Jak się rozpieszczać na zimowym biwaku
W biwakowaniu zimą najważniejsze są luksusy. Kluczowy sprzęt i przestrzeganie najważniejszych zasad pozwalają zachować bazowy komfort i bezpieczeństwo, ale dla mnie liczą się przede wszystkim drobne elementy, które uprzyjemniają spędzanie mroźnej nocy na zewnątrz, i wzmacniają morale.
Jeśli myślisz o swoim pierwszym zimowym outdoorowym noclegu, bardzo cię zachęcam do realizacji tego pomysłu – podpowiem, o co trzeba zadbać. Ale najpierw ustalmy, co mam na myśli, proponując ci „zimowy” biwak. Nie mówię więc o zimie, która przypomina deszczowy listopad z temperaturami na lekkim plusie, co kryzys klimatyczny serwuje nam od paru lat. Z pewnością też za pierwszym razem nie powinieneś się wybierać w szczytowe partie gór czy w czasie ekstremalnych mrozów i śnieżyc. Celuj w kilka stopni poniżej zera i ładny, zimowy wyż.
Spanie
Twoje bezpieczeństwo i komfort zależą przede wszystkim od jakości posłania: musisz zająć się wszystkimi drogami utraty ciepła.
Najważniejsze to izolacja od gruntu – bez niej nawet najlepszy śpiwór pozostanie tylko elementem dekoracyjnym. W opisie każdej maty, piankowej czy dmuchanej, powinieneś znaleźć tajemniczą R-value: to właśnie wartość izolacji. Zimą potrzebujesz co najmniej R=5.0, ale naprawdę podziękujesz sobie za 6.0 i więcej – tyle że wchodzimy tu już w drogi, wyprawowy sprzęt. Jest jednak inne rozwiązanie: zacznij od porządnej, ale zwykłej karimaty (najlepiej foliowanej) i dopiero na nią połóż dmuchaną trzysezonową matę. Ich wartości R się zsumują.
Wychładza cię także wypromieniowanie ciepła – ale właśnie przed tym chronią śpiwory (zawsze typu mumia!). One też mają wystandaryzowane parametry. Producenci podają trzy zakresy temperatur: komfort, limit i ekstremum. Ta ostatnia wartość bywa szokująco niska, ale to temperatura, w której śpiwór chroni jedynie przed zamarznięciem; biwakując, należy mieć wyższe ambicje.
Na początek stosuj zasadę, by limit śpiwora był o jakieś dziesięć stopni niższy od prognozowanej temperatury – później będziesz już wiedzieć, czy wystarczy ci lżejszy sprzęt, czy może musisz kierować się raczej temperaturą komfortu.
Pamiętaj, że także tu działa zasada dodawania warstw: dobra wkładka (myśl o niej jak o mumiowym prześcieradle) obniży limit śpiwora o kolejne kilka stopni, a przy okazji rzadziej będziesz musiał go prać.
Jeśli ma być naprawdę zimno, na śpiwór możesz położyć kilt (lekką outdoorową kołderkę) lub – w wersji minimalistycznej – dodatkowo przykryć się w środku swoją puchówką, o ile jest sucha.
Pora na luksus: nieizolowany stalowy bidon (nie termos) wypełniony gorącą wodą i włożony w skarpetę czy koszulkę stanie się supertermoforem.
Z ocieplaniem nie można jednak przesadzić: w śpiworze ma być komfortowo, nie – gorąco.
Jeśli się spocisz, śpiwór – zwłaszcza puchowy – straci sporo własności izolacyjnych, a ty schłodzisz się trzecią drogą, czyli przez parowanie. Dla uniknięcia wilgoci w środku ważne jest też, żeby nawet w najzimniejsze noce nie zamykać się szczelnie w kapturze mumii: zostaw sobie choćby niewielki otwór na nos i usta, żeby parę wodną wydychać na zewnątrz.
Z wilgocią wiąże się też najważniejszy dla mnie biwakowy luksus: Święte Skarpetki. Chodzi o ciepłe skarpety, które przez cały dzień trzymasz w wodoszczelnym woreczku w plecaku i zakładasz wyłącznie do spania. Membrany, stuptuty i inne wynalazki nigdy w pełni nie zapobiegną przemoczeniu po godzinach spędzonych w śniegu, dlatego ta jedna para musi pozostać nienaruszona. Do nich możesz też dorzucić dodatkową koszulkę i gatki termiczne.
