Linia przerywana zamiast ciągłej. Springer o samplowaniu przestrzeni przy pomocy roweru i pociągów
Słuchaj w formie podcastu
Rower pozwala dotknąć detalu, podumać nad dawną kostką brukową i wrosnąć w krajobraz. Pociąg daje chwilę wytchnienia i szybko „przewija” nudne fragmenty mapy. Zderzenie tych dwóch prędkości uratowało moją reporterską pracę i uwolniło od dyktatu współczesnych aplikacji. Oto opowieść o tym, jak przestałem być zakładnikiem dystansu, a zacząłem świadomie zarządzać czasem i przestrzenią – pisze Filip Springer.
Dworzec w Wieleniu, jak większość na tej trasie, wybudowano w stylu dziewiętnastowiecznej, włoskiej i skromnej willi. Od strony miasta prowadzi do niego wygodny, kolisty podjazd wyłożony drobną kostką. Gdy zatrzymać się idealnie na wprost wejścia do wnętrza budynku i spojrzeć pod nogi, można odczytać: „1851”. To data pobudowania dworca. Ślad z najdalszej przeszłości, kiedy to linia kolejowa, na którą nanizany jest Wieleń Północny (dawniej Filehne) dopiero powstawała.
Budowali ją rewolucjoniści przywiezieni ze wzburzonego Berlina. Królewsko-Pruska Kolej Wschodnia nie przez przypadek zaczęła powstawać krótko po stłumieniu w tamtym rejonie Wiosny Ludów. Zapobiegliwa władza uznała, że prowodyrom rewolucji lepiej dać jakieś konkretne zajęcie z dala od stolicy. Kogo się dało, wywieziono więc na wschód. Roboty zaczęli w Krzyżu Wielkopolskim i posuwali się wzdłuż doliny Noteci.
Dworzec w Wieleniu i moje odkrycie układającej się w datę mozaiki z kamiennych kostek – to wszystko by mi się nie zdarzyło, gdybym podróżował tylko samochodem albo tylko pociągiem. Trafiłem tam jednak, pracując nad książką Mein Gott, jak pięknie poświęconą poniemieckiemu krajobrazowi. Wymyśliłem sobie, że napiszę ją z wysokości rowerowego siodełka. Rower jest bowiem jednym z najlepszych reporterskich narzędzi. Pozwala przemieszczać się względnie szybko, a jednocześnie daje swobodę spontanicznego zatrzymywania się gdziekolwiek się chce. Nie ma problemu z parkowaniem, wsiadaniem i wysiadaniem tylko po to, by na coś popatrzeć albo zrobić temu zdjęcie. Rowerem można zatrzymać się niemalże w miejscu, podumać i po chwili ruszyć dalej.
Tamtego dnia zajechałem do Wielenia po całym dniu wędrówki, oparłem się łokciami o kierownicę, zwiesiłem zmęczony głowę i zobaczyłem tę datę. I wiedziałem, że było warto.
Plan na książkę był pięknie ambitny, dosyć szybko się jednak rozjechał (i to dosłownie). Okazało się bowiem, że miejsc, które na jej potrzeby chcę odwiedzić, jest więcej, o wiele więcej niż myślałem. I są one rozsiane po całej Polsce. Ogarnąć się jeszcze jakoś dało mazurskie kąty, w których wychował się, żył i pisał niemiecki pisarz Ernst Wiechert – jeden z moich bohaterów. Nakręciłem tam na rowerze pewnie z tysiąc kilometrów, ale wszystko w czworoboku między Mrągowem, Spychowem, Piszem i Mikołajkami. Dosyć łatwo było się też zorganizować w Sudetach, gdzie próbowałem odnaleźć ślady litografów ze słynnej szkoły kowarskiej. Znacznie większym wyzwaniem okazały się wyprawy dokumentujące tematy bardziej rozproszone w przestrzeni. Czy naprawdę miałem czas, ochotę i przede wszystkim potrzebę przejechać wzdłuż całej Odry – od jej ujścia aż do czeskiej granicy? Czy było celowym jechanie blisko 500 kilometrów wzdłuż Królewsko–Pruskiej Kolei Wschodniej?
Gdybym podchodził do sprawy dogmatycznie, odpowiedź brzmiałaby twierdząco. Ale rower był tu jedynie narzędziem do przemieszczania się i poznawania krajobrazu. Nie miałem sportowych aspiracji – chciałem tylko zobaczyć najciekawsze miejsca, dotrzeć do zakątków, które intrygowały mnie na mapach. Tak, mapy są w tej opowieści ważne. Większość swoich pieszych i rowerowych podróży rejestruję na Stravie. Po całym dniu jazdy lubię sobie popatrzeć na zapis mojego śladu i cyferki, które mu towarzyszą. Nie są to w ogóle numerki imponujące – dla mnie jednak są zawsze miłym dopełnieniem dnia. Owszem, jestem, a raczej byłem jednym z tych, dla których dystans niezapisany na Stravie trochę się nie liczy. Głupie to, ale trudno się było od tego uwolnić. Udało się dopiero podczas dokumentacji tamtej książki.
Przytłoczony liczbą punktów na mapie, które planowałem odwiedzić, musiałem wymyślić jakąś własną metodę. Połączenie ich wszystkich dniami intensywnej jazdy nie wchodziło w rachubę. Nie miałem na to czasu, musiałem bywać w domu, miałem inne obowiązki. Poza tym, nie wszystko mnie interesowało. „Wsiądź do pociągu wyjeżdżającego z miasta. Wysiądź na małej stacji pośrodku niczego i po prostu wróć do domu o własnych siłach” – to rada Alastaira Humphreysa, który w 2012 roku otrzymał tytuł „Podróżnika Roku” (Adventurer of the Year) od magazynu „National Geographic” za wymyślenie konceptu mikrowyprawy. Jego wydana w 2014 roku książka Microadventures: Local Discoveries for Great Escapes stała się bestsellerem. Humphreys przez lata żył z wielkich, epickich ekspedycji (na przykład spędził cztery lata, objeżdżając świat na rowerze), ale dotarło do niego, że dla zdecydowanej większości dorosłych ludzi z obowiązkami, pracą i rodziną, takie podróże są logistycznie i finansowo nieosiągalne. Zamiast więc nakręcać w ludziach frustrację, zaproponował zmianę optyki.
