Tam, na górze, po raz pierwszy poprosił mnie o to, czy mogę wziąć jego plecak. Odpowiedziałem, że od tego tu jestem

Tam, na górze, po raz pierwszy poprosił mnie o to, czy mogę wziąć jego plecak. Odpowiedziałem, że od tego tu jestem - Fathers.pl
Ilustracje: Midjourney
Partner: KOLEO
Felieton Rodzina #góry #ojciec i syn #relacje

To miał być tekst o górach. I będzie, choć nie tylko o nich. Im dłużej o nim myślę, nabieram przekonania, że góry to tylko pretekst. Pretekst do podróży przez własne strachy, niedoskonałości i wady. Podróż ojca z synem.

Wszystko zaczęło się ponad trzydzieści lat temu. Przynajmniej tak mi się wydaje – to z tego okresu pochodzą moje pierwsze wspomnienia emocji rodziców – głównie ojca. Wejście w dorosłość oznaczało jedno: wyjście z domu. Wyjechałem na studia. Wtedy oczywiście myślałem, że wszystko ze mną okej. Dostrzegałem wady ojca i wiedziałem, jakich błędów nie popełniać, kiedy sam nim zostanę. Ba, obiecywałem to sobie. I tak to trwało do momentu, gdy na świat przyszedł nasz Jasio. Dodam, że wcześniej urodziła się Marianka.

Ciężki plecak

Jak się idzie przez góry z plecakiem i trwa to kilka dni, to przeważnie, mniej więcej w okolicy czwartej doby, plecak przestaje uwierać. Paski, które jeszcze dzień wcześniej paliły ramiona, pieką jakby mniej. Waga niesionego bagażu staje się, prawie jak za sprawą magicznego zaklęcia, mniej uciążliwa.

Przyzwyczajenie, akceptacja? Można by wymyślić jeszcze kilka innych powodów.

Dzięki mojej żonie dowiedziałem się, że z ciężkim plecakiem – pełnym doświadczeń – szedłem przez życie przez trzydzieści jeden lat, nie wiedząc, że w ogóle go dźwigam. Po mojej kolejnej, stanowczej i przesadzonej reakcji na zachowanie Jaśka zadała mi dwa pytania.

Pierwsze: dlaczego nasze, wtedy już dwie córki, nie wywołują we mnie takich emocji jak syn. I drugie, chyba bardziej kluczowe: czemu się odsuwam od naszego syna na własne życzenie?

Zrozumiałem, że mój plecak zaczął się rozpruwać – wszystkie rzeczy, cały ten podróżniczy szpej, jeden po drugim zaczęły się wysypywać. A ja, zamiast próbować go przepakować, zaczynam oddawać swój bagaż mojemu synowi. Wypadało tego tyle, że każda „zła” rzecz, jaką zrobił Jaś, na przykład: rozlał coś, przewrócił, zapomniał, sprawiała, że w pierwszej sekundzie patrzył na mnie. Wyczekiwał mojej reakcji.

Tam, na górze, po raz pierwszy poprosił mnie o to, czy mogę wziąć jego plecak. Odpowiedziałem, że od tego tu jestem
Tam, na górze, po raz pierwszy poprosił mnie o to, czy mogę wziąć jego plecak. Odpowiedziałem, że od tego tu jestem

Potrzebna mapa i plan

Gdy o tym myślę – Jasio ma dziś dziesięć lat – to wiem, że syn uruchomił we mnie kilka ukrytych głęboko uczuć. Pierwsze: zachowuję się jak mój ojciec, z którym moja relacja, jak się domyślacie, łagodnie mówiąc, nie należy do najlepszych. A ja przecież sam sobie narzuciłem, że ostatnią rzeczą, jakiej chcę, to być moim ojcem.

Po drugie, że czuję się zupełnie tak, jak on się czuł, złoszcząc się na mnie albo na mojego brata. Ta zalewająca fala gniewu, o której się wie, że jest zła – co z tego, skoro nadal przejmuje kontrolę nad słowami i tonem głosu.

Po trzecie, nie chcę przenosić na mojego syna tych emocji. Przypominam sobie, co odpowiedziałem na pytanie o to, czego życzyłbym samemu sobie, kiedy udzielałem wywiadu z okazji Dnia Ojca. Powiedziałem, że chciałbym, żeby mój syn nie myślał o mnie w taki sposób, w jaki ja myślę o swoim ojcu.

Próbując naprawić lub raczej zapobiec temu, co znam z własnego doświadczenia, postanowiłem, że będę z moim synem budował coś własnego. Będę z nim spędzał więcej czasu, czasu wartościowego. Taki plan był mi potrzebny.