Nie tylko tobie będzie w śpiworze ciepło. W nogach trzymaj bazowe warstwy ciuchów na następny dzień, włożone w foliówkę buty (które starannie otrzep wcześniej ze śniegu!) i elektronikę. Niewiele jest rzeczy gorszych na zimowym biwaku niż lodowaty podkoszulek o poranku; baterie na zimnie padają błyskawicznie, a zamarznięte na kamień buty to wręcz poważne zagrożenie.
Jeszcze jedno: brytyjski książę Filip trzymał się podobno zasady, by na wszelki wypadek korzystać z toalety zawsze, gdy była ku temu okazja. W naszym przypadku oznacza to: wysikaj się, zanim na dobre wejdziesz do śpiwora (i podziękuj w myślach księciu Filipowi za nieoczekiwaną inspirację). Albo przygotuj sobie przy posłaniu wygodną – i solidnie zakręcaną – butelkę na siuśki (korzystając z niej, nie musisz w myślach dziękować mnie). Serio. Zimą pełny pęcherz to tylko dodatkowa objętość do ogrzania przez twoje ciało, a każde wyjście ze śpiwora i na zewnątrz kosztuje jeszcze więcej ciepła.
Dom
Czy potrzebujesz specjalnego zimowego namiotu? Tak, istnieją specjalne „gorące” namioty z izolacją termiczną, przystosowane nawet do ogrzewania piecykiem, z dziurą na komin. Ale jeśli rozglądasz się za takim sprzętem, to pewnie jesteś fińskim bushcraftowcem i nie wiem, dlaczego czytasz ten tekst. „Zwykłe” modele zimowe czy wyprawowe różnią się od trzysezonowych przede wszystkim mocniejszą konstrukcją i elementami takimi jak fartuchy śnieżne.
Ale skoro, jak ustaliliśmy na początku, na razie nie szykujesz się na śnieżycę w wysokich górach, sprytnie zastosowany namiot wakacyjny wystarczy – o ile to igloo. Ten kształt (kopuła geodezyjna) najlepiej radzi sobie z wiatrem i ewentualnym ciężarem spadającego śniegu, szczególnie, jeśli stelaż składa się z trzech, a nie dwóch pałąków.
Przed wiatrem powinien cię też chronić mądry wybór miejsca: wykorzystaj naturalne osłony, zamiast rozbijać się na środku pustego pola.
O ile to możliwe, odsłoń spod śniegu łatę ziemi odpowiadającą wielkością namiotowi.
Jeśli śniegu jest za dużo albo nie masz na to czasu czy siły, przynajmniej ubij swoją działkę butami, a potem jeszcze wyrównaj kolanami, jak tylko wejdziesz już do namiotu (gdy ubity śnieg spod podłogi zamarznie, z tą wkurzającą górką pod kręgosłupem zostaniesz już do rana). Pod namiot zawsze warto położyć płachtę folii izolacyjnej albo specjalny footprint, czyli płachtę chroniącą podłogę namiotu.
Problemem może być podwiewanie drobinek śniegu pod krawędzią tropiku – właśnie temu zapobiegają zakopywane w śniegu fartuchy zimowych namiotów. Trzysezonowe sypialnie mają zwykle spore powierzchnie z siateczki, więc śnieżny pył trafi ostatecznie na twoją twarz i zmoczy śpiwór, ale i na to są sposoby. Część wywietrzników możesz zakleić folią NRC (w outdoorze zawsze masz ze sobą folię i taśmę izolacyjną, prawda? Prawda?), pozostawiając jednak niektóre, aby w sypialni nie zaczęła kondensować się wilgoć. To, ile możesz zakleić, sprawdzisz wyłącznie eksperymentalnie. Dodatkowo wokół namiotu możesz zbudować niskie wały ze śniegu, które ograniczą podwiewanie. Jeśli wcześniej wykopałeś w śniegu miejsce pod namiot, tę samą funkcję spełniają już brzegi twojego grajdołka.
Aby oprzeć się wiatrowi, nawet igloo musi być bardzo starannie naprężone linkami. W płytkim śniegu to nie jest wielki problem (choć przydadzą się ząbkowane śledzie lub coś do wbijania szpilek w zmarznięty grunt), ale w głębszym trzeba sobie radzić inaczej. Obwiąż odciągami swoje kijki trekkingowe albo wiązki patyków lub woreczki ze śniegiem, napnij, zakop takie kotwy w śniegu i udepcz.
A może należysz do sekty hamakowej i z niesmakiem myślisz o spaniu w zamkniętej przestrzeni namiotu? W hamaku da się biwakować zimą i to całkiem komfortowo – o ile nie wieje i nie śnieży zbyt mocno, a pogoda to raczej rześki przymrozek niż tęgi mróz.
