Dzieci Ojca Outdoora

Dzieci Ojca Outdoora - Fathers.pl
Fot. Tomasz Kaczor
Partner: Koleo
Las Rodzina #podlasie #podróże #polska #puszcza białowieska #Wycieczki

Jeśli ojciec Outdoor przekazał im jakikolwiek gen miłości do pieszych wędrówek, jest on ukryty bardzo, bardzo głęboko. Lata praktyki pomagają nam jednak dokopać się do niego i wyjść. Udaje się dzięki determinacji wspomnianego ojca. I dzięki Puszczy Białowieskiej.

Dzieci Ojca Outdoora

Znacie te dzieci? Rodzą się w butach trekkingowych i bieliźnie termicznej. Ich pępowiny zamiast do łożyska, podłączone są do plecaczków turystycznych. Te dzieci noszą później te plecaczki na pleckach, z ochotą, pamiętając, by samodzielnie zapakować do nich rodzynki, suszone mango i bidon z wodą. Rodzą się, by wędrować – w nosidłach na plecach rodziców i na własnych, coraz silniejszych nogach. Na hasło „wycieczka” piszczą radośnie: „Którym szlakiem dzisiaj, mamusiu?” oraz „A czemuż by nie najtrudniejszym?”.

Znacie te dzieci, ale bardzo prawdopodobne, że znacie je z Instagrama. Tego blond chłopca, który w wieku trzech lat znał na pamięć gatunki wszystkich grzybów porastających las wokół jego domu. I tych dwóch smyków, z którymi ich ojciec – zapalony bushkraftowiec – buduje schrony w śniegu i biwakuje przy minus czterdziestu. To nie muszą być gwiazdki mediów społecznościowych, to mogą być te ogarnięte nad wiek córki waszych koleżanek, zdobywające (u boku matek, rzecz jasna) Koronę Gór Polski, zanim jeszcze wypadną im mleczaki. Co łączy te dzieci, oprócz wrodzonej miłości do przyrody i ruchu na świeżym powietrzu? To, że być może nie są wasze. Moje też nie.

Znam taką dwójkę, przyjmijmy, że dziewczynkę i chłopca, które na hasło „wycieczka” dostają czterokończynowego paraliżu. Ojciec tych dzieci na drugie ma Outdoor, lecz jeśli przekazał im jakikolwiek gen miłości do pieszych wędrówek, jest on ukryty bardzo, bardzo głęboko. Lata praktyki pomagają nam jednak dokopać się do niego i WYJŚĆ NA DWÓR. Udaje się dzięki determinacji wspomnianego ojca. I dzięki Puszczy Białowieskiej.

Jeździmy tam z przyjaciółmi od ponad dekady, do murowanej chaty przycupniętej na skraju wsi. Ten dom oswoiliśmy, jak tylko zostaliśmy rodziną. Puszcza jest tu dosłownie za płotem (którego zresztą przez całe lata nie było; właściciel postawił go ku naszej początkowej irytacji). Dwie stareńkie jabłonki na podwórzu dzielnie dźwigały rozwieszany między nimi hamak, który kołysał kolejne rosnące brzuchy i rosnące dzieci. Do hamaka jeszcze wrócimy, na razie trzymamy się blisko płotu.

Wspomniane dzieci, gdyby to od nich zależało, mogłyby nie ruszać się poza ten płot nawet na dwa kroki. Prawdę powiedziawszy, rozumiem to dobrze i zdarza się nieraz, że z pieszych wycieczek najbardziej lubię przerwę na kawkę.

Dzieci Ojca Outdoora

Nie mówię tego jednak dzieciom – i to pierwsza zasada udanej hodowli: nie pokazuj własnych słabości, miękkie podbrzusze chroń pod kurtką z goreteksu. Zasada druga: jak długo się da, nie wypowiadaj na głos słowa „wycieczka”.

