Przyjaźń to koniec wolności czy nowy etap bliskości? Francuski filozof się myli

Przyjaźń to koniec wolności czy nowy etap bliskości? Francuski filozof się myli - Fathers.pl
Ilustracja: Midjourney
Ludzie Rodzina #filozofia #książka #literatura #przyjaźń

Czy założenie rodziny to cmentarzysko przyjaźni? Geoffroy de Lagasnerie w eseju We trzech. Dążenie, by wyjść poza. Pochwała przyjaźni  przekonuje, że przyjacielska więź możliwa jest tylko w oderwaniu od tradycyjnych rodzinnych ról. To bardzo wygodna teoria, ale raczej bezużyteczna iluzja dla większości z nas.

Mieliśmy zrobić materiał do świątecznego wydania magazynu. Małe miasteczko w Wielkopolsce, trzech mężczyzn, którzy dawno, dawno temu, jako młodzi chłopcy poznali się na koncercie punkowej kapeli o wdzięcznej nazwie „Latające odchody”. Razem słuchali Jurka Owsiaka w Rozgłośni Harcerskiej i byli fanami jego Towarzystwa Przyjaciół Chińskich Ręczników. Oczywiście, że założyli także jeden z pierwszych sztabów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. A potem robili to już bez przerwy co roku, aż do późnej dorosłości. Nie wiem, czy nadal robią. Gdybym miał obstawiać, zaryzykowałbym, że tak.

Trafiłem na nich, bo gazeta, w której wówczas pracowałem, wysyłała mnie tam, gdzie żaden inny fotograf nie chciał pojechać. Trzej panowie stawili się karnie na rynku – jeden z nich był nauczycielem, drugi księdzem, trzeci wiceburmistrzem. Sfotografowanie ich nie było łatwe: wpadli w euforię na swój widok.

Żartowali, tarmosili się, poszturchiwali, gadali, dokazywali – zupełnie jak nastolatkowie podczas szkolnej przerwy.

W końcu ich jakoś ustawiłem, zrobiłem zdjęcia, dziennikarka przeprowadziła wywiad. Zostawiliśmy ich w kawiarni całkowicie pochłoniętych rozmową, nie wiem nawet, czy zarejestrowali, że wychodzimy. Warto dodać, że widzieli się dzień przed naszym przyjazdem oraz mieli widzieć się także chwilę po nim. Z rozmowy wynikało zresztą, że wpadali na siebie ciągle: ksiądz, wiceburmistrz, nauczyciel – miasteczko małe, naturalna sprawa.

Spośród setek historii, na które się wtedy natykałem, ta jedna została ze mną na dłużej. I nie sądzę, by wpływ na to miała urokliwa aura, w której rozgrywało się tamto spotkanie – jak na bożonarodzeniowej pocztówce: malownicze miasteczko przysypane śniegiem, obwieszone świątecznymi dekoracjami. Bardziej chodziło o energię tych facetów, których przez blisko godzinę próbowałem zagonić do choć jednego, ostrego zdjęcia.

„W ogóle nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy spotkaliśmy się we trzech” – zaczyna swoją opowieść o przyjaźni Geoffroy de Lagasnerie. Jego esej ma być radykalną rozprawą o tym, jak relacje przyjacielskie mogłyby stać się alternatywnym społecznym fundamentem pozwalającym nam budować wspólnotę. „Wyjść ze świata, żeby go lepiej skonstruować, poukładać, zdekomponować – tak mogłaby brzmieć polityczna formuła przyjaźni jako zrealizowanej praktycznej utopii” – postuluje Lagasnerie.

Swoją opowieść opiera na osobistym doświadczeniu – przyjacielskiej relacji, jaka łączy go z dwójką znanych także w Polsce pisarzy – Didierem Eribonem i Édouardem Louisem. Należy dodać, że Louis (ur. 1992) jest byłym studentem Eribona (ur. 1953), którego z kolei łączy związek romantyczny z Lagasnerim (ur. 1981). „Na samym początku ta relacja była dla Didiera, dla Édouarda i dla mnie jedną z wielu, zintegrowaną z życiem, jakie wiedliśmy my z Didierem, z życiem, jakie wiódł Édouard, i była równoległa do innych powiązań (…). Ale stopniowo przybrała inną formę. Przestała być jedną z naszych interakcji, a stała się środowiskiem życia, przestrzenią, w której każdy z nas nagle ewoluował i zaczął definiować swój stosunek do świata”.

