SZCZĘSNY: Jak lis w norze albo partyzant w szałasie. O bardzo małych domach

SZCZĘSNY: Jak lis w norze albo partyzant w szałasie. O bardzo małych domach - Fathers.pl
Ilustracje: Midjourney
Ludzie Rzeczy #architektura #działka #ogród

To w małych domach – na działkach czy gdzieś w lesie lub po prostu za miastem, w różnych sytuacjach, jak w kolejowej ubikacji albo na koi jachtu – testujemy limity naszej ergonomii.

Na co dziś komu małe domy? Kto w czasach hossy chciałby z własnej woli mieszkać w dwuizbowej chatce? Przebodźcowany hipster, traper ćmiący fajeczkę pośród suszących się skór jenotów, a może walczący z konsumeryzmem idealista? Powodów, dla których ludzie wybierają (przynajmniej krótkotrwałe) mieszkanie w chatkach czy mikrodomach jest wiele. Łączą je ograniczenia: zewnętrzne i wewnętrzne – narzucone prawem, przestrzenią i budżetem; przyjęte przez nas samych są formą samodoskonalenia i doświadczania głębszego kontaktu ze światem i naturą, zgodnie z maksymą modernistycznego architekta Miesa van der Rohe mówiącą, że „mniej znaczy więcej”.

Wszystkie wynikające z owych ograniczeń formy: od domku na drzewie poprzez ogrodową pracownię, aż po całoroczne mikrodomy, podlegają dwóm ważnym zmiennym: jak długo chcemy w nich przebywać i z kim. Czas, jaki spędzimy w małej kubaturze samemu albo w towarzystwie innych, powinien przekładać się na wielkość i charakter przestrzeni oraz na konkretne, najlepiej „szyte na miarę” rozwiązania. Powinien, ale nie zawsze mamy luksus wpływania na przestrzeń, w której dłużej przebywamy. Prawdopodobnie to dekady życia w zbyt małych mieszkaniach spółdzielczych w PRL-u i wakacje w zbitych z dykty domkach letniskowych w ramach Funduszu Wczasów Pracowniczych spowodowały, że wielu z nas łaknie większych powierzchni i uznaje mikrodomy za coś substandardowego.

Jeśli chodzi o ograniczenie zewnętrzne, to

mikrostruktury spotykamy zazwyczaj tam, gdzie nie można budować pełnowartościowych domostw.

Na działkach rekreacyjnych i tych, gdzie z różnych powodów budynki nie mogą mieć fundamentów, a których dotyczy formułka wyrażona w planach miejscowych: „obiekt nie może być na stałe związany z gruntem”. Na nich można stawiać, nierzadko z przymusem okazyjnego przestawiania, jedyne trzydzieści pięć metrów kwadratowych powierzchni. To mało, bo w niej zawierają się też ściany, co po ich odliczeniu daje marne dwadzieścia dziewięć metrów kwadratowych. Jeszcze mniej, bo do dwudziestu pięciu metrów kwadratowych mają chatki powstające na terenie miejskich ogródków działkowych. To naprawdę niewiele, a na dodatek często są pozbawione wygód w postaci wody i kanalizacji, bo na ROD-ach instalacje doprowadzone są tylko do wspólnotowych umywalni. Na pocieszenie pozostaje nam elektryczność, kanister z kranem i żeglarska ubikacja. Prawie tak zwany off grid, co paradoksalne, bo niemało wokół tych oaz zieleni i spowolnienia, znajduje się w sercach poprzecinanych gęstą infrastrukturą miast.

SZCZĘSNY: Jak lis w norze albo partyzant w szałasie. O bardzo małych domach
SZCZĘSNY: Jak lis w norze albo partyzant w szałasie. O bardzo małych domach

W samej Warszawie większość z około stu pięćdziesięciu ogrodów działkowych dzielnie trzyma się w sąsiedztwie gęstej wielkomiejskiej zabudowy, kłując przy tym w oczy deweloperów.