Na tym etapie, wciąż po wewnętrznej stronie płotu i fakt, że jesteśmy w Puszczy Białowieskiej niewiele znaczy. Po tej stronie płotu można przecież czytać, rysować, można w coś zagrać, można coś podjeść – wszystko od biedy da się robić na dworze i to rodzicom powinno wystarczyć. Z jakiegoś tajemniczego powodu nie wystarcza, od śniadania tańczymy więc wokół dzieci taniec, którego choreografia zakłada zbliżanie się do furtki w płocie, jeszcze dziesięć metrów, jeszcze metr, za nią będzie już z górki.

Zanim wyjdziemy, w oparach środków na komary i kleszcze, pakujemy do plecaków nasze klucze do sukcesu: hamak, lupki zegarmistrzowskie, ściągę ze zwierzęcych kup i tropów oraz – by to wszystko do czegokolwiek się przydało – czekoladę. Dużo czekolady, bo dzieci, o których mowa, są na nią zasilane, i nie walczymy z tym. Za bramą czeka na nas najstarszy naturalny las Europy i wasze pokrojone w ćwiartki jabłuszko możecie sobie wsadzić do kieszeni. Zatem repelenty, czekolada i mapa. Wróć. Ta ostatnia nie będzie nam potrzebna, nie podczas tej wycieczki, bo jej trasę znamy na pamięć. Chodzimy nią od dekady, zaczyna się tuż-tuż za płotem, dwadzieścia kroków w lewo asfaltem i hyc – skręcamy w las, na ledwo widoczną ścieżkę. Od lat tę samą. Zawsze inną niż poprzednim razem, kiedy nią szliśmy.

Ta ścieżka niepostrzeżenie stała się przedłużeniem podwórka i naszą pierwszą nauczycielką w podstawowej szkole doświadczania lasu. Nie ma do tego lepszych dróg niż te w puszczy. Nie ma lepszego lasu niż taki, który (jak mawia Joanna Pawluśkiewicz) nie rośnie jak pole kapusty, tylko rośnie tak, jak chce.

Dzieci Ojca Outdoora

Jak poznać taki najlepszy las? Jest w nim to, czego nie chcesz we własnym domu: bałagan, gnicie i dużo różnych kup.

Wszystko to, w wielkiej obfitości, widzimy już po kilku krokach. Nasza droga co i rusz przecięta jest zwalonym drzewem. To, które padło dawno, próchniejące, rozpoznajemy od razu i wiemy, którędy najlepiej przecisnąć się na drugą stronę. Inne musiały przewrócić się na drogę niedawno i wprowadzają nas teraz w błąd, mylą kierunki, ale nadal wiemy, jak wrócić na ścieżkę. O drzewach na tym szlaku mówimy czasem jak o dawno niewidzianych krewnych: „Ho, ho, zobacz, jaki ten świerk już posunięty w latach, a tamta brzózka dopiero co od ziemi odrosła, a już taka duża!”. Puszcza Białowieska to las wielowarstwowy, sędziwe drzewa pną się tu ku słońcu w towarzystwie małolatów; to nie jest las, w którym drzewa-równolatki stoją na baczność jak w szkole kadetów.

Dlatego ta sama droga o każdej porze roku wygląda inaczej, brzmi inaczej i inaczej pachnie. Pod koniec maja brodzimy w soczystej zieleni, by we wrześniu zapadać się już w zieleń przełamaną brązem, a chwilę po tym, jak zachwycą nas kolory jesieni, puszcza zrobi się bura, sepiowa, jeśli rok będzie dobry (czyli mokry jesienią i śnieżny zimą, a takich coraz mniej), na świerkach i grabach zawisną grube czapy śniegu, i to będzie taka biel, od której aż dudni w uszach.

Dzieci Ojca Outdoora

Ta sama ścieżka w zależności od pory roku szeleści, trzeszczy lub chlupie nam pod stopami, a kiedy którejś jesieni po raz pierwszy usłyszeliśmy na niej ryk jeleni, stanęliśmy wszyscy jak zaklęci.

