie kończy się medium społecznościowe, a zaczyna platforma treści? Czy YouTube to social media? Instagram? Facebook? TikTok? A co z komunikatorami, na których również działają podobne mechanizmy – WhatsAppem czy Messengerem? A co z grami? Roblox czy Fortnite to dziś potężne platformy społecznościowe, gdzie dzieciaki spędzają czas. Czy je też zablokujemy? Wyznaczenie tej granicy jest dziś coraz trudniejsze.

Po trzecie: weryfikacja wieku to „prywatnościowy” koszmar. Aby skutecznie sprawdzić, czy użytkownik ma szesnaście lat, platformy muszą legitymować wszystkich – także dorosłych. Czy chcemy wysyłać skany dowodów osobistych lub skanować nasze twarze firmom, które już teraz wiedzą o nas za dużo? To wylewanie dziecka z kąpielą – w imię bezpieczeństwa najmłodszych budujemy infrastrukturę totalnej inwigilacji.

Są jednak alternatywy, które nie wymagają legitymowania się przed każdym portalem z osobna. Eksperci wskazują na weryfikację „u źródła”, czyli na poziomie systemu operacyjnego lub sklepu z aplikacjami (App Store, Google Play). W tym modelu to rodzic, konfigurując smartfon dziecka, oznacza go jako urządzenie osoby niepełnoletniej i paruje ze swoim kontem w ramach chmury rodzinnej. Wtedy to dostawca systemu – któremu i tak powierzyliśmy już dane przy zakupie telefonu – pełni rolę „bramkarza”. Gdy nastolatek chce pobrać Instagrama czy TikToka, aplikacja nie pyta go o dowód, lecz wysyła techniczne zapytanie do systemu telefonu: „Czy ten użytkownik ma szesnaście lat?”. System odpowiada anonimowym sygnałem „Tak” lub „Nie”, nie przekazując żadnych wrażliwych danych osobowych, zdjęć czy nazwiska samej platformie społecznościowej. To model, który chroni prywatność znacznie skuteczniej niż wysyłanie skanu paszportu do setek różnych firm.

Pytanie jednak, czy będziemy chcieli wziąć na siebie taką odpowiedzialność. I tu dochodzimy do sedna, którego w samej idei zakazu często brakuje. Żaden przepis – australijski, polski czy marsjański – nie zadziała bez nas, rodziców.

Jonathan Haidt nazywa to „dylematem więźnia”: nawet jeśli wiem, że Instagram szkodzi mojemu dziecku, boję się mu go zabrać, bo wtedy zostanie wykluczone z grupy rówieśniczej (skoro inni go mają). Ustawy mogą pomóc rozwiązać ten problem systemowo, dając nam do ręki argument: „To nie ja jestem tym złym, takie jest prawo”. Ale na koniec dnia to sami musimy wykazać się solidarnością.

Technologia nie zniknie, musimy więc nauczyć się z nią żyć odpowiedzialnie. Jeśli wszyscy, jako rodzice z jednej klasy czy szkoły, umówimy się: „U nas nie dajemy smartfonów i dostępu do sociali przed liceum”, to żadne dziecko nie będzie wykluczone. To od naszej odpowiedzialności, konsekwencji i wspólnego frontu – a nie od policyjnej pałki – zależy, czy te ograniczenia będą fikcją, czy realną ochroną zdrowia psychicznego naszych dzieci. Czy to się powiedzie? A jak nam idzie z zakazem przynoszenia słodkich przekąsek do szkoły?

„Dobrze, że siedzi przy telefonie albo gra na komputerze, zamiast stać pod trzepakiem!” – zdaje się myśleć spora część rodziców, pamiętająca siniaki i guzy z własnego dzieciństwa. Tylko że paradoksalnie dziś pod trzepakiem jest bezpieczniej. Tamte rany się goiły, strupy odpadały.

Blizny, które zostawia w psychice niekontrolowany dostęp do sieci, algorytmiczne wpędzanie w kompleksy i cyfrowe wykluczenie, mogą nie zagoić się nigdy.

A na trzepaki dzieci nie wrócą. Bo trzepaków już właściwie nie ma.

 

Czytaj więcej