To odkrycie Lagasnerie bada i analizuje szczegółowo. W nim też tkwi radykalizm jego eseju.

Przyjaźń to koniec wolności czy nowy etap bliskości? Francuski filozof się myli
Geoffroy de Lagasnerie, We trzech. Dążenie by wyjść poza. Pochwała przyjaźni, tłum. Jacek Giszczak, Pauza, 2025

Przyjaźń jest tu bowiem przedstawiona jako alternatywa dla innych rodzajów więzi, przede wszystkim rodzinnych i małżeńskich.

Na samym początku francuski filozof pisze więc o egzystencjalnym wywłaszczeniu. Polegać ma ono na „doświadczeniu życiowej formy, która przejmuje nad nami władzę” na długo przed tym, jak uzyskujemy jakikolwiek wpływ nad naszym życiem. Wtłoczeni w tę formę – zanim nabierzemy jakiejkolwiek refleksji, że mogłoby być inaczej – sprawia, że wszystko co możemy robić, to reprodukować jedyny znany model zgodnie z napisanym wcześniej scenariuszem. „Kiedy przychodzimy na świat, ramy społeczne są już tam obecne. Jesteśmy produkowani jako żyjące i kochające podmioty wewnątrz ustanowionych form” – zauważa autor. I dodaje, że przyjaźń jest na liście tych form na dalekim miejscu. Tak dalekim, że w słownikach na określenie niektórych relacji przyjacielskich nie ma nawet słów. „Istnieją różne wyrazy, by nazwać syna brata mojej matki i syna kuzyna mojego ojca, ale nie ma dwóch różnych słów na określenie kogoś takiego jak Édouard, z którym codziennie rozmawiam, i kogoś, z kim raz w miesiącu jem kolację”. Obie te osoby to przyjaciele, choć relacja z każdą z nich jest dla Lagasneriego zupełnie inna.

Formą wyjścia poza te ustanowione schematy ma być miłosny, nieerotyczny trójkąt Lagasneriego, Eribona i Louisa. Więź, która łączy tych trzech mężczyzn ma być osią i punktem odniesienia dla ich relacji ze światem. I na bazie poczynionych wewnątrz tej więzi obserwacji, oraz zapewne w wyniku licznych dyskusji z pozostałymi dwoma autorami, Lagasnerie próbuje napisać nowy, wolnościowy program społeczny stanowiący alternatywę dla „tradycyjnych” instytucji rodzinnych. Kłopot w tym, że jest w tym skrajnie nieprzekonujący.

W miarę lektury tej niedługiej książeczki narasta w czytelniku wrażenie, że propozycja, którą zarysowuje autor, nie tyle jest utopią (jak sam bardzo by chciał i co należy zapisać mu na plus, bo komu się chce dziś pisać utopie), co czymś pomiędzy heterotopią a Elizjum. To pierwsze pojęcie stworzył i spopularyzował Michel Foucault, żeby opisać miejsca realizujące założenia utopii, ale tylko pod warunkiem, że dokonanych zostanie szereg klasowych, kulturowych i ekonomicznych wykluczeń. Heterotopia jest więc miejscem niemalże idealnym, które naprawdę istnieje, ale dostęp do niego mają tylko wybrani. Foucault posługuje się tutaj metaforą statku.

Idąc tym tropem, można uznać, że idealną heterotopią byłby luksusowy wycieczkowiec, na pokładzie którego życie toczy się innym rytmem niż poza nim i regulowane jest nieco innymi zasadami.

Wstęp na taki statek mają zaś ci, którzy spełniają bardzo określone kryteria – klasowe i majątkowe. Elizjum zaś to miejsce tylko dla wybitnych jednostek (wszyscy trzej bohaterowie tej książki bez wątpienia takimi są), niedostępne dla „zwykłych śmiertelników”. Warunki tej definicji spełnia na przykład tolkienowskie Rivendell czy kampusy technologicznych gigantów takich jak Apple czy Google, gdzie „wybrani” mogą korzystać z dóbr, usług i standardu niedostępnego innym.

