Ferrata na doczepkę. Czy przygoda w kieleckiej Kadzielni warta jest swojej ceny?
Słuchaj w formie podcastu
Kazik piszczy z zachwytu, tyrolki są długie, obsługa przemiła. Wszystko się zgadza, poza jednym: do Kielc przyjechaliśmy przede wszystkim na via ferratę. A tę najłatwiej byłoby przegapić.
Zaczęło się w Austrii. Potem były Czechy, Niemcy i kolejne trasy, z których wracaliśmy z przekonaniem, że trzeba szybko znaleźć następne. Via ferraty okazały się jednym z naszych najlepszych pomysłów na wspólne wyjazdy. Trochę chodzenia, trochę wspinania, czasem most linowy, pod którym lepiej nie sprawdzać, ile dokładnie jest powietrza. Kazik lubi. Tata też. Można planować.
Wiadomość, że w końcu jedna z pierwszych polskich ferrat działa w Kielcach, przyjmujemy więc z entuzjazmem. Z Warszawy to przecież niedaleko, odpadają noclegi, wielkie pakowanie i kombinowanie, skąd wziąć kilka wolnych dni. Wystarczy niedziela. Wybieramy wrześniową i ruszamy.
Natłok spraw bieżących jest przyczyną dużego zaniedbania z mojej strony: nie robię researchu, po prostu kupuję bilety na pociąg do Kielc i jedziemy. Wiemy, że trasa jest dla początkujących i że połączono ją z tyrolkami. Tyle nam wystarcza. Nie jedziemy bić rekordów ani sprawdzać, ile jeszcze wytrzymają nasze ręce. Ma być trochę skały i wspólna zabawa. Reszty nie doczytałem. Ta część opowieści obciąża wyłącznie dorosłego uczestnika wyjazdu.
W tę i z powrotem
Z dworca PKP w okolice Kadzielni można dojechać trzema autobusami (34, 44, 54), ale można też pójść pieszo, bo to niecałe 2 kilometry. Na dole Kadzielni spotykamy pana obrandowanego od stóp do głów hasłem i logo Tyrolki. Pytamy jak można skorzystać z via ferrat – odpowiada, że trzeba iść do bazy, zapłacić, przejść szkolenie i pobrać sprzęt. Wchodzimy na wzgórze, w okolice pomnika. Tutaj dostajemy uprzęże, przechodzimy szybki kurs i poznajemy cenę tej zabawy: 330 złotych za nas dwóch. Można ją było sprawdzić w internecie. Można było zrobić wiele rzeczy.
Obsługa jest bardzo miła i sprawnie nas ogarnia. Kaski mamy własne, resztę wyposażenia dostajemy na miejscu. Nie jesteśmy tu sami, ale tłumów nie ma. Krótkie szkolenie z obsługi sprzętu asekuracyjnego i zjazdowego, a zaraz potem Kazik rusza w dół pierwszą tyrolką. Jest długa. Bardzo długa.
Pisk zachwytu potwierdza, że przynajmniej jeden uczestnik wyprawy nie ma do programu żadnych uwag.
Ruszam za nim. Spodziewałem się jakichś negocjacji z własną głową, bo wysokość i odległość wyglądają poważnie. Nic z tego. Jedzie się znakomicie. Potem przepinamy się na drugą tyrolkę, niemal równie długą, i znów suniemy nad Kadzielnią. Kawałek ścieżką, trzecia lina, kolejny zjazd. Jeśli ktoś szuka odpowiedzi na pytanie, czy to fajne, odpowiedź brzmi: bardzo.
Pozostaje jeszcze sprawdzić, gdzie w tym wszystkim jest ferrata. Żeby do niej dotrzeć, obchodzimy niemal całą Kadzielnię.
Chwila na skale
Ferrata jest – a właściwie ferratka – krótki odcinek prowadzący do niewielkiego mostu linowego. Za nim trochę bardzo łatwego wspinania po metalowych stopniach. A potem ostatnia tyrolka, którą wracamy do bazy. I już. Ferrata zdążyła się skończyć, zanim na dobre zaczęliśmy po niej chodzić.
Nie w tym rzecz, że było za łatwo. Łatwa trasa też może dać sporo frajdy, a my żadnych sportowych ambicji na tę niedzielę nie mieliśmy. Chodzi o proporcje. Kadzielnia to przede wszystkim jeżdżenie na linach w tę i z powrotem. Via ferrata jest na doczepkę – żeby zjechać jeszcze jedną tyrolką. Można zobaczyć, jak wyglądają stalowe zabezpieczenia, przejść mostek, wejść po stopniach. Taki zwiastun. Tyle że przyjechaliśmy na cały film.
