Jak po tygodniu na biegówkach porwałem się na Puszczę Bolimowską

Jak po tygodniu na biegówkach porwałem się na Puszczę Bolimowską - Fathers.pl
Ilustracje: Midjourney
Partner: Koleo
Biegówki Partner: Koleo Poradnik #biwak #mikrowyprawa #podróże #Puszcza Bolimowska

Słuchaj w formie podcastu

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

„Płynę. Lecę! Wiatr świszczy w uszach. »Poezja w ruchu!«, myślę, i rzucam okiem na zegarek: cztery kilometry na godzinę. Cztery. Na godzinę. Podnoszę wzrok – i ląduję w krzakach, potykając się o coś, co trudno nawet nazwać zakrętem” – o swojej pierwszej arktycznej wyprawie… pod Skierniewicami pisze Kamil Gryko.

Jak po tygodniu na biegówkach porwałem się na Puszczę Bolimowską

Właściwie nie wiem, jak ja się uchowałem przez te wszystkie lata. Kiedyś porządne zimy były w miarę regularne, wokół mam kilka osób, które jeżdżą od lat, od zawsze potrzebuję pobyć w przyrodzie, nie jestem utalentowany ruchowo, więc uwielbiam sporty wytrzymałościowe – a jednak nigdy nawet nie spróbowałem biegówek.

W tym roku, pierwszym śnieżnym od chyba czterech, miarka entuzjastycznych doniesień od biegówkowych przyjaciół przebrała się i tak wylądowałem o dwudziestej drugiej na zaśnieżonej ścieżce na skraju lokalnego lasku, z przypiętymi nartami.

Oczywiście wiedziałem, co robię: przejrzałem co najmniej dwa filmiki na YouTubie. Następnego dnia kumpel miał mi pokazać, co i jak, ale przecież nie mogłem rozpocząć nauki całkiem zielony.

Sprzęt kupiłem tego samego dnia, po dogłębnym riserczu, z którego wyszło mi, że chcę narty „back country”, zwane też śladowymi: wolniejsze od klasycznych biegówek, bo nieco szersze, z mocniejszymi wiązaniami. Dobre na nieprzygotowane ścieżki i łatwiejsze do opanowania na zjazdach. Bardzo miła pani w sklepie/wypożyczalni rzuciła okiem na mój strój: – Widzę, że pan sportowy, to może jednak takie do biegania bardziej niż szurania? – Nie do takich rzeczy mnie namówiono prostym pochlebstwem, ale tym razem zwyciężyła ostrożność. Sześćdziesiąt cztery milimetry szerokości wydawało mi się o wiele pewniejsze niż pięćdziesiąt czy nawet pięćdziesiąt pięć.

Odepchnąłem się jedną nartą, jak to widziałem na filmiku… i faktycznie ruszyłem!

Dalszą historię pierwszych sekund mojej jazdy już znacie. Wybierając wiązania, zdecydowałem się na zamykane ręcznie: sprzedawczyni powiedziała, że po upadku łatwiej się z nich wypiąć niż z automatów, które trzeba „dziabnąć” kijkiem. Nie potrzebowałem innych argumentów. Wypięcie faktycznie było proste, ale wpinanie – przez kilka kolejnych dni – doprowadzało mnie do szaleństwa. Pierwszą nartę zapinałem, przyklękając na kolano, ale z drugą już się tak nie dało. Na stojąco, walcząc o utrzymanie równowagi, po kilka razy albo zamykałem wiązanie, nie łapiąc buta, albo nie mogłem docisnąć dźwigni na źle ustawionym czubku.

Jak po tygodniu na biegówkach porwałem się na Puszczę Bolimowską

Po sesji z kumplem i kilku kolejnych porankach, kiedy odprowadzałem syna do szkoły z nartami pod pachą, po czym wracałem na nich ośnieżonymi ścieżkami prosto przed komputer, nabrałem ochoty na jakąś biegówkową przygodę. Byłem już przecież doświadczonym narciarzem! Wymyśliłem, że w piątek po pracy podjadę pociągiem do Skierniewic, poszusuję wieczorną Puszczą Bolimowską, zabiwakuję nad Rawką i następnego dnia ruszę na nartach do Żyrardowa albo którejś z wcześniejszych stacji na tej samej linii. Drugą opcję trzymałem w zanadrzu tylko na wypadek mało prawdopodobnej sytuacji: gdyby dwadzieścia pięć kilometrów na biegówkach okazało się za długim dystansem jak na czwartą czy piątą jazdę w życiu. Owszem, nigdy nie twierdziłem, że rozsądnie mierzę zamiary na siły.

I tak dokładnie tydzień po biegówkowym debiucie na ścieżce pod domem, tym razem stoję na początku leśnego duktu, z całym dobytkiem na plecach, i patrzę na lód skrzący się w świetle czołówki.