W książce Lagasnerie dojmująca jest boleśnie naiwna bańkowość całego pomysłu. Można go uznać za przekonujący właściwie jedynie wówczas, gdy przyjmiemy, że wszyscy jesteśmy zamożnymi, nieheteroseksualnymi intelektualistami żyjącymi w Paryżu w pierwszej połowie XXI wieku, mającymi dość ekonomicznej siły i kulturowego kapitału, by zerwać lub przynajmniej zignorować wszystkie relacje ze starych, „narzuconych nam” sieci i form społecznych (takich jak rodzina).

Na takie ustawienie sprawy można by nawet przymknąć na chwilę oko i zgodzić się na myślowy eksperyment, gdyby nie to, że wizja Lagasneriego zbudowana jest na wielu fałszywych założeniach. A te wynikają z uprzywilejowanej pozycji piszącego. Momentami jego wywód ociera się więc o groteskę. Dzieje się tak za każdym niemal razem, gdy autor próbuje jakoś opisać lub zdefiniować świat, dla którego buduje rzekomą alternatywę.

„Wraz z nagłym przejściem do życia rodzinnego wali się cały mentalny wszechświat. To coś w rodzaju wielkiego zamknięcia, zubożenia tkanki relacyjnej” – pisze. Gdzie indziej gorzko zauważa, że on, Didier i Édouard stracili wielu przyjaciół wówczas, gdy przyjaciele ci założyli swoje rodziny. Używa przy tym opisie szeregu zgranych klisz i stereotypów („przeprowadzka do domu na przedmieściach czy małego miasteczka, przyjęcie harmonogramów niezgrywających się z wyjściami na miasto, zmęczenie, przymus wczesnych powrotów, brak wolnego czasu”). Podsumowuje swój wywód zaskakującą konkluzją, że ta „nowa, życiowa orientacja, i ta metamorfoza nieodwracalnie oddala od związków przyjacielskich i od ich wartości”. To perspektywa kuriozalnie jednostronna.

Założenie rodziny, narodziny i dorastanie dzieci mogą być wszak taką samą okazją do rozpoczęcia nowych relacji, jak do ich zamknięcia.

Czy tak się stanie, zależy od rozlicznych okoliczności – nie jest jednak samo w sobie determinujące. Znam ludzi, którzy dzięki temu zyskali nowych przyjaciół (na przykład wśród innych rodziców w szkole, przedszkolu czy na osiedlu), rozluźniając lub przedefiniowując więzy z innymi. To raczej naturalny proces – bliżej nam do ludzi, z którymi dzielimy podobne rozterki i stajemy przed podobnymi wyzwaniami – a nie jakaś społeczna katastrofa, która nas dotyka wraz z pojawieniem się dwóch kresek na teście ciążowym.

Lagasnerie jednak nie pyta o to tych, z którymi kontakt mu się rozluźnił. Nie wie, czy na nowym etapie życia zyskali oni nowych, trochę innych przyjaciół. Wystarcza mu osobista perspektywa – sam stracił, więc na tej podstawie wyciąga wnioski, że także ich sieć relacji uległa ograniczeniu. Takie błędy wynikające z pochopnego uogólnienia popełnia w tej książce raz za razem – dość beztrosko dobierane dowody anegdotyczne przedkłada nad bardziej złożony i zniuansowany ogląd sytuacji.

Pisząc ten tekst wzbraniam się bardzo przed popełnianiem tego samego błędu, ale muszę dodać, że wraz z narodzinami dzieci moja sieć relacyjna się rozbudowała, a przyjaciół mam więcej, niż miałem. Rozluźniłem związki głównie z tymi, których nie interesowało to, że wszedłem w nową życiową rolę. To, swoją drogą, był dobry sprawdzian tych przyjaźni.

