Michał Górecki: Dzieci mają prawo do zgubienia drogi. My je mieliśmy.
Słuchaj w formie podcastu
Chronimy nasze dzieci przed najmniejszym siniakiem, śledzimy każdy krok – czy przypadkiem nie odbieramy im w ten sposób tego, co bezcenne: szansy na poczucie własnej sprawczości i poczucia dumy, że poradziły sobie same? – zastanawia się Michał Górecki.
Typowy poranek przed jedną z warszawskich szkół. Sznur samochodów. Jedne cumują dwoma kołami na chodniku, następne stają na środku jezdni z włączonymi „światłami niewidzialności” – nie no, tak to można. Jeszcze inne przed samymi pasami dla pieszych, żeby dziecko miało bliżej. Tłum dzieci wylewa się z aut, gdzie popadnie. Drogowa masakra rodem z jednej z Wysp Nonsensu w Tytusie Romku i a’Tomku.
Winnych jest wielu. Miasta zostawione na pastwę deweloperów rozlały się dramatycznie i podróże komunikacją miejską często przypominają wyprawę PKS-em. W pogoni za dostępnym lokum rodziny powyprowadzały się pod Warszawę, meldując dzieci u „dziadków”, by te mogły chodzić do szkół w mieście. A rano trzeba dojechać, nieraz naprawdę daleko. Ale to nie wszystko: do szkoły podwożone są także dzieciaki mieszkające całkiem blisko.
Bo tak bezpieczniej.
Żyjemy w bezpiecznych czasach i w bezpiecznym miejscu. Polska stała się krajem, w którym historie o „skrojeniu portfela” czy telefonu, tak nagminne w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych, dzisiaj są już legendami. Oczywiście nadal zdarzają się ekscesy, ale sytuacja zmieniła się mocno in plus.
A jednak potrzeba kontroli rośnie.
Dowozimy więc, sprawdzamy lokalizację, analizujemy trasę powrotu, dzwonimy po dziesięciu minutach ciszy. Statystycznie – świat jest bezpieczniejszy, ale nasze napięcie nieadekwatnie większe.
Skąd się to bierze?
Najłatwiej wszystko zrzucić na technologię. To ona ułatwia założenie elektronicznej smyczy, kiedyś po prostu nie było takiej możliwości. Dziś pokusa bywa zbyt duża. Jak w jednym z odcinków Black Mirror, gdzie matka ciągle odkłada moment odłączenia kamery zainstalowanej w oku córki, nawet gdy ta jest już dorosła.
Bo przecież strach o własne dziecko nie mija nigdy. Pamiętam dobrze, jak bardzo martwiła się o mojego tatę jego mama, nawet gdy ten miał już sześćdziesiątkę na karku.
Tylko że kiedyś ten strach trzeba było jakoś znieść. Dziś można go zagłuszyć powiadomieniem z aplikacji.
My, wychowani na placach zabaw zbudowanych z żelaznych rur, huśtawek potrafiących rozłupać czaszkę, na pobliskich budowach, prowizorycznych kładkach nad osiedlowymi kanałkami, spędzający całe dnie „na dworze” bez ciągłego meldowania rodzicom swojej lokalizacji, w którymś momencie zdecydowaliśmy, że własnym dzieciakom zafundujemy zgoła inny los.
Do szkoły podstawowej w warszawskim Parku Saskim, do której chodziłem na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, większość dzieciaków w wieku jedenastu-dwunastu lat sama przyjeżdżała komunikacją miejską. Do wcześniejszej, osiedlowej, chodziliśmy bez rodziców już od pierwszej lub drugiej klasy. Co nam się stało? Czy naprawdę robimy to wyłącznie dla dzieci?
Może jednak, żeby uspokoić siebie? I nie czuć tego lekkiego ścisku w żołądku, gdy dziecko znika za rogiem? Żeby nie mierzyć się z własnym lękiem, tylko rozwiązać go logistycznie, podwożąc pod same drzwi?
„Przygotuj dziecko do drogi, a nie drogę dla dziecka” – to stare powiedzenie genialnie ujmuje to, na czym polegać powinno wychowanie.
Tymczasem co robimy? Próbujemy wybetonować dżunglę, byle tylko nasza pociecha miała w życiu łatwiej.
Janusz Korczak szedł jeszcze dalej, mówiąc o „prawie dziecka do śmierci”. To zdanie dla wielu z nas jest nie do przyjęcia. Ale nie chodzi tu przecież wyłącznie o śmierć w sensie dosłownym, tylko o ryzyko. O prawo do guza, do złamanej ręki, do zgubienia drogi i znalezienia jej z powrotem.
Czy chroniąc dzieci ponad to wszystko, nie odbieramy im czegoś znacznie ważniejszego niż chwilowy brak plastrów na kolanach?
Pierwszy raz poszedłem do wujka, który mieszkał na osiedlu obok naszego jako pięciolatek. Nie była to w pełni samodzielna wyprawa, jak się dowiedziałem po latach. Tata dreptał za mną w bezpiecznej odległości, pilnując, czy nie zabłądzę. Nie zabłądziłem, choć podobno stałem piętnaście minut pod jednym z bloków, czekając na odjazd karetki.
I pomimo faktu, że minęło od tego wydarzenia prawie czterdzieści pięć lat, nadal czuję dumę z tamtego osiągnięcia. Z tego, że potrafiłem. Że ktoś mi zaufał, nawet jeśli asekuracyjnie.
To uczucie nie pojawi się w wyniku podwózki pod same drzwi.
Całe szczęście są jeszcze miejsca, gdzie można zafundować dzieciom przygodę w starym stylu. Nie mówię o trzepaku, bo po pierwsze, trzepaków już prawie nie ma, po drugie, samodzielne wyjścia na plac zabaw często kończą się siedzeniem w telefonach. Mam na myśli harcerstwo, które pomimo wielu zmian, nadal funduje dzieciakom dziką przygodę. Pod okiem drużynowego, ale też starszego brata, czyli zastępowego.
Z duszą na ramieniu przemierzało się całym zastępem cmentarz, szukając najstarszego grobu, bo taki był cel gry, w której braliśmy udział, albo biegliśmy o północy przez las w ramach „biegu biszkopta”. Dziś jest podobnie: dzieciaki spędzają tygodnie w lesie, śpią w namiotach, które same rozstawiły, trzymają ubrania na własnoręcznie zbudowanych meblach (o zgrozo!) przy użyciu młotków, pił i siekier, pilnują obozów na nocnych wartach.
I świat się nie wali.
Wiem, że to trudne. Wiem, że kochamy nasze dzieci i dbamy o nie najlepiej, jak się da.
Ale może warto uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie: czy naprawdę chodzi tu tylko o ich bezpieczeństwo? Czy może w dużej mierze o to, żeby nam było spokojniej?
I czy przypadkiem w imię tego komfortu nie wychowujemy coraz mniej samodzielnych ludzi?