Ten ryk odbijał się echem od drzew, poczuliśmy się trochę jak w Narni, a trochę jak w świątyni; z tego stanu wyrwał nas dopiero dobiegający z dołu głosik: „Chcę situ i tupę”.

Pierwszy odcinek naszej udomowionej trasy pokonujemy przy akompaniamencie popularnego utworu „Niechcemisię”, którego refren na pewno znacie i wy: „Kiedy wracamy?”. Jednak puszcza łaskawa jest, cierpliwa jest, puszcza się nie złości. Spływa na nas jej spokój i na jego falach płyniemy do pierwszej przystani – zagłębienia w ziemi, szerokiego na jakieś sześć metrów i głębokie na dwa, w którym zbiera się deszczówka. Rozgrzebana ziemia i wielkie, zastygłe placki nie pozostawiają złudzeń, że trafiliśmy na salony żubrów. To również ich kibelek, wodopój i strefa relaksu, bo rozczapierzone korzenie powalonego nieopodal drzewa najlepiej nadają się do tego, by poocierać o nie kudłate boki (o tym, że tak właśnie jest, świadczą kępki sierści, które czasem znajdujemy zaplątane między korzeniami).

Dzieci Ojca Outdoora

Zaraz za wodopojem zaczyna się plątanina leszczyny i młodziutkich grabów, których niby-sklepienie przypomina bramę. Tak też ją nazwaliśmy: żubrza brama. Przekraczamy to miejsce i przez kilkanaście metrów brodzimy w wysokich paprociach, by dotrzeć do prostej jak strzała ścieżki, przez którą biegnie zielony szlak. Od naszego wyjścia za płot minęła – jak zazwyczaj – maksymalnie godzina. W skali życia puszczy to zaledwie mgnienie oka – badania tutejszego torfu, a konkretnie zakonserwowanego w nim pyłku roślin, pozwoliły oszacować wiek Puszczy Białowieskiej na dwanaście tysięcy lat. W skali naszych dzieci godzina znaczy jednak więcej niż pół dnia, już na tym etapie jesteśmy z siebie dumni i dopisujemy sobie dodatnie punkty w dzienniczku rodzicielstwa. Teraz mamy przed sobą dwie drogi. Droga w prawo poprowadzi nas do asfaltu, którym rach-ciach wrócimy za płot. Bywa, że tak trzeba. Bywa jednak, że udaje się wzrok i kroki naszych dzieci skierować w lewo.

Zielony szlak nie przypomina już tej zagraconej ścieżynki, ale nie ma mowy o nudzie. Po obu jego stronach ciągną się moje ulubione puszczańskie lasy. Najpierw idziemy wzdłuż olsu, wiosną obłędnie mokrego i bajkowego, olchy stoją tu jak czaple na wysepkach wzniesionych nieco tylko nad poziom ciągnącej się w nieskończoność kałuży-bagniska. Po około półtora kilometra (zapasy czekolady powinny na tym etapie stopnieć o połowę) zaczyna się grąd. To las, na który prychają tutejsi leśnicy. „Puszcza grabieje” – mówią, gdy chcą powiedzieć, że na miejsce strzelistych świerków, powalonych przez kolejne gradacje kornika drukarza wchodzą mniej poważane w gospodarce leśnej graby. Moim zdaniem to nie przekleństwo, to wielki komplement.

Grąd to las jak z płótna impresjonistów. Gęsty, ale przejrzysty, z liściastym sklepieniem, ale pełen światła, migotliwy i zapraszający.

Gdy do niego docieramy, w nogach mamy niespełna dwa kilometry. Dla naszych dzieci mogłoby to być równie dobrze dwadzieścia, na tym etapie zazwyczaj wiedzą już, co zaszło i jak dały się nam wyprowadzić w las.