Rozczulająco naiwne (użyjmy eufemizmu) jest też fundamentalne dla wywodu Lagasneriego założenie, że „przyjaciel to niemal z definicji ktoś, z kimś dokądś wychodzimy” (to naprawdę dosłowny cytat) – na kolację, piwo, do klubu, na lunch. Tak bowiem zaczęła się przyjacielska relacja opisywana w tej książce. Lagasnerie opisuje wspólne posiłki, niespiesznie pite kawy w kawiarniach Montparnasse’u i wspólne spacery po Ogrodzie Luksemburskim będące pożywkę dla tej relacji. „Przesiadywanie w kawiarni świadczy o swego rodzaju gotowości do spotkań – to publiczna deklaracja, że jesteśmy dostępni dla innych” – pisze, i nie ma w tym cienia ironii. Jeśli więc „przesiadywać” i „wychodzić” po prostu nie lubimy (tak jak ja – ale mniejsza z tym) lub co gorsza nie mamy ku temu możliwości (bo na przykład żyjemy w miejscu, w którym kawiarni do przesiadywania nie ma, nie stać nas na to, uniemożliwia nam to praca lub nie jest to po prostu częścią naszego stylu życia), to z automatu nie mamy szans na zaprzyjaźnienie się z kimkolwiek.

Słowem – ludzie, którzy nie mogą spędzić przedpołudnia na czytaniu książek w kawiarni, nie mają właściwie szans na przyjaciół.

Koniec wywodu.

Najbardziej irytujące jest jednak przekonanie autora, że rodzinne życie jest monotonne i nudne. Że wraz z założeniem rodziny więźniemy w jednej roli i gramy ją właściwie aż do śmierci, a to, co nam pozostaje, to tylko gromadzenie w sobie złogów frustracji oraz tęsknoty za dawnym życiem (kiedy to mieliśmy przyjaciół, mogliśmy „wychodzić” oraz „przesiadywać”). Jest to tak głupia, bezużyteczna, krzywdząca i błędna perspektywa jak ta, którą czasami próbuje się narzucić osobom dobrowolnie bezdzietnym – że o życiu wie się cokolwiek dopiero wówczas, gdy ma się dzieci. A wszystko co jest wcześniej, to po prostu zabawa i brak życiowej dojrzałości. Zdumiewające, że Lagasnerie tego nie widzi.

Na uznanie zasługuje tu więc chyba jedynie ambicja autora, żeby myśleć o przyjaźni jako relacji organizującej nam społeczną rzeczywistość w alternatywny sposób. Ta ambicja zawiera się w podtytułach książki (Dążenie, by wyjść poza. Pochwała przyjaźni). Drugi z nich sprawił, że w ogóle po tę pozycję sięgnąłem. Przywołał on bowiem wspomnienie innej lektury. Mowa tu o wydanej pod takim samym tytułem niewielkiej książeczce polskiego filozofa Michała Herera. Jego Pochwała przyjaźni stawia sobie podobny cel: sprawdzić, czy przyjaźń może nam pomóc (od)budować (nową) wspólnotę.

Herer również wychodzi od krytyki społeczeństwa opartego tylko i wyłącznie na więzach rodzinnych. W centrum ustawia jednak amoralny familizm – postawę, która zakłada, że wartości obowiązują jedynie w obrębie rodziny i mają służyć jej dobrobytowi i bezpieczeństwu. Natomiast poza nią kodeksy, zasady i systemy etyczne ulegają zawieszeniu, zwłaszcza w tych sytuacjach, w których ich łamanie może służyć jej samej. Pojęcie rodziny Herer rozszerza na naród, przygląda się też społeczeństwu obywatelskiemu zinstrumentalizowanemu przez rynek (zauważając, że „instytucje takie jak organizacje pozarządowe służą neoliberalnej ofensywie ograniczania polityki społecznej przez państwo”). To łączy jego tekst z książką Lagasneriego – obie poddają krytyce społeczeństwo, w którym główną siłą organizującą jest kapitał.

„Zapewne możliwa jest rodzina poza amoralnym familizmem, być może także naród poza narodowym egoizmem i obywatelskość niezinstrumentalizowana przez rynek, w każdym przypadku musi się jednak pojawić element spoza dotychczasowej logiki działania (…) – pisze Herer. – Elementem tym albo raczej typem relacji, która mogłaby je zdestabilizować, ale przez to niejako uzdrowić, jest właśnie przyjaźń. Tę ostatnią od samego początku trzeba jednak spróbować pomyśleć poza tradycyjną opozycją tego, co publiczne i tego, co prywatne – zamiast odsyłać ją do (z założenia niepolitycznej) sfery prywatnych kontaktów międzyludzkich, dostrzec w niej pewną jakość albo siłę, która może przenikać relacje innego rodzaju”.