Na żoliborskim RODOS, jak z przekąsem nazywają swój ogród nowi działkowcy, spędza ciepły sezon pisarka, Dorota Kotas. Czytam w którymś z wywiadów, że wraz ze swoją partnerką dysponowały minimalnym budżetem, dlatego dokonały tylko najpotrzebniejszych napraw w chatce „odziedziczonej” po poprzednim użytkowniku. W pakiecie autorka Czerwonego młoteczka otrzymała szklarenkę skleconą z rozbiórkowych okien w drewnianych ramach, kilka drzewek czereśniowych, żeliwną wannę, do której musi przynosić wodę z pobliskiego ujęcia i wznoszący się po drugiej stronie ulicy wiadukt trasy szybkiego ruchu. Po kilku latach panie dobudowały jeszcze do domku całkiem pokaźną wiatę, pod którą można postawić mały stół i kilka koślawych krzeseł. Dla Doroty i jej partnerki działka to „luksus dostępny”.

Z kolei pewna rozkochana w ogrodnictwie klientka zamówiła u polsko-brytyjskiego Studia OTAMTO nowy mikrodom – czytam – przypominający wprawdzie działkową szopę, za to z doprowadzoną wodą i zlewem. Nosi on nawet własną nazwę: „Wrzosy”. Został zmontowany z przygotowanych w warsztacie stolarskim części z modrzewiowych desek i sklejki brzozowej. Na raptem dziesięciu metrach udało się zmieścić ławę do polegiwania, choć nie do nocowania oraz aneks kuchenny. Łazienki brak, podobnie jak przeszkleń: chatka przypomina pod tym względem szopę na narzędzia z dwoma ciągami roboczymi przedzielonymi komunikacją.

O wiele większy, bo trzydziestopięciometrowy, i nieskończenie bardziej wysublimowany jest Dom Koloru, który też powstał w Warszawie – na gęsto zadrzewionej działce na obrzeżu stołecznego śródmieścia. Zaprojektowało go studio NOKE Architects dla wokalistki Magdy Grabowskiej-Wacławek (Bovskiej) i producenta filmów animowanych, Grzegorza Wacławka. Czerwona struktura kryta jest jednospadowym dachem i mieści aneks kuchenny, alkowę i luksusową, przykrytą szkłem łazienkę (z WC!), z której można podziwiać nocne niebo, a raczej łunę nad stolicą. Do tego domek ma piękną, spowitą listowiem werandę z przeszklonym frontem.

We wszystkich trzech wypadkach, choć skrajnie różnych budżetowo, ograniczenie wiąże się z nagrodą: ich użytkownicy mogą bez długiego podróżowania dostać się do własnych maleńkich zielonych oaz znajdujących się rzut beretem od własnych mieszkań, miejsc pracy i zestawu udogodnień wynikających z życia w metropolii. To przywilej, który moje pokolenie dopiero odkrywa, a który dotyczył tysięcy ludzi wychowanych w czasach socjalizmu i nie tylko, bo działki pracownicze jako zdobycz społeczna powstawały na całym świecie, z kapitalistyczną Ameryką włącznie.

Małe domy to ćwiczenie z określania granic naszej potrzeby wygody.

SZCZĘSNY: Jak lis w norze albo partyzant w szałasie. O bardzo małych domach

Robimy to nie za sprawą jej obecności, bo ta zwykle jest niewidoczna (oczywista), a raczej poprzez moment, kiedy zaczynamy odczuwać jej brak.

To w nich – w różnych sytuacjach, jak w kolejowej ubikacji czy na koi jachtu – testujemy limity naszej ergonomii i możliwości wykreślania kolejnych pozycji z listy naszych potrzeb. Ograniczenie wymaga elastyczności: do małości trzeba się nagiąć i odpowiednio w niej umościć, jak lis w norze albo partyzant w ziemiance. W małości nie ma miejsca na zbyt wiele działań i przedmiotów, które znamy z naszych zwykłych siedzib, co wiąże się z koniecznością rezygnacji z przestrzeni i funkcji oraz dyscypliny w zbieraniu i przechowywaniu rzeczy.

Małe domy to wyzwanie w świecie, w którym szczęście mierzy się coraz większą skalą posiadania i konsumpcji. A domki działkowe to pewien dodatek, raczej architektoniczny odpowiednik krótkotrwale używanego funcara. Jak więc żyje się dłużej w mikrodomu?