Wkrótce przekonuję się, że z plecakiem znacznie łatwiej jest wypuścić narty za daleko w przód i wywalić się do tyłu niż bez niego. No shit, Sherlock. Dlatego polarnicy ciągną za sobą specjalne sanki – ale przecież pod Skierniewicami nie będę się bawił w Marka Kamińskiego! (Albo Mateusza Waligórę, z którym świetną rozmowę przeczytacie tu). Uczę się więc jechać z nieco bardziej pochyloną do przodu sylwetką, bo na biegówkach upadki do tyłu nie należą do przyjemnych: wszak czubek buta wciąż przyczepiony jest do narty.

Dukty są mocno oblodzone i wyjeżdżone terenówkami myśliwych i leśników, szybko więc zaczynam wybierać raczej ośnieżony środek drogi lub jadę całkiem poza nią, wąskim pasmem przy samej linii lasu. Po euforycznych ośmiuset metrach widzę przed sobą zjazd i skręt. Próbuję płużyć, do tego dokładam jeszcze nieortodoksyjny trik z ciągnięciem kijków po ziemi, jak pokazywał mi przyjaciel, ale i tak się wywracam, a do tego lewy kijek wypada mi z ręki i znika w ciemnościach, sunąc w dół skarpy. Po kilku minutach szukania, docierając aż do zamarzniętego strumyka w dole, jestem bliski, żeby zrezygnować i znaleźć sobie jakiś patyk, ale nagle jest!

 

Jak po tygodniu na biegówkach porwałem się na Puszczę Bolimowską
Jak po tygodniu na biegówkach porwałem się na Puszczę Bolimowską

Skręcające zjazdy są trudne. Kumpel pocieszał mnie, że nawet profesjonaliści wyglądają na nich trochę niezgrabnie. Ale ja przypominam wtedy raczej ludzika z patyczków, szarpanego na niewidzialnym sznurku. Słowo „control” w nazwie moich nart brzmi jak bezczelne szyderstwo. Do braków techniki dochodzi jeszcze nawigacja: nocą zaśnieżone szlaki wyglądają tak samo jak zaśnieżone nie-szlaki.

Przez moment przesuwam się tam i z powrotem, wreszcie pojawia się ścieżka – całe wiązki tropów (tu przydałaby się tropicielska ściąga, o której w pięknym tekście o Puszczy Białowieskiej wspomina Dorota Borodaj). Dziki i sarny, braciszkowie mniejsi, pokazują mi drogę! Braciszkowie po kilkuset metrach skręcili w tak gęsty młodnik, że nawet nie próbuję się przedzierać. Znów trochę jadę, a trochę niosę narty przez bezdroża (ale wpinanie się za każdym razem zajmuje mi odrobinę mniej czasu) i wtedy widzę TO. Ewidentnie ktoś przede mną jechał tu na biegówkach.

O, jakże jesteś piękna, moja przyjaciółko czy przyjacielu narciarzu! Twój tor jest jak wstążka srebrna, jego przebieg pełen wdzięku, a narty masz zapewne z drewna Libanu.

Dojeżdżam do zakola Rawki, z ulgą zrzucam plecak i szybko się rozbijam. W dwie i pół godziny przejechałem (i trochę przeszedłem) nieco ponad trzy kilometry, ale czuję się jak po miesięcznej wyprawie. W nocy śnią mi się narty. Rano smaruję je na nowo (patrz niżej) i ruszam, w świetle dnia widząc wyraźnie, którędy biegną ścieżki. Poprzedni wieczór dał mi solidną lekcję i nawet nie myślę już o Żyrardowie: bez żalu kieruję się na znacznie bliższy Radziwiłłów. Po kilku kilometrach orientuję się, że przez całe długie minuty nie patrzę pod nogi, nie ratuję się rozpaczliwie kijkami, niezgrabnie, ale płynnie podążam za wijącym się duktem.

Już wiem, że nie będzie to ostatnia taka wycieczka. I nie będzie to też mój ostatni sezon biegówkowy.

 

O tym, jak lepiej ode mnie uczyć się jazdy na biegówkach, pisała już Kinga Gałuszka. Ale z moich błędów wyciągam kilka solidnych wniosków i dorzucam własne rekomendacje:

Buty back country: to w zasadzie trekkingowe trepy z podeszwą dostosowaną do wiązań. Dają stabilność w terenie oraz pewność przy chodzeniu, ale to nie są ścigacze.
Stalowe krawędzie: chronią ślizgi i dają większą pewność w trudniejszym terenie.
Strój: zwłaszcza na początku warto ubrać się nieco cieplej niż na zimowe bieganie, bo ruch będzie nieco mniej intensywny. Koniecznie weź ze sobą dodatkowe warstwy na postoje.
Lasy i pola: to jest królestwo biegówek, choć trzeba unikać najbardziej wyślizganych i ubitych duktów. Sprawdza się zasada, że im głębszy śnieg, tym szersza narta.
Hamowanie: warto umieć na każdym środku transportu, także biegówkach. Nawet na płaskich polach zdarzają się całkiem szybkie zjazdy.
Smarowanie: narty z łuską, nawet jeśli przy zakupie od razu dałeś je do smarowania na gorąco, warto przejechać przed każdą jazdą specjalnym płynem – to wydłuży żywotność warsztatowego smarowania.

 

Czytaj więcej