W swoim tekście Herer sięga często po tych samych autorów, z których czerpie Lagasnerie, takich choćby jak Roland Barthes, Michel Foucault czy Anthony Giddens.

Przyjaźń to koniec wolności czy nowy etap bliskości? Francuski filozof się myli
Michał Herer, Pochwała przyjaźni, PWN, 2017

Trudno nie odnieść jednak wrażenia, że robi z tych lektur o wiele lepszy użytek. Przede wszystkim dlatego, że dostrzega wielość wynikających z nich definicji i ujęć przyjaźni.

To już nie jest hermetycznie pojmowana relacja oparta na „wspólnym wychodzeniu” i poświęceniu się całym sobą tylko jej – to raczej mnogość różnych scenariuszy.

Herer zwraca uwagę, że niemal każda relacja przyjacielska działa na nieco innych warunkach i opiera się na innym kontrakcie. Dla jednych jest to tak intensywna i bliska zażyłość stanowiąca centrum życia, jak ma to miejsce w przypadku Lagasneriego, Eribona i Louisa; dla innych będzie to związek pozostający w zawieszeniu i oddaleniu, zbudowany jednak na pewności, że w razie potrzeby (lub kryzysu) można go odnowić i „uruchomić” bez poczucia winy.

Pomiędzy tymi dwiema skrajnościami zawiera się nieskończona liczba modeli przyjaźni, które jednak mają kilka cech wspólnych.

Jedną z najważniejszych jest arystotelesowskie przekonanie, że sensem przyjaźni jest ostatecznie cnota albo ćwiczenie się w cnocie. Mówiąc w uproszczeniu – zrobienie świństwa przyjacielowi właściwie przyjaźń unieważnia.

W przyjaźni nieobecne lub przynajmniej nieaktywne są też afekty właściwe miłości romantycznej. Przyjaźń nie jest kompulsywna i neurotyczna, przez co pozbawiona jest przymusu. „Inną specyficzną cechą przyjaźni – częściowo związaną z ową nieobecnością przymusu, z oczyszczeniem z lęku, potrzeby, braku – jest jej oparcie na dystansie” – pisze Herer. Nie ma w niej obowiązku symbiozy, polega ona bowiem przede wszystkim na poszanowaniu granic i odrębności. Tak z grubsza i w skrócie opisana przyjaźń stanowi dla Herera materiał do przekonujących rozważań nad tym, czy da się z niej uczynić instrument do budowania nowych więzi społecznych. „Żyjemy w epoce kryzysu tradycyjnych wspólnot” – pisze filozof. I zauważa trzeźwo, że „(…) Zasadnicze pytanie nie brzmi już: co się stało z dawną wspólnotą. Stoimy raczej wobec problemu bardziej podstawowego, a zarazem szerszego, który można by streścić w formule: jak żyć wspólnie?”.

Najważniejszy jest jednak postulat Herera, który właściwie unieważnia cały wywód Lagasneriego (choć powstał sześć lat przed książką Francuza): aby móc przemyśleć przyjaźń jako siłę prowadzącą do szerszej, społecznej przemiany, trzeba wykroczyć poza rozumienie jej jako więzi między jednostkami. Słowem: czy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić dwa kraje, które szczerze się przyjaźnią? Czy mieści nam się w głowie korporacja, która jest prawdziwym przyjacielem obywateli i obywatelek?

Czy jest możliwa szczera, pełna oddania przyjaźń między ludzkimi a nieludzkimi mieszkańcami danego terytorium?

Takie pytania zadaje w swojej książce Herer i to one mają prawdziwie wywrotowy, rewolucyjny charakter.

Warto się nad nimi zastanawiać, rozmawiać o nich i się o nie kłócić. I nieważne, czy będziemy to robić, przesiadując w kawiarni, czy w zaciszu własnego domu. Grunt, abyśmy mogli to robić z przyjaciółmi.

 

Michał Herer, Pochwała przyjaźni, PWN, 2017
Geoffroy de Lagasnerie, We trzech. Dążenie by wyjść poza. Pochwała przyjaźni, tłum. Jacek Giszczak, Pauza, 2025

 

Czytaj więcej