Dla kogoś, kto nigdy nie miał z ferratami do czynienia, to może być pierwszy kontakt. Jest okazja sprawdzić reakcję na wysokość i chodzenie po skale z zabezpieczeniem. Działa tu też system asekuracji niewymagający samodzielnego przepinania. Na początek wygodnie. Ale przepinanie karabinków, którego uczyliśmy się na naszych wcześniejszych trasach, pozostanie do poznania gdzie indziej.
Ile kosztuje niedziela
To, co odróżnia przygodę w Kadzielni od tych, które przeżywaliśmy w Austrii, Czechach i Niemczech, to koszt tej zabawy. Tam za samo wejście na trasę nie płaciliśmy. Płatne było ewentualne wypożyczenie sprzętu gdzieś w pobliżu. Z własnym wyposażeniem można było po prostu podejść pod skałę i ruszyć na trasę. Dojazd i noclegi oczywiście kosztowały, nikt tu nie odkrył sposobu na darmowe wakacje. Ale kolejny dzień wspinania nie zaczynał się od kupowania kolejnych biletów.
Dlatego wiadomość o trasie w Kielcach była tak dobra. Ferrata blisko domu oznaczałaby, że odpada przynajmniej część wydatków związanych z dalszą podróżą. Można wyskoczyć na dzień, wrócić za dwa tygodnie, zabrać kogoś znajomego. Nie trzeba od razu urządzać wyprawy. Wystarczy mieć wolną niedzielę i ochotę.
Tymczasem nasze dwa wejścia kosztują 330 złotych. Przy takim koszcie za osobę rodzina z dwojgiem dzieci, nawet jeśli jeden rodzic zostanie na dole, zbliża się do pięciuset. Byliśmy tego świadkami – przyszedł tata z dwiema córkami, usłyszał, ile to kosztuje, i się odbił. Inna rzecz, że córkom na twarzach odmalował się cień ulgi.
To już nie jest kwota, którą można pominąć przy planowaniu weekendu. Dla wielu rodzin będzie powodem, żeby zaplanować coś zupełnie innego.
Tyrolki potrzebują obsługi, sprzętu, szkoleń i utrzymania. To wszystko kosztuje, a ludzie, którzy tam pracują, powinni za swoją pracę dostawać pieniądze. Nie ma też sensu udawać, że zwykła ferrata utrzymuje się sama. Pytanie brzmi jednak, czy w takim miejscu najważniejsza musi być rozbudowana, biletowana atrakcja. Czy nie mogłaby nią być po prostu trasa, na którą da się wracać bez kupowania całego pakietu zjazdów? I budka, w której da się wypożyczyć uprząż i kask. I regulamin, że się wchodzi na własną odpowiedzialność, że trudność jest taka i taka, że zasady są dla bezpieczeństwa wszystkich.
W Czechach, w Austrii, w Niemczech tak to działa. Dlaczego w Polsce nie może?
W Kadzielni wybrano tyrolki z krótkim spotkaniem ze skałą po drodze. Dobrze się na nich bawimy, Kazik ma mnóstwo radości i nie ma powodu udawać, że jest inaczej. To jednak nie rozstrzyga sprawy. Można przecież piszczeć z zachwytu i nadal uważać, że szkoda szansy, którą tu stracono.
Bo fajnie byłoby mieć niedaleko ferratę, na którą wpada się tak jak na górski szlak. Ze sprzętem, przygotowaniem i wszystkimi zasadami bezpieczeństwa, ale bez biletu po kilkaset złotych dla rodziny. Kolejne miejsce na specjalną okazję już mamy. Przydałoby się jeszcze takie na zwykłą niedzielę.
EDIT 13 września 2026:
Dopiero po fakcie, już w Warszawie dowiadujemy się, że przejście samą via ferratą jest bezpłatne, jeśli ma się własny sprzęt. Ale na miejscu jakoś się ta informacja nie wybija. Trafiasz do Kadzielni i od razu jesteś kierowany do kasy, do instruktorów, na tyrolki. I płacisz. Przy wejściu na darmową via ferratę stoi facet i kieruje do kasy. Co więcej, na stronie Kadzielni jak wół stoi, w kilku miejscach, że via ferrata jest komercyjna i płatna. Nigdzie tam nie ma informacji, że jeśli przyjedzie się z własnym sprzętem, to można na trasę wejść bez płacenia.
Na oficjalnej stronie Tyrolki Dwie Wieże (TUTAJ) również nie ma informacji, że można skorzystać z tej atrakcji bezpłatnie, jeśli się ma własny sprzęt. Jest za to dużo zachęt by „zarezerwować” korzystanie z via ferrat. Cała komunikacja atrakcji na Kadzielni nastawiona jest na to, żeby kupić drogi bilet na tyrolki.
Inna sprawa – czy jechalibyśmy z Warszawy do Kielc tylko po to by przejść tą mikroferratą? Nie, nie jechalibyśmy. Pewnie wolałbym zabrać kazika na ściankę wspinaczkową gdzieś w naszym mieście.