Lekcja upadania i wolności. Rozmawiamy z najstarszym skejt-tatą w Polsce o tym, jak deska kształtuje charakter

Lekcja upadania i wolności. Rozmawiamy z najstarszym skejt-tatą w Polsce o tym, jak deska kształtuje charakter - Fathers.pl
fot. Radomił „Poziom” Gomółka
Rozmowy #deskorolka #skateboard

„W tym momencie deskorolka jest dla wielu kolejną formą aktywności sportowej. Dla większości dzieciaków nie ma znaczenia cała ta historia, bunt czy subkulturowy ładunek. I to jest okej” – Sebastian Frąckiewicz rozmawia z legendą polskiej deskorolki, Piotrem Dabovem.

Ile lat już jeździsz?

Po raz pierwszy stanąłem na desce, gdy przyjechałem z Łodzi do mojego kuzyna w Warszawie. Mieszkał przez jakiś czas w Holandii i stamtąd przywiózł sobie deskorolkę. Postałem na niej dosłownie dziesięć sekund i wierz mi, to było doświadczenie nieomal transcendentalne.

Moje regularne jeżdżenie – w końcówce lat osiemdziesiątych – zaczęło się na rosyjskich deskach slalomowych. Na początku kolejnej dekady w sklepach z zabawkami pojawiły się pierwsze chińskie, szerokie modele typu „Tajwan”. Łącznie to już ze trzydzieści pięć lat.

Lata dziewięćdziesiąte w Polsce to był bardzo ciekawy, subkulturowy okres. Łódź wyróżniała się szczególnie. Jakie miejsce w tym tyglu miała deskorolka?

Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w Łodzi powstała mocna scena hardcore-punkowa, która ukształtowała całe pokolenie dorastających tam dzieciaków. Mieliśmy na przykład cykl koncertów Wunder Wave, na które przyjeżdżały gwiazdy sceny niezależnej z Zachodu. I nieważne, czy grała kapela crust punkowa czy hardcore’owa – wszyscy chcieli ją zobaczyć.

Z jednej strony to po prostu koncert, a z drugiej wydarzenie o wymiarze społecznym, łączące ludzi z różnych bajek. Nie było klubów czy innych miejsc spotkań. Wygląd tych ekip i to, o czym śpiewały, wpływało na zachowania dzieciaków. A mówię o tym, bo i łódzka deskorolka ma z tym wszystkim związek: część punkowców – choćby przez chwilę – próbowała jeździć. Mieliśmy też słynną w całej Europie kapelę Homomilitia, z wokalistą gejem, silnym przekazem antyklerykalnym i antykorporacyjnym.

To ciekawe, bo ja w pierwszej chwili skojarzyłbym deskorolkę z hip-hopem i magazynem „Ślizg”.

Hip-hop i jaranie jointów przyszły trochę później. Czasy punku i korzenie deskorolki są dość słabo opisane i udokumentowane. Paradoksalnie skejci to były często dzieci z zamożnych, bananowych domów. Tak jak ja. Pojawiły się narkotyki, amerykański sprzęt, moda na MTV, a wraz z nimi gangsterka i rap. To znaczy każdy skejt chciał być trochę gangsterem i chciał jarać marihuanę. Niektórzy handlowali ziołem, nosili pistolety gazowe. To były bardzo rock’n’rollowe czasy i „dziki kapitalizm”. Dzisiaj nie do pomyślenia.

Pistolety gazowe? Pierwsze słyszę.

Tak, taka zabawna pseudogangsterka. Przez chwilę deskorolka nałożyła się na fascynację amerykańską kulturą gangów. Na szczęście to minęło, niestety nie wszystkim. Z końcem lat dziewięćdziesiątych wszyscy koncentrowali się już na samym jeżdżeniu i nagrywaniu filmów, pojawiły się kamery Hi8. Zaczęło się dokumentowanie swoich tricków i stylu.

 

Kilka lat wcześniej ludzie mieli w dupie nagrywanie. Jeździli po to, żeby jeździć, a nie rywalizować, czy uwieczniać wyczyny.

Chodziło o przynależność do pewnego grona.

Kamery sporo zmieniły: tricki i umiejętności sportowe zyskały na znaczeniu. Jednocześnie deskorolka stawała się coraz bardziej dostępna, straciła „klasowy” charakter. Jeździły na niej dzieciaki zarówno z bogatych, jak i biedniejszych domów. Teraz statusowy wydźwięk mają surfing i wyjazdy na Bali.

A w jaki sposób przynależność do grupy kształtowała cię jako młodego chłopaka? Mówi się o tym, że o ile dziewczynki mają swoje grupy przyjacielskie, to chłopcy są bardziej samotni. Mam wrażenie, że w latach dziewięćdziesiątych ekipa punkowa czy skejtowa złożona ze starszych kumpli często zastępowała nam ojców. A z tymi bywało różnie.

Tata mojego kolegi popełnił samobójstwo. Mój wyjechał z kraju w stanie wojennym, a ja myślałem, że on cały czas jest w związku z moją matką. Po ośmiu latach, przez przypadek, zobaczyłem jej dowód osobisty, gdzie było napisane, że jest rozwiedziona.
Dopiero po latach zdałem sobie sprawę, że większość naszej ekipy to były chłopaki z rozbitych domów. Tych ojców fizycznie nie było. I to w pewien sposób naszą ekipę łączyło – niezależnie od statusu majątkowego.

Dziś już tego nie ma. Wtedy subkultura dawała bardzo mocne poczucie przynależności. Na dobre i na złe. Wiązał się z tym także pewien kręgosłup, stały za nim przekonania, głęboko wpojone zasady. Druga rzecz – idee wyniesione ze sceny hardcore punk: DIY, antyrasistowskie poglądy czy poczucie niezależności względem korporacji ukształtowały mnie na całe życie.

Dawno przestałeś być dzieckiem z rozbitego domu, dziś uczysz młodych, masz też własny skatepark. Jak dziś wygląda obraz deskorolki w kulturowym wymiarze? Jakie ma znaczenie dla nowych pokoleń?

Na przestrzeni lat dokonała się ogromna ewolucja. Deskorolka jest po prostu kolejną formą aktywności sportowej.

Dla większości dzieciaków nie ma znaczenia cała ta historia, bunt czy subkulturowy ładunek. I to też jest okej – chciałbym to podkreślić.

Część woli jeździć na skateparku niż na streecie, inni jeżdżą tylko na skateparku. Chcą się rozwijać sportowo, uczyć tricków, ale w bezpiecznym, przeznaczonym do tego celu środowisku. Niektórzy z nich dopiero, gdy dorosną, dojrzeją i poczują się bezpieczniej, wychodzą na ulicę. W Łódź Skate Club mam już pokolenie podopiecznych, którzy stają się nastolatkami i już nie chcą jeździć w kasku na skateparku. Druga rzecz to sprawa social mediów. Pamiętasz stare filmy skejtowe?

Jasne, tym bardziej że nie było ich wcale tak wiele.

No właśnie. Dziś też się je produkuje i są świetne, ale toną w zalewie instagramowych rolek, na których dokumentuje się swoje najmniejsze nawet dokonania. W tamtych czasach fame trwał nie dni, a lata.

Chcesz powiedzieć, że własny wizerunek i indywidualizm są ważniejsze, niż bycie w grupie?

Zdecydowanie tak. Nadal istnieją grupy, ale działają bardzo lokalnie. Doszło do pewnego paradoksu: z jednej strony deskorolka jest obecna w każdym większym mieście, w wielu ośrodkach powstały skateparki. Natomiast z drugiej strony ekipy z danego miasta nie wiedzą, co się dzieje sto kilometrów dalej. Nie ma wymiany energii, nie ma wspólnych wyjazdów, na których spotykały się różne grupy i traktowały jak rodzina.

Dzięki social mediom więcej wiesz o tym, jak jeździ jakiś zawodnik z Indonezji niż ktoś z miasta obok. Bardziej od wspólnej jazdy liczą się lajki za wykonanie jak najbardziej trudnych tricków. Są ludzie, którzy na przykład jeżdżą świetnie, a nie chcą brać udziału w zawodach, wyłącznie nagrywają.

