„Idź wygrać”

„Idź wygrać” - Fathers.pl
Esej #ojciec #rodzicielstwo #wychowanie

Opowieść o ojcostwie, którego nie da się opisać za pomocą prostych definicji z poradników psychologicznych, o ojcostwie utkanym z lęków, nadmiaru słów i wielkiej miłości, czasem nieporadnej. „Tata był całym moim światem. A ja – światem taty” – pisze Małgorzata Majewska.

Chcę zacząć tekst o moim tacie, Tadeuszu, tak:

„Ścianą, od której odbija się dzisiaj wiele osób, jest przekonanie, że skoro ojciec jest powodem pójścia na terapię czy przyczyną różnych niepowodzeń, to to już unieważnia całe ojcostwo. Kultura stawia znak równości między trudnym tatą a przekonaniem, że lepiej, żeby go w OGÓLE nie było. Pomijam jawną patologię, gdy ojciec stosuje przemoc fizyczną i psychiczną. Nie o takim tacie mówię. Ale o moim, który mnie sam wychował, który był trudny, ale przez to, że był, to ja miałam się od czego odbić. Odbijam się też od mamy, której nie było: najpierw emocjonalnie, a potem fizycznie, bo gdy ja dostałam pierwszej miesiączki, ona dostała wizę do Stanów, kupiła bilet i nigdy nie wróciła do Polski”.

Wychodzi mi rozprawka. Więc próbuję podejść do tekstu reportersko i mam taki pomysł na początek:

„Milczenie nigdy nie dostało zaproszenia do naszego mieszkania przy Różyckiego 5 w Krakowie. Gdy przychodziło nieproszone, było jak natrętny gość, nad którego głową domownicy robią wymowne miny niezadowolenia i oczekiwania na to, kiedy sobie wreszcie pójdzie. Gdy teraz zapraszam milczenie do swojego domu, to jakiś kawałek we mnie ma poczucie, że zdradza tatę. I dobrze”.

Wysyłam go do Z. Odpisuje: „Co za koszmar. Kojarzy mi się z cygańskim domem, w którym zawsze jest gwar i krzyk”. Odpowiadam: „Tak u mnie było. Myśmy gadali nawet przez ścianę, to znaczy ja byłam u siebie, a tata u siebie. Ja nie potrafię przypomnieć sobie taty, który nie mówi. Jezuuu nie chcę być taka”. Czekam, że napisze, że nie jestem. Nie pisze. Nie dopytuję, bo może boję się usłyszeć, że jednak jestem, i gdy myśli o naszej codzienności, to jednak widzi we mnie „ciągle paplającą Gośkę”. To byłaby dla mnie potwarz. Z lękiem, że to, co on uważa za koszmar, jest częścią mnie, wsiadam do samochodu i jadę na spotkanie. Myślę o tacie. Ale też o sobie, córce Tadeusza.

***

Dzieciństwo kojarzy mi się z ciągłym niewyspaniem. Mam cztery, pięć, a potem dwanaście lat i jest niedziela rano. Mieszkanie w dziesięciopiętrowym bloku na peerelowskim osiedlu Azory. Słyszę, jak tata w łazience śpiewa coś z repertuaru Krzysztofa Krawczyka: „Zamknij świat na klucz. Wróć do mnie”. Potem widzę go w drzwiach mojego pokoju z pędzlem do golenia, przyłożonym do ust jak mikrofon. Obniża głos i ciągnie: „Bo ja wciąż pamiętam ciebie z tamtych lat pam pam param param”. Odwracam się na łóżku. Spać. Chcę spać. Ale nie można spać, gdy tata już nie śpi. Nawet gdy jest sobota czy niedziela. Kiedy jestem większa, to już nie wchodzi bez pukania do mojego pokoju. Używa do tego psa: „Tramp, idź obudź Gosię”. Ten wskakuje na klamkę i otwiera drzwi. Słowa piosenki zastępuje psia łapa, która mnie tyrpie, jak ją nauczono.

Jeszcze nie otwieram oczu, ale już czuję zapach grzanek. Tata wieczorem zostawia pokrojoną bułkę w miseczce z jajkami. Rano smaży ją na maśle. Są już z Trampem po porannym spacerze. Ich codzienna trasa biegnie do kiosku po gazetę, dalej sklep spożywczy ze świeżymi bułkami i dwa okrążenia wokół bloku. W niedzielę świeże bułki zastępują grzanki. Gdy jestem mała, kupuje „Dziennik Polski”. Potem po pierwszych wolnych wyborach jest jeszcze „Gazeta Wyborcza”.

Wstaję jak zombie. Siadam na fotelu. On ma już przygotowane najciekawsze fragmenty z lektury i czeka, aż mój stan umysłu dojdzie do takiej przytomności, bym mogła gadać. Oczywiście nic z tego, co mi czyta, czy o czym mówi, nie jest dla mnie jasne. Ale bardzo chcę, by takie było.

W pewnym momencie łączę kropki: tata nie potrzebuje partnera do rozmów, tylko słuchacza.

Gdy kolejny raz nic nie rozumiem, wyłapuję jakiś detal, pojedyncze nazwisko czy nazwę miasta i o nie dopytuję. Jest zachwycony.

Pamiętam, jak próbowałam pojąć, co to jest „czarny rynek”. Tata powiedział, że na czarnym rynku można kupić dolary. Mieszkamy w Krakowie i cały czas myślę, że „czarny rynek” musi być podobny do Rynku Głównego. Że to musi być fizyczne miejsce.

Tata był całym moim światem. A ja – światem taty. Co rano przed wyjściem do pracy, zostawia mi karteczki. Pracuje na AGH jako technik i przynosi stamtąd takie prostokątne kartki, które co rano zapisuje różnymi tekstami. Ja chodzę do szkoły na drugą zmianę. Budzi mnie telefonem z pracy koło dziesiątej. W kuchni czekają na mnie świeże bułki i wierszyk, jak ten, który dostaję, gdy mam dwanaście lat:

Chociaż wszystko się zmieniło.
Wiersz już dziś nie bawi cię.
Ale powspominać miło
Jakie były chwile te.
Przecież dzisiaj też jest zima.
Też jest mróz i wielki śnieg.
Tylko malutka Małgosia
W pannę zmieniła się.
Ale nadal pozostała
Troska o córeczki los.
Abyś zimie się nie dała.
Chroniła uszy i nos.

Tata skończył tylko Technikum Łączności i od razu poszedł do pracy. Nie czytał nic oprócz gazet. Gdy ja pod koniec podstawówki zaczynam sięgać po głębsze lektury, złości się. Wtedy tego nie rozumiem. Chodzi wściekły, gdy w wieku czternastu lat zapisuję się na Olimpiadę Polonistyczną. Gdy wracam do domu, by pochwalić się, że ją wygrałam, mruczy do psa: „Chodź Tramp, pora na spacer”.

***

Gdy tata jest małym chłopcem, jedzie na kolonię. Są obfite opady deszczu i woda sięga tak wysoko, że żołnierze ewakuują dzieci łodziami ze szkoły, w której są zakwaterowane.

Tata bardzo się boi i przyrzeka panu Bogu, że jeśli przeżyje, to zostanie księdzem. Przeżywa i bardzo mu ta przysięga ciąży.

Na krakowskim Dąbiu zaczyna uczyć religii późniejszy kapelan Solidarności, ksiądz Józef Tischner. Tata mu opowiada o swoim dramacie, a ksiądz głaszcze po głowie i mówi: „Tadziu, przysięga złożona w sytuacji zagrożenia życia nie jest ważna”. Od tej pory tata wielbi Tischnera. By mu się przypodobać, zaczynam czytać książki księdza, a potem jeszcze w liceum chodzić na jego wykłady. Nie widzę, że pomostem łączącym mnie z tatą jest Tischner w anegdocie, bo w niej tata czuje się pewnie. Po latach dociera do mnie, że tylko w niej.

***

Tata twierdzi, że największym zagrożeniem dla mojego zdrowia są lekarze i tabletki. Nosi w sobie przekonanie, że trzeba spać w pokoju, w którym powietrze nie jest wysuszone, dobrze jeść i dużo spać. Gdy zaczyna się pora grzania w kaloryferach, kilka razy w nocy kładzie na grzejniku w moim pokoju mokry ręcznik. Gdy zaczynam kaszleć albo dostaję gorączki, zawsze towarzyszy temu zdanie: „Ach te kaloryfery”. Są odpowiedzią na wszystkie problemy. Gdy już jako nastolatka chcę iść do lekarza, bo kaszlę, to robię to w tajemnicy, by nie usłyszeć komentarza, że lekarz jest po to, by wyszukać jakąś chorobę i że jeśli raz pójdę, to na pewno coś mi znajdzie.