Podstawą jest ochrona przed wiatrem, bo to on błyskawicznie wychładza. Trzeba więc wykorzystać osłonę drzew i strategicznie zainstalować płachtę biwakową (tarp), żeby od nawietrznej sięgała możliwie nisko. Warto też mocno ją napiąć, zwłaszcza jeśli w prognozie są opady śniegu (nie mówię tu o śnieżycy).
Na hamaku absolutnie niezbędna jest podpinka termiczna (underquilt): to rodzaj prostokątnej kołderki, którą zawieszasz pod hamakiem. Niektóre modele hamaków mają specjalnie do tego przeznaczone pętelki na brzegach. Zaraz, ale po co kołdra POD hamakiem? Otóż w przestrzeni między kiltem a hamakiem tworzy się poduszka ogrzanego przez twoje ciało powietrza: w ten sposób masz z podpinki znacznie większą korzyść, niż gdybyś leżał bezpośrednio na niej.
Osobiście – dla spokoju – na dnie hamaka kładę jeszcze niezawodną folię (NRC lub wielorazową izolacyjną), na niej dmuchaną matę i dopiero na to gramolę się ze śpiworem. Jeśli brzmi to jak sporo cyrkowej roboty, to zapewniam, że dokładnie tak jest. Tu zasada księcia Filipa (lub przećwiczony wcześniej manewr z butelką…) jest jeszcze ważniejsza, bo wygrzebanie się z takiej wiszącej gawry i powrót do niej to cała epopeja.
Jedzenie
W zimowym biwakowaniu fajne jest to, że wręcz trzeba dużo jeść, a zapadający szybko mrok daje mnóstwo obozowego czasu na przekąski, solidne posiłki i śmieciowe snacki. Nie będę tu proponował menu, ale z pewnością muszą się w nim znaleźć jakieś pleasures mniej lub bardziej guilty: dla mnie to kwaśne żelki i słone precelki.
Warto choć kilka opakowań nieść w kieszeni, nie w plecaku, żeby nie zamarzły.
Zakładam, że masz już doświadczenie z outdoorowym gotowaniem latem, więc tylko dla przypomnienia: możesz sobie siedzieć w namiocie, ale kuchenka musi stać na zewnątrz (bardzo przydają się tu namioty z daszkami montowanymi na kijkach trekkingowych).
Zimą niezbędny jest ekran termiczny: osłaniający palnik arkusz grubej folii aluminiowej lub metalowy miniparawan, a także izolacja od podłoża (malutka karimata, deska do krojenia). Przede wszystkim jednak istotny jest dobór paliwa. Skroplony gaz z klasycznego kartusza w bardzo niskich temperaturach nie będzie chciał przejść w fazę lotną, więc palnik albo w ogóle nie wystartuje, albo gotowanie potrwa wieki.
Rozwiązaniem mogą być kartusz z zimową mieszanką, specjalny reduktor, w którym zbiornik montuje się do góry dnem, albo ogrzewanie go pod kurtką przed gotowaniem.
Jeśli jednak planujesz częstsze biwakowanie zimą, albo w wyższych górach, albo w miejscach, do których lecisz samolotem (kartusza tą drogą nie przewieziesz, a nie zawsze będzie do kupienia), warto zainwestować w maszynkę benzynową lub uniwersalną. Jej rozpalenie wymaga trochę więcej zachodu: trzeba wytworzyć pompką nieco ciśnienia, następnie podpalić odrobinę paliwa na specjalnym talerzyku pod dyszą i dopiero wtedy uruchomić palnik. Ten wstępny etap to bardzo dobry sposób na błyskawiczne skrócenie grzywki lub rzęs, dlatego warto go sobie wcześniej przećwiczyć w okolicznościach, gdy akurat nie czekasz na pierwszy od rana ciepły posiłek.
Inne dostępne opcje to paliwo stałe (łatwopalne kostki przypominające białą podpałkę do kominków) lub tradycyjne ognisko. To pierwsze w niskich temperaturach nie jest jednak bardzo efektywne, a drewno zimą jest zwyczajnie mokre. Do tego przynajmniej w polskich warunkach dochodzą kwestie legalności palenia otwartego ognia. Krótko mówiąc, to raczej wyjścia awaryjne niż podstawowe.
***
Niezależnie od tego, czy po przeczytaniu tego tekstu zaczynasz pakować się na nocowankę w lesie, czy raczej ze zgrozą myślisz, że w ogóle mogło ci to przyjść do głowy, warto pogadać z kimś, kto ma doświadczenie takiego wyjazdu, i być może w pierwszy zimowy biwak wybrać się wspólnie. Nie zapominając o luksusach.