Jego definicja mikrowyprawy jest jasna. To przygoda, która jest: krótka, lokalna, tania, wciśnięta w luki w kalendarzu i zmieniająca perspektywę. Humphreys najmocniej promował koncepcję „5 to 9 adventure”. Chodzi o to, by po wyjściu z pracy o godzinie 17:00 wsiąść w pociąg, wyjechać kilkadziesiąt kilometrów za miasto, przespać się w śpiworze na wzgórzu lub przejechać się rowerem o świcie, i wrócić do biura na 9:00 rano następnego dnia. W takiej zabawie liczy się wyjście ze strefy komfortu i przełamanie rutyny, a nie pokonany dystans czy zaliczone szczyty.
Zainspirowany Humphreysem uznałem więc, że zerwę z fetyszem linii ciągłej. Zrozumiałem, że wpadłem w pułapkę, którą brytyjski antropolog Tim Ingold świetnie opisuje jako konflikt między „transportem a wędrówką”. Według naukowca transport polega na biernym przerzuceniu z punktu A do punktu B – dla pasażera liczy się wyłącznie cel. Z kolei wędrówka to ciągłe bycie w drodze, wrośnięcie w krajobraz i zostawianie fizycznego śladu. Aplikacje takie jak Strava to cyfrowy bat, który zmusza nas do bycia wędrowcami w stu procentach. Skasowałem ją więc z telefonu i postanowiłem do zadania podejść kreatywnie, godząc postawę wędrowca z postawą pasażera. I tak właśnie odkryłem swój własny flow.
Na pierwszy ogień poszła więc Kolej Wschodnia. Interesowały mnie jej fragmenty między naszą zachodnią granicą a Elblągiem. Zacząłem w samym środku, czyli w Krzyżu, i ruszyłem na wschód. Dwadzieścia kilometrów rowerem, dziesięć pociągiem, potem kolejnych dwadzieścia albo trzydzieści. Przerwa na obiad, krótka pętla po okolicy, pociąg pod Bydgoszcz i jeszcze piętnaście, żeby dopełnić dzień. Pierwszego dnia przebyłem łącznie pewnie ze sto pięćdziesiąt, może sto siedemdziesiąt kilometrów. Gdybym miał to zrobić na rowerze – byłbym skonany i nie miał czasu na dokumentowanie czegokolwiek. Liczyłby się tylko cel i dystans, który muszę pokonać. Kolejowo-rowerowy płodozmian sprawił, że cała ta podróż stała się przyjemnością. A notes pęczniał od notatek. I co z tego, że na Stravie nie dało się między tymi odcinkami narysować ciągłej linii?
Zacząłem tak jeździć po całej Polsce. Wzdłuż Odry, odcinkami po maksimum 30 kilometrów, potem chwila odpoczynku w pociągu i dalej o własnych siłach. Te kolejowo-rowerowe interwały zaczęły wyznaczać mi rytm dni. Nie układały się w żadne idealne szlaki na elektronicznej mapie, sprawiały jednak, że czerpałem garściami z tego, czego doświadczałem po drodze. W podróży zwykle nie spędzałem więcej niż trzech dni (dwóch nocy). Samplując etapy kolejowe z rowerowymi, byłem w stanie przebyć w tym czasie setki kilometrów i zobaczyć wszystkie, najważniejsze z punktu widzenia pracy nad książką miejsca. To była gra prędkością. Francuski filozof Paul Virilio, twórca dromologii – nauki o logice przyspieszenia – twierdził, że prędkość bezpośrednio determinuje to, jak widzimy świat. Wysokie tempo zamazuje detal, odbiera przestrzeni znaczenie i zamienia rzeczywistość w plamę, podczas gdy powolność daje obraz w „wysokiej rozdzielczości”. Instynktownie zacząłem z tego prawa korzystać. Wybierałem z tego ogromnego ciasta same bakalie i na nich się skupiałem. Pociąg pozwalał mi wrzucić wysoki bieg i „przewijać” nudniejsze, powtarzalne fragmenty przestrzeni. Docierałem w ten sposób z rowerem dokładnie tam, gdzie zaczynał się najciekawszy, najbardziej gęsty od znaczeń fragment krajobrazu. I zwalniałem, by z powrotem wyostrzyć obraz. A gdy skończyłem pisać Mein Gott… taki model podróżowania został mi już we krwi.
Dziś właściwie nie wyobrażam sobie, że zwiedzając jakiś region na rowerze miałbym części zaplanowanego dystansu nie przejechać pociągiem. Uwielbiam ten moment, gdy po godzinie lub dwóch intensywnej jazdy i „przesuwania” krajobrazu przed oczami przy pomocy swoich mięśni, mogę usiąść wygodnie w pociągu, a krajobraz zaczyna przesuwać się sam. Mam wtedy czas na przemyślenie wszystkiego, co zobaczyłem po drodze i zaplanowanie następnych etapów. Heinrich Heine napisał kiedyś: „Koleje unieważniły przestrzeń”, i że po ich upowszechnieniu się „pozostał nam tylko czas”. Jadąc pociągiem, zanurzam się w czasie. Siadając na rowerze, wracam do przestrzeni. I mogę to robić w kółko. Bez końca.