Wykrzywione pretensjami usta zapychamy im resztką czekolady, w zaciśnięte pięści wciskamy im zegarmistrzowskie lupki. Patent ów poznaliśmy z ich ojcem Outdoorem podczas zajęć w Szkole Lasu, prowadzonej w Domu Przyrody i Kultury w Teremiskach. Lupkę przykłada się do oka i zbliża jej okular do namierzonego obiektu – kępki mchu, zastygłego na gałęzi chrząszcza, plisowanych blaszek pod kapeluszem grzyba. Nagle kurczymy się jak Alicja po wypiciu napoju zmniejszającego i patrzymy w oczy mrówce. Taka lupka jest do kupienia za grosze w internecie, a dzięki niej poznajemy puszczę jak rafę koralową – zanurzając się w niej po czubki głów.

Dzieci Ojca Outdoora
Dzieci Ojca Outdoora

Od teraz cały spacer, aż do polany tuż za linią lasu, to jak przechadzka po wielkim placu zabaw. Jeśli znudzą się lupki albo rozbolą nogi, rozwieszamy między drzewami hamaki. Kto się nie buja, ten wspina się na pnie powalonych gigantów. Na wielu z nich, prócz mchu i grzybów, kiełkują z nasion kolejne drzewa. Takie martwe-życiodajne drzewo to „kłoda-piastunka” i z radością oddajemy jej na chwilę pod opiekę nasze dzieci. Gdy w końcu ruszamy dalej zielonym szlakiem, uważnie patrzymy pod nogi. Co kilkanaście-kilkadziesiąt kroków trafiamy tu na tropy i odchody zwierząt. Jesteśmy prawie pewni, że na rozstaju ścieżki znajdziemy kupę wilka – ona, obok ich śladów w zastygłym błocie, punktowana jest w naszym prywatnym rankingu wysoko.

Gdy wreszcie droga wyprowadza nas między łąki, wiemy już, że nam się udało.

Dzieci Ojca Outdoora

W nogach mamy wszystkiego może cztery kilometry. Nigdzie te kilometry nie smakują tak jak w puszczy.

Za płot wracamy w komplecie, ale ten stan nie trwa długo. Ojciec Outdoor nie powiedział ostatniego słowa. Jeszcze nie zdążę zdjąć butów, a on jest już na rowerze, wróci w sam raz przed wieczornym wypatrywaniem żubrów. Ojciec Outdoor w tym lesie prawie wcale nie śpi. Nie potrafi, nie może, nie chce uronić ani kropli z puszczy, którą wyciska jak cytrynę. O świcie wciąga trykoty i zanim dzień dobrze wstanie, ma już w nogach dwadzieścia kilometrów (a w oczach: wilka, który susem przeciął mu drogę i stado żubrów na łące tuż za domem – „nie, nie zrywaj się z łóżka, już dawno ich tam nie ma”). Ojciec Outdoor ma w tym lesie wieczne FOMO – wczesną wiosną ponad zapachem zawilców już czuje nadchodzący koniec lata, „zaraz zima”, wzdycha pod koniec sierpnia. Tym lasem nigdy nie jest nasycony.

Jeśli czujecie, że zmęczyliście się od samego czytania, odetchnijcie. Nie musicie być jak on. Możecie być jak ja, która – gdy trykoty ojca Outdoora jeszcze parują, dopiero otwieram jedno oko i zerkam znad piernat, czy dzieci jeszcze śpią (śpią). Jestem w tej historii po to, byście nie czuli się winni. Nie w tym lesie, który każdemu daje z siebie łaskawie to, czego kto potrzebuje.

Na koniec, jeśli do Puszczy Białowieskiej wybieracie się po raz pierwszy, mam dla was garść praktycznych porad.