Dobra, to pytanie z innej beczki. Załóżmy, że do twojej szkółki przychodzi ojciec z dzieckiem i pyta, czy będzie z niego lub z niej dobry skejt. Które dzieciaki dobrze rokują?

Bardzo proste: te które naprawdę chcą. Talent oczywiście też się przyda, ale moja historia pokazuje, że jego brak nie jest najważniejszy – dużo ćwiczyłem i było we mnie wiele zapału. A wokół mnie zawsze byli ludzie, którzy mieli go znacznie więcej ode mnie i bardziej lecieli po bandzie.

Deskorolka to również forma ekspresji, wyrzucenia emocji; niektóre dzieciaki potrzebują „wypluć” to, co czują, jeżdżąc.

Podsumowując: determinacja jest kluczowa. A dziś bardzo trudno jest sprawić, by dziecko chciało robić coś dłużej.

Dlaczego?

Teraz wyjdę na boomera, ale serio: social media i przebodźcowanie. To one odbierają dzieciakom głębszą motywację do jazdy. Niektóre mają ogromny problem ze skupieniem. Nie są w stanie choćby zapamiętać sekwencji złożonej z kilku tricków. To widać gołym okiem.

A czy wiek, w którym po raz pierwszy staje się na desce, ma znaczenie?

I tu widzę niesamowitą zmianę. Kiedyś zaczynali wyłącznie zbuntowani nastoletni chłopcy. Teraz wiek znacznie się obniżył, płeć również nie ma znaczenia. Przychodzą do mnie dzieciaki nawet trzyletnie. Maluchy mają naturalną zdolność łapania kątów na skateparku, świetnie sobie radzą z rampą. Natomiast nastolatki szybko łapią zajawkę, ale ich ciała są już częściowo ukształtowane. I znowu powiem jak klasyczny boomer:

okrutna prawda jest taka, że nadmierne siedzenie przed smartfonem sprawia, że ich ciała zaczynają przypominać „żelki”, nie mają nad nimi kontroli – są bardzo miękkie.

Coraz częściej bywam w Maroku. Widzę tam dzieciaki, które jeżdżą na boso, nawet na rampach, upadają, czasem się łamią. Ale mają zajawkę – tak samo jak ekipy w Polsce lat dziewięćdziesiątych. Marzę o tym, żeby każdy doświadczył tego, czym były korzenie jazdy na desce – dziś to jest możliwe właśnie w Maroku.

Są jeszcze jakieś inne różnice?

Podejście do jazdy. Dzisiaj jazda na desce ma coraz mniejszy komponent kreatywności czy formy ekspresji. Szczególnie na początkowych etapach. Ci, którzy nauczyli się pewnych sekwencji, nie chcą iść dalej, wykorzystać tricków w bardziej kreatywny, indywidualny sposób. Oczywiście są też dzieciaki, które szybko kształtują własny styl, ale to raczej wyjątki od reguły.

Trochę też brakuje swobody. Niby możesz jeździć, jak chcesz i gdzie chcesz, ale żeby zaistnieć, wypadałoby, żebyś robił określone triki. Dlatego sam coraz częściej zwracam się w kierunku surfingu, który wydaje mi się ciekawszy, zarówno jeśli chodzi o rozwój dzieciaków, jak i dorosłych.

Kiedyś deska była rzeczą typowo chłopacką, dziewczyn na niej nie było. To się jakoś wyrównuje?

W latach dziewięćdziesiątych dziewczyny nie jeździły na desce, środowisko było wręcz seksistowskie. „Chodzenie” ze skejtem było bardzo cool. I chyba nadal jest.

Z biegiem lat dziewczyny zaczęły i robią to świetnie. To fascynująca zmiana. W mojej szkółce jest ich sporo. Są dziewczęce obozy, dziewczęce ekipy, a dziewczęca deskorolka stała się bardzo modna. Skończyło się to brakiem równouprawnienia w drugą stronę:

dziewczynom czasem łatwiej jest uzyskać wsparcie profesjonalnej firmy deskorolkowej, łatwiej się im przebić niż ich kolegom.

