Czy na pewno potrzebujemy placów zabaw?

Czy na pewno potrzebujemy placów zabaw? - Fathers.pl
Ilustracje: Maja Stanosz / Inline Studio dla PZFD
Partner: Polski Związek Firm Deweloperskich
Architektura Artykuł sponsorowany #architektura #dzieci #plac zabaw #podwórko #urbanistyka

Słuchaj w formie podcastu

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Może wystarczy mina przeciwpiechotna i dół z wapnem? A może chodzi po prostu o miejsce pod domem, w którym wszyscy mogą i chcą być?

Poprzeczkę można zawiesić dość nisko. Służę osobistym przykładem: wychowałem się w pamiętającej początki dwudziestego wieku kamienicy, której podwórko było niemalże klasyczną studnią. „Niemalże”, bo z jednej strony, przez bardzo wysoki mur, graniczyło z placem zabaw przynależnym do bloków stojących na tyłach naszej kamienicy. 
Dziś, gdy o tym myślę, dochodzę do wniosku, że trochę tym placem zabaw gardziliśmy. 
Surowość podwórka bardziej nas pociągała. A była to surowość radykalna. U nas był beton, płyty chodnikowe i szary piach. Wiaty śmietnikowe i dwa pseudoogródki otoczone metalowymi, fikuśnymi płotkami, z których jeden był zagospodarowany przez starszą panią z parteru (pilnowała bardzo starannie, by nikt tam nie wchodził). Ten drugi był zaniedbany, trochę zarośnięty, trochę zaśmiecony, a trochę zanieczyszczony przez okoliczne psy, koty i szczury. Mieliśmy w nim swoje miejsce, które zastępowało nam piaskownicę – było to kilka metrów kwadratowych owego szarego piasku, w którym wolno nam było kopać doły bez żadnych ograniczeń. W innych miejscach podwórka kopanie było wzbronione, czego z kolei pilnował dozorca – najpierw pan Mieciu, a później mój ojciec, który w ten sposób dorabiał sobie do pensji.

Czy na pewno potrzebujemy placów zabaw?

Pewnego razu, kopiąc w tym miejscu dozwolonym, trochę nas poniosło. Dokopaliśmy się głębiej niż kiedykolwiek. Coś metalicznie zadźwięczało pod łopatkami, w piachu błysnęła czerwień jakiejś odznaki. Zaczęliśmy kopać z jeszcze większym zapałem. Po chwili u naszych stóp leżały prawdziwe skarby – plastikowy orzełek bez korony, kilka metalowych fragmentów karabinu oraz talerzowaty, diablo ciężki przedmiot. Orzełek został uwspólniony – rotacyjnie krążył przez kilka następnych miesięcy pomiędzy domami wszystkich odkrywców. Z metalowymi, przerdzewiałymi fragmentami spluwy nie wiedzieliśmy, co zrobić. Talerzowaty przedmiot natomiast intrygował nas szalenie. Wpadliśmy na genialny pomysł zapolowania przy jego pomocy na szczura. Zaczailiśmy się na półpiętrze, czekając, aż jakiś wyjdzie z okienka w piwnicy. Gdy tylko jakiś się pojawiał, próbowaliśmy go trafić, spuszczając na niego ten ciężki przedmiot. Ani razu nie trafiliśmy. Dopiero po kilku dniach takiej zabawy jakiś dorosły zwrócił uwagę, że oto bawimy się w polowanie na szczura przy pomocy wygrzebanej z ziemi miny przeciwpiechotnej. Na szczęście ustrojstwo nie eksplodowało, a wszyscy uczestnicy tej zabawy dorośli z kompletem kończyn (ale co się później z nimi działo, to ja nie wiem).
Wspominam tę historię, by spuentować ją klasycznym, a pożyczonym ze słynnej pasty Łukasza Najdera refrenem: „nikt nie narzekał”. 
Stało się coś komuś? No nie stało się, poza tymi, którzy nam zniknęli z horyzontu, bo trzepnęła ich pancerna huśtawka albo się połamali, biegając po garażach. 
Czy mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo? Ano mieliśmy (z grubsza, poza tymi, co nie mieli, ale nic na podwórku o tym nie mówili). 
Jedliśmy więc ten mazut. 
Żuliśmy mrówki. 
Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem i zawsze przyspieszał na zakrętach. Urywało nam kończyny. W ich miejscu odrastały nowe. Wystarczyło na ranie zagnieść pajęczynę z chlebem. 
Mieszkaliśmy na dnie jeziora.

Nikt nie narzekał

Przytoczyłem tę osobistą historię podczas konferencji, którą kilka dni temu prowadziłem w Warszawskim Pawilonie Architektury Zodiak. Jej tematem były place zabaw, a okazją do jej zwołania – publikacja poradnika o tym, jak te place zabaw projektować. Wydał go Polski Związek Firm Deweloperskich, a zrobił to dlatego, że (to naprawdę fun fact) miał już dosyć tego mema z jednym bujakiem na sprężynie otoczonym płotem. Bo co się Wam wyświetla w głowie, gdy słyszycie „deweloperski plac zabaw”? No właśnie (a więc może warto robić memy?).
Ten poradnik napisał zespół całkiem sensownych ludzi – architektów i architektek krajobrazu czy ekspertów od dostępności i bezpieczeństwa. Wszyscy oni stawili się tamtego poniedziałkowego poranka, by podyskutować o placach zabaw, które są czymś więcej niż ten smutny, chiński bujaczek w klatce. A ja im na wstępie zadałem pytanie: z jakich placów zabaw przychodzą? Gdzie się bawili?
I nagle zaczęła się dziać magia. 
Bo może nie wszyscy mieli takie świetne dzieciństwo jak ja i mogli sobie rzucać beztrosko miną przeciwpiechotną w szczura, ale właściwie nikt nie wychował się na placu zabaw. W opowieściach królowały krzaki, garaże, stare magazyny, