Każdy może się dosiąść. Filip Springer o tym, dlaczego warto palić ogniska

Każdy może się dosiąść. Filip Springer o tym, dlaczego warto palić ogniska - Fathers.pl
Ilustracja: Midjourney
Felieton #filozofia #książki #ognisko

Jeśli ktokolwiek napisał o ognisku coś, co w pełni oddaje jego moc, to zrobił to, o dziwo, Heidegger, który zauważył – mniej więcej – że już w chwili wzniecenia ognia natychmiast staje się ono centrum naszego świata.

Zasada była bardzo prosta: każdy może się dosiąść, nie pytając o zgodę. Praktykowaliśmy ją wielokrotnie: na zlotach, rajdach, obozach, ale też na polach namiotowych podczas wielodniowych wędrówek. Trzeba było tylko rozpoznać, czy przy ogniu siedzą swoi – wtedy to znaczyło tyle co „inni harcerze”.

Więc się dosiadaliśmy i dosiadano się do nas. Wielokrotnie. Bez słowa, czasem się tylko dorzucało do ognia garść chrustu albo zieloną gałązkę. Na znak, że się przyszło.

Różny był ich przebieg. Czasem dosyć uroczysty, kiedy indziej wypełniony śpiewem i śmiechem, niekiedy do bólu praktyczny, gdy trzeba było podgrzać żarcie, usmażyć kiełbasy, zagotować gar wody na herbatę po całym dniu na mrozie. Ale kończyły się zawsze tak samo: wspólnym, milczącym gapieniem się w ogień. Choćby tylko przez kilka minut, zanim zagasimy i ruszymy dalej. Albo po prostu pójdziemy spać.

Trudno o coś bardziej analogowego niż ognisko.

Żeby je rozpalić trzeba nazbierać drewna, wiedzieć jakiego, trzeba umieć je ułożyć i podpalić. Na ognisko trzeba poczekać – to nie jest produkt instant. Potem się ogniskiem pachnie. I ma się popiół pod paznokciami.

Jeśli ktokolwiek napisał o ognisku coś, co w pełni oddaje jego moc, to zrobił to, o dziwo, Heidegger, który zauważył – mniej więcej – że już w chwili wzniecenia ognia natychmiast staje się ono centrum naszego świata. Inni mądrzy też dorzucili swoje gałązki: „Doświadczamy dobrodziejstw ognia, kiedy opieramy łokcie na kolanach, a głowę bierzemy w dłonie. Ta postawa ma swoje odległe źródło. Dziecko przybiera ją przy ogniu w sposób naturalny” – pisał francuski myśliciel Gaston Bachelard.

Nie żebym czytał jego Psychoanalizę ognia (1938). Trafiłem na ten fragment w książce Duch nadziei i inne eseje wydanej niedawno przez Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Napisał ją urodzony w Korei Południowej niemiecki filozof Byung-Chul Han, autor szalenie drażniący i to z kilku powodów.

Po pierwsze, pisze dosyć krótkimi, oznajmiającymi zdaniami, o których można powiedzieć wiele, ale nie to, że dają jakąś szczególną przyjemność z lektury. Po drugie, próżno szukać u niego znaków zapytania – dosłownie i w przenośni. Han oznajmia, i raczej nie daje sobie zbyt wiele przestrzeni na wątpliwości. Przede wszystkim jednak stoi w rozkroku między dwiema, tradycyjnie okopanymi stronami politycznego spektrum. I to (mnie) drażni w nim, najbardziej, ale już w przyjemny sposób. W swoich tekstach bezlitośnie krytykuje kapitalizm, ale też upomina się o rytuały i święta, zwracając uwagę, że wraz ze śmiercią bogów (albo chociaż form ich celebracji) nasze możliwości tworzenia wspólnot, komunikowania się wewnątrz nich i budowania odporności na kryzysy może i nie zanikły zupełnie, ale zostały znacząco osłabione. To dlatego w jednej z recenzji wcześniejszych książek Hana przeczytałem kiedyś kuriozalny zarzut, że jego pisanie bywa wręcz „reakcyjne”.

I również dlatego czytam Hana pasjami.

Jednym z wielkich tematów Ducha nadziei jest opozycja między „komunikacją bez wspólnoty” a „wspólnotą bez komunikacji”. Brzmi zawile, ale to w gruncie rzeczy dość proste. To pierwsze opisuje rzeczywistość, w której żyjemy – pełną sygnałów, wiadomości, tekstów kultury, na każdym kroku angażującą naszą uwagę. Króluje w niej informacja, która ma charakter kumulatywny – bombarduje nas, doświadczamy jej na każdym kroku i każdego dnia. Ale czy układa się w jakąś opowieść? Czy dzięki tak powszechnemu jak nigdy dotąd dostępowi do informacji choć trochę lepiej rozumiemy nasz świat? Potrafimy go sobie objaśnić?

„Komunikacja cyfrowa jest w gruncie rzeczy komorą echa, w której ludzie słyszą głównie samych siebie. Polubienia, znajomi i obserwujący nie tworzą żadnego podłoża rezonansu. Wzmacniają jedynie echo własnego Ja” – pisze Han i dodaje: „Hałas komunikacji wypiera dziś ciszę”.

A to właśnie w ciszy powstaje „wspólnota bez komunikacji”. Wspólne przeżywanie chwili, doświadczanie świata, celebracja powtarzalnych obrzędów czy świąt pozwalają „zadomowić się ludziom w nieskończoności czasu”. Ognisko jest jednym z momentów, kiedy bez słowa zawiązuje się wspólnota. Nie trzeba jej sobie opowiadać ani uzgadniać. Ona się staje – w chwili, w której siadamy razem przy ogniu.

Każdy może się dosiąść. I w milczeniu popatrzeć w samo centrum świata.

 

Czytaj więcej