Natura na ratunek

W naszym życiu natura jest od zawsze. Wycisza, nawet gdy w głowie pogoń myśli i spraw do załatwienia na już. Pozwala się wyregulować. Podążałem w jej stronę nieświadomie. Teraz już bardziej przytomnie uznałem, że to właśnie ona może być właściwym polem, na którym stoczę moją wewnętrzną bitwę o bycie lepszym ojcem dla mojego syna.

Jasio ma wtedy cztery lata, ruszamy razem na Główny Szlak Gór Świętokrzyskich (GSS). Idziemy tylko we dwóch, z namiotem, z zamiarem nocowania na dziko. Po trzech dniach wędrówki przez Góry Świętokrzyskie wracamy do Warszawy. Jasio mówi, że mu się podobało, ale więcej już nie chce. Jasne, rozumiem i nie dziwię się. Jego nogi przeszły w sumie czterdzieści pięć kilometrów.

Co jakiś czas jednak wspomina tę wędrówkę. Gdy o tym komuś opowiada – a im dalej od powrotu, robi to coraz częściej – zauważam, że patrzy na mnie inaczej. Widać to jak na dłoni. Moja żona tylko się uśmiecha, słysząc kolejną opowieść naszego syna, która nagle i niespodziewanie wypływa z jego ust. Bez pytań, bez nacisków.

Nadchodzi kolejny koniec lata i Jasio pyta, dlaczego jeszcze nie zaplanowałem drugiego odcinka naszej górskiej przygody. W ciągu trzech lat przeszliśmy sto pięć kilometrów – cały Główny Szlak Gór Świętokrzyskich. Nigdzie się nie spieszyliśmy, po prostu byliśmy tam razem. Owszem, mieliśmy cel – kropka, punkt na mapie kończący szlak. Ale chyba jednak szliśmy razem w zupełnie innym kierunku.

Proces mojej pracy nad tą relacją się zmienia, ponieważ zmienia się Jasio – szybciej niż ja.

Dorasta, uwidacznia się coraz więcej cech jego charakteru. Zmieniają się oczekiwania i upodobania, ale ta iskierka do wspólnego wyjścia z ojcem w nim została.

Na szlaku

Rok po zakończeniu GSS zaproponowałem zimowe wyjścia na Główny Szlak Beskidzki – całość ma blisko pięćset kilometrów – Jasio nie wahając się, zapytał tylko kiedy.

Właśnie zakończyliśmy pierwszy etap – w trzy dni przeszliśmy blisko siedemdziesiąt kilometrów. Każdy ze swoim plecakiem. Szliśmy od schroniska do schroniska, ruszając z Ustronia.

Już pierwszy dzień był ogromnym sprawdzianem dla głowy (w niej kryje się osiemdziesiąt procent sukcesu). Musieliśmy wejść pod stok na Czantorię Wielką. Sześćset metrów przewyższenia, o nachyleniu dwadzieścia procent. Nie było łatwo. I nie było uśmiechu na górze – dominowało zmęczenie. Na radość trzeba było poczekać.

Tam, na górze, po raz pierwszy Jaś poprosił mnie o to, czy mogę wziąć jego plecak. Odpowiedziałem, że od tego tu jestem.

Dopiero gdy to piszę, widzę jak bardzo to było moje i prawdziwe. Doszliśmy do Szosowa już po zmroku, zmęczeni, głodni, ale żadnemu nie przyszło do głowy, żeby skończyć po pierwszym dniu.

W ciągu tych trzech dni zaliczyliśmy momenty ciszy i chwile zwątpienia. Rozmawialiśmy – wszak jestem ekspertem od Pokemonów. Było sporo zabawy, w której nauczyłem się odpuszczać, i dawać Jasiowi przestrzeń na to, by budował swoje wspomnienia na własnych zasadach. Początkowo go strofowałem: „idziemy”, „szybciej”, „nie rzucaj”, „nie zatrzymujemy się”. W końcu się zatrzymałem: „Chwila, po co? Gdzie ja się tak spieszę”, „Co z tego, że rzuca kijkiem do trekkingu jak oszczepem?”. Droga nagle stała się jakby łatwiejsza, mimo że fizycznie nadal była i dla mnie, i dla Jasia wyzwaniem.

Byliśmy razem. Dla mnie to było najważniejsze. A czy te wspólne wędrówki dają coś jemu? Mam nadzieję. Mam też nadzieję, że mój syn coraz rzadziej będzie na mnie spoglądał, bojąc się mojej reakcji. Choć moja wewnętrzna walka o to jeszcze się nie skończyła.

 

Czytaj więcej