Te wakacyjne, o powierzchni zabudowy trzydzieści pięć metrów kwadratowych, oferują około czterdzieści cztery metry kwadratowe powierzchni użytkowej, jeśli wliczyć do nich jakieś czternaście metrów kwadratowych antresoli, na którą pozwala polskie prawo. W takim domku (o ile ma ogrzewanie, komplet instalacji, stosunkowo dobrze izolujące ściany i dach) można wydłużyć użytkowanie, z działkowych siedmiu miesięcy do całego roku. W dodatku możemy w nim zmieścić jedną oddzieloną ścianami izbę i drugą połączoną widokowo i akustycznie z antresolą. W każdej z tych trzech przestrzeni da się postawić łóżko, materac albo rozkładaną kanapę, dzięki czemu względnie wygodnie zmieści się tu nawet sześć osób.

Domki o tych parametrach zaczęły powstawać masowo w czasie pandemii, zwłaszcza na tak zwanych uśpionych działkach, czyli parcelach odziedziczonych po rodzinie, na które wcześniej nie było ani pomysłu, ani motywacji, by zbudować na nich prawdziwy dom.

Pandemiczny impuls pchnął ku budowie mikrodomu również mojego kolegę, menadżera. Marcinowi, jego żonie i dwójce ich dzieci zaprojektowałem weekendową chatkę w zespole działek w Puszczy Bolimowskiej. W zamyśle dom ma pozwalać na spędzenie w nim całych wakacji. Dzięki projektowi wnętrz Jana Strumiłły został on wyposażony w serię schowków pozwalających na upchnięcie pod skosem dachu wszystkiego, co potrzebne czteroosobowej rodzinie. Biegnący wzdłuż południowej elewacji taras wychodzi na jeden z dwóch frontów narożnej działki. Jej płytkość nie pozwalała na standardowe lokalizowanie strefy intymnej na tyłach domostwa. W ten sposób umieszczony vis-à-vis gruntowej drogi drewniany taras i przeszklony front stają się sceną życia rodziny. W ciepłe dni i wieczory tu się je, czyta, grilluje, poleguje w słońcu i przechowuje wózek oraz kalosze. Nie ma tu mowy o całkowitej izolacji, a jednocześnie teren działek jest prawie nieuczęszczany.

Początkowe obawy mojego kolegi i jego żony – co do wystawienia na ogląd przechodniów – nie spełniły się.

SZCZĘSNY: Jak lis w norze albo partyzant w szałasie. O bardzo małych domach
SZCZĘSNY: Jak lis w norze albo partyzant w szałasie. O bardzo małych domach

Otwarta na drogę strefa dzienna i związany z nią taras spełniają społeczną funkcję tradycyjnych przyzb i porches z amerykańskich miasteczek, pozwalając na kontakt z ludźmi, którzy z podglądających intruzów stają się sąsiadami.

Nieco inaczej rzecz się miała z Wojtkiem, właścicielem biznesu ogrodniczego. Uznał, że w niepewnych czasach nie będzie budował domu z kilkoma sypialniami. Zamiast tego postanowił zagospodarowywać niedawno kupioną, pokaźnych rozmiarów działkę pod Piasecznem, stawiając w jej głębi domek dla gości. Powstała podłużna, dzielona na trzy części bryła. Na całej południowej połaci dwuspadowego dachu zamontował panele fotowoltaiczne. Ściany zewnętrzne wykończył drewnem, które własnoręcznie opalił. Przestrzeń dzienna jest wąska i długa. Mieści się w niej półokrągły stół, pufy i okazały rododendron. Na drugim końcu wnętrza jest dwuosobowa sypialnia z szafą. Część dzienną i nocną łączy przechodnia pięciomodułowa kuchnia, łazienka z prysznicem i wąskie schody na antresolę, pod którymi znalazło się miejsce na lodówkę i pralkę.

Antresola pełni rolę magazynu i okazjonalnej sypialni dla gości i dzieci. Wnętrza wykończone są grubą warstwą tynku glinianego, który zapewnia dodatkową izolację wobec dwudziestu centymetrów wełny drzewnej w ścianach i dwudziestu pięciu w dachu. Z kuchni i części dziennej można wyjść na ciągnący się wzdłuż domu drewniany taras. Jeszcze w trakcie projektowania okazało się, że domek gościnny będzie tym docelowym, bo Wojtek ze swoją partnerką zdecydował się zamieszkać w nim na stałe. Skromną kubaturę rekompensuje im otaczający, gęsto zadrzewiony teren. Postawili tu drewniany pokład z jacuzzi, szklarnię i szopę na narzędzia.