Szlak, o którym piszę, znajduje się rzecz jasna poza Obrębem Ochronnym Rezerwat (zwanym dawniej Rezerwatem Ścisłym) Białowieskiego Parku Narodowego. Jeśli chcecie go zwiedzić (do wyboru jest kilka tras), musicie to zrobić z przewodnikiem licencjonowanym przez Park. Na stronie BPN-u znajdziecie kontakty do biur turystycznych, zapewniających takich przewodników. Koniecznie sprawdźcie też konto Instagramowe Grażyny Chyry (Grażyna Czuła Przewodniczka). Grażyna, oprócz tego, że oprowadza po Puszczy, jest autorką e-booka Spacerownik Białowieski z opracowanymi propozycjami tras pieszych i rowerowych oraz praktycznymi poradami dotyczącymi wędrówek po Puszczy (e-book zamówicie bezpośrednio u niej).

Zanim tu przyjedziecie, dajcie pociechom (o ile jeszcze tego nie zrobiliście) do poczytania komiksy Tomasza Samojlika i książki Adama Wajraka – ten pierwszy, na co dzień pracownik Instytutu Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk w Białowieży, od lat tworzy wspaniałe graficzne opowieści, w których Puszcza i jej leśni mieszkańcy grają pierwsze skrzypce. Tego drugiego nikomu nie trzeba przedstawiać, koniecznie przeczytajcie z dziećmi Kunę za kaloryferem, w której Wajrak, wspólnie z żoną, biolożką Nurią Selvą Fernandez, opowiada o zwierzętach, którymi przez lata opiekowali się w ich puszczańskim domu. Jedno z nich – Lolek, uratowany podlaski kundel, jest bohaterem osobnej książki i jeśli wam się poszczęści, jadąc przez Teremiski, zobaczycie tę futrzaną kulkę, jak gania po łące za swoim gumowym kurczakiem.

Dzieci Ojca Outdoora

Do plecaka zapakujcie koniecznie Tropy / kupy: kieszonkowy atlas do tropienia zwierząt, wspaniałą, podręczną ściągę wydaną przez Towarzystwo Krajoznawcze Krajobraz (znajdziecie ją na ich stronie internetowej), dzięki której odkrywane na ścieżkach ślady nie będą mieć przed wami tajemnic. Nie musicie zaczynać od Białowieży (choć możecie), nie musicie mieszkać w hotelach – szukajcie lokalnych agroturystyk, w Białowieży to chociażby MorzeLas, w Teremiskach Dom na Dąbrowie (przy samej puszczy) i prowadzony przez naszych przyjaciół T-house (w sercu wsi, dzielący gospodarzy i podwórze z legendarnym Teatrem w stodole), w północnej części Puszczy – Dworek Rousseau i Dom na Rykowisku i wiele, wiele innych.

Przede wszystkim jednak – dajcie sobie i puszczy czas, żeby się poznać. Spacerujcie po niej niespiesznie, zabierzcie ze sobą rowery (lub wypożyczcie, na przykład od Sławka Dronia w jego białowieskiej Fanaberii), spłyńcie kajakiem Narewką. Zabierzcie lornetkę i atlas ptaków, a jeśli będziecie tam latem lub jesienią – możecie zajrzeć nad zalew Siemianówka, gdzie odbywa się obóz ornitologiczny Akcja Siemianówka, największy w Polsce punkt obrączkowania ptaków.

Puszcza Białowieska i jej mieszkańcy – ludzcy i pozaludzcy, od kilku lat mocniej chyba niż w innych częściach kraju odczuwają światowe polityczne i ekologiczne turbulencje.

Pandemia, kryzys humanitarny na granicy polsko-białoruskiej, budowa zapory, która przecięła ten las stalową szramą, bardzo nadwyrężyły lokalne, turystyczne biznesy. Wierzę, że ten las wszystko wytrzyma. Musimy mu tylko w tym pomóc, odwiedzając go i pokazując naszym dzieciom. To jest las, w którym jedna tylko hodowla ma sens – wrażliwych na przyrodę i czułych w obcowaniu z nią ludzi.

 

Partnerem sekcji Podróże w Fathers jest Koleo

 

Czytaj więcej