***

Ma obsesję, że gdy będzie miał piżamę, to zabiorą go do szpitala i tam umrze. Do śmierci jej sobie nie kupi. Nie pamiętam o tym detalu do 2025 roku, gdy sama mam mieć poważną operację. W karcie informacyjnej, którą dostaję od lekarza, jest wskazanie, by mieć ze sobą dwie koszule nocne. Z. codzienne dostaje zdjęcia z ruchomych schodów w Galerii Krakowskiej jako zapewnienie, że dzisiaj to już na pewno je kupię. Kilka dni przed pójściem do szpitala jedną dostaję od zaprzyjaźnionej pani profesor. Drugą kupuję wieczorem, dzień przed przyjęciem na oddział. Od powrotu ze szpitala, żadnej nie włożyłam. Leżą wyprane w szafie.

***

Kiedy moment, w którym dziewczynka staje się kobietą, przydarza się samotnemu mężczyźnie na trzydziestu sześciu metrach kwadratowych świata bez internetu, wiedzy psychologicznej czy choćby jednego kolegi, który także sam wychowuje córkę, to to nie może się udać. Szczególnie jeśli właśnie w Polsce dochodzi do władzy najpierw Solidarność, a potem Kwaśniewski i plan Balcerowicza, który najbardziej uderza w takich jak on.

Im bardziej sobie nie radzi, tym bardziej chce przekonać świat i siebie, że jest wręcz odwrotnie.

Zabrania mi odbierać telefon stacjonarny po jednym dzwonku, bo może dobija się jakiś chłopak i jak od razu odbiorę, to nie będzie mnie szanował. Nie ma opcji, bym podeszła do okna na gwizdanie. Odpytuje ze składu rządu i lektury „Wyborczej”: „masz być kobietą, z którą się nie tylko idzie do łóżka, ale też chce zjeść śniadanie”. Dziecko dostaje radę niekoniecznie na dziecięcą miarę. I nie jest to jedyna taka rada.

Staje się zaborczy nie tylko w stosunku do relacji z innymi, ale też próbuje wejść w mój dorosły świat. Gdy okazuje się, że prowadzenie Fiata 126p przerasta go psychicznie, za wszelką cenę stara się nie dopuścić do sytuacji, bym została sam na sam z faktami. Natychmiast niczym Superman zjawia się na miejscu i podaje mi na ratunek gotową interpretację. Im bardziej fakty obnażają jego niewydolność, tym większym zwycięzcą staje się w serwowanej mi opowieści. A kiedy już nie może obsadzić się w tej roli, to zawsze pozostaje mu druga, podpowiedziana przez Marka Koterskiego w filmie Dzień Świra, czyli szyderco-prześmiewcy.

***

Tata nie żyje już ponad dziesięć lat. Moja dwudziestoletnia córka poznała go, ale mało pamięta. Nie uczestniczył w jej życiu tak, jak w moim. Widzę jednak, w co mnie wyposażył. Umiem gadać i być. Myśmy lubili być ze sobą. Te wspólnie oglądane filmy, spacery z Trampem, codzienny rytuał opowiadania sobie dnia.

Z perspektywy dzisiejszej psychologii wszystko w tym było nie tak. Wtajemniczał mnie w swoje dorosłe sprawy. Obciążał.

Sprawiał, że czułam się odpowiedzialna za jego emocje, szczególnie te trudne, związane z tym, że totalnie nie dźwigał nowego systemu. Ale był. Był pod szkołą, gdy wychodziłam. Był w domu, gdy wracałam z pierwszych imprez czy randek. Na studiach, gdy wracałam po zajęciach do domu, czekał na mnie ryż zapiekany z jabłkami i cynamonem z dużą ilością kwaśnej śmietany. Pamiętam, jak szłam zdawać maturę. Dzień wcześniej oglądaliśmy film Lata dwudzieste. Lata trzydzieste, w którym Piotr Fronczewski mówi do Grażyny Szapołowskiej zdanie, które potem usłyszałam od taty, gdy jechałam na pisemny polski. Stanął przede mną i powiedział: „Idź wygrać”.

 

Czytaj więcej