Działki postanowili nie grodzić wysokim płotem, dzięki czemu o poranku, przez okno sypialni, mogą cieszyć się widokiem saren skubiących trawę. Przed dzikami chroni ich niskie, głęboko wkopane w ziemię, ogrodzenie. – Mnie zjawisko długiego przesiadywania w domu nie dotyczy. Od kiedy tu mieszkam, dużo więcej czasu spędzamy, pracując na powietrzu, nawet w zimie. Potem miło jest się ogrzać przy kozie – stwierdził Wojtek, wskazując na rząd gumiaków stojących wzdłuż ściany i dodał: – Traktuję resztę działki jak dodatkowy pokój. Zielony.

Życie na tak małych powierzchniach sceptykom przywodzi na myśl ciasnotę kurnych chat i kawalerek epoki gomułkowskiej. Dlaczego więc mielibyśmy – my, którym udało się doczepić do sytego Zachodu; my, nowi Europejczycy – chcieć żyć w standardach powierzchniowych chłopów pańszczyźnianych albo inżyniera Mamonia? Z kilku powodów. Po pierwsze, żeby skorzystać z nagrody. Wiąże się ona z ograniczeniami, bo działki, na których można budować wyłącznie te mikre struktury, są zazwyczaj położone w miejscach atrakcyjnych przyrodniczo i krajobrazowo, a do tego są dobrze skomunikowane z pobliskimi miastami.

SZCZĘSNY: Jak lis w norze albo partyzant w szałasie. O bardzo małych domach

Widok na góry, bliskość strumienia czy szumiący na działce las rekompensują nam skromne powierzchnie, zachęcając do dłuższego przebywania na zewnątrz.

Po drugie dlatego, że równie zdrowym co hasanie po krajobrazie jest, przynajmniej okazjonalne i czasowe, wyrzekanie się nadmiaru. Każdy, kto pości czy odmawia sobie słodyczy, zgodzi się ze mną. Po trzecie, małe domy to nie kawalerka w bloku: tu mamy wpływ na każdy wymiar przestrzenny i techniczny, zaczynając od wielkości i lokalizacji okien, na formie całego domu kończąc. Owa forma może wprowadzać w błąd, bo mikrodomy zazwyczaj są większe, niż się wydają z zewnątrz. Po czwarte, małość daje wrażenie schronienia i przytulności, które rzadko oferują zwykłe domy, a tym bardziej „napompowane” powierzchniowo rezydencje z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Last, but not least, małe domy integrują: ludzie, którzy świadomie wybierają ich używanie albo nawet stałe w nich mieszkanie w dwie-cztery osoby, nie czują, że „siedzą sobie na głowie”, bo mają do dyspozycji przynajmniej jedno osobne, oddzielone akustycznie pomieszczenie, a w przypadku zmęczenia bliźnimi mogą założyć kalosze, pójść do lasu po chrust, pociąć drewno, kupić chleb w GS-ie albo pogrzebać w rabatach.

Jakimś cudem w znanych mi mikrodomach nie rządzi internet i telewizja, a planszówki i książki, co wynikać może z intencji mieszkańców szukających odpoczynku od nadmiaru bodźców świata cyfrowego.

Zdaje się, że historia zatoczyła koło i to w ciągu raptem jednego pokolenia. Po latach zachłyśnięcia logiką maksymalizacji wielu przedstawicieli polskiej klasy średniej jest zmęczonych ciągłym aspirowaniem do wyższego poziomu konsumpcji. Dzisiejsi czterdziesto-pięćdziesięciolatkowie wspominają z nostalgią własne dzieciństwo i skromne materialne zdobycze późnego PRL-u. Nie kojarzymy ich już z opresją komunistycznych akademii szkolnych i siermięgą ciuchów z SPHW (Stołeczne Przedsiębiorstwo Handlu Wewnętrznego), a raczej ze szczęściem wspinania się do skleconych z desek baz na drzewach. Pamiętacie obdarte kolana i zapach żywicy? Tęsknicie za chowaniem się w krzakach z najlepszym kumplem z podwórka i patrzeniem na świat z dystansu, jaki zapewniała kryjówka pośród gałęzi? O tym są te domki, panie i panowie.

SZCZĘSNY: Jak lis w norze albo partyzant w szałasie. O bardzo małych domach
Czytaj także najnowszą książkę Jakuba Szczęsnego "Luksus albo proste życie" wydaną przez Wydawnictwo Wielka Litera

 

Czytaj więcej