Podsumowując: w 2026 roku jeśli chcesz zacząć jeździć, płeć nie ma większego znaczenia.

A zdarzają się sytuacje, że przychodzi do ciebie czterdziestoletni ojciec z dziećmi, który chce się nauczyć jazdy razem z nimi?

Jasne, że tak. Możesz mieć trzydzieści, a nawet pięćdziesiąt lat, żeby jeździć na deskorolce. To kwestia mentalu. Osoba na rowerze w tym wieku nikogo nie dziwi, natomiast na desce już tak, i to jest słabe, bo urazowość wcale nie jest tu większa niż choćby w piłce nożnej. W pewnym wieku jeździsz już bardziej rekreacyjnie. Mam u siebie grupę na skateparku, która nazywa się „Drugie życie”. Jeżdżą w niej zazwyczaj rodzice i mają z tego mega fun! Jasne, ale obaj dobrze wiemy, że po czterdziestce kontuzje dłużej się leczą. Jeśli wcześniej nie jeździłeś i twoje ciało nie nauczyło się dobrze upadać, może być groźnie.

 

Lekcja upadania i wolności. Rozmawiamy z najstarszym skejt-tatą w Polsce o tym, jak deska kształtuje charakter
Piotr Dabov – rocznik 1976, jeździ na desce od lat osiemdziesiątych. Aktywny snowboarder teamu Raven Pro. Jeden z pierwszych instruktorów jazdy na deskorolce (wytrenował kilku mistrzów Polski), ma własny kryty skatepark w Łodzi, szkółkę skateboardową, klub sportowy. Od dwudziestu lat prowadzi markę odzieżowo-deskorolkową POGO. Dawniej redaktor naczelny magazynu deskorolkowego „Dizaster”. Coraz częściej zamienia deskorolkę na deskę surfingową.

Wiesz, ci, którzy jeździli w młodości, raczej sami uczą dzieci – nie przychodzą do trenera.

Mogę tylko potwierdzić.

Ale z nimi na rampie jest większy problem, bo wydaje się im, że nadal mogą zrobić te same tricki, co kiedyś. Osobiście bym odradzał, bo koszt może być zbyt wysoki. Ja też pamiętam sporo trików i mógłbym nadal je wykonywać, ale wolę nie robić krzywdy moim kostkom i kolanom. Z wiekiem inaczej pracują nasze biodra i brzuch, dlatego zostałbym przy jeździe rekreacyjnej. Natomiast osoby, które nie jeździły wcześniej na rampie, na pewno muszą dobrze wytrenować swój błędnik. A potem to jest czysta przyjemność.

Jak wyglądają relacje z deską twoich dzieci?

Jestem chyba jednym z najstarszych skejt-tatów. Szymon, moje pierwsze dziecko, urodził się, gdy miałem dwadzieścia jeden lat, byłem aktywnym skejtem i prowadziłem rock’n’rollowe życie. Zabierałem go ze sobą na skejtowe imprezy, na przykład Baltic Games. I na takich imprezach mój ośmiolatek jako jedyny jeździł na rampie. Wówczas to było uważane za coś bardzo nietypowego. Dzisiaj to nikogo nie dziwi.

Przez lata brał udział w zawodach, ale pewnego dnia przestał. Potem, po kilkunastu latach wrócił do tego, zrobił kurs instruktora i uczył w mojej szkole.

Niestety, od dwóch lat nie mamy ze sobą kontaktu. Nie będę ukrywał, że jest to dla mnie bardzo trudne. Z kolei moja córka Ida zawsze była blisko deskorolki. Niestety, okres nastoletni sprawił, że przestała jeździć. Na skateparku w tej chwili jest ze mną mój najmłodszy syn Antek, dziesięciolatek, który uczy się podstawowych tricków. Liczę, że z czasem potraktuje deskorolkę nie jako sport, ale rodzaj kreatywnej przygody na całe życie. I jako pewnego rodzaju ekspresję wolności.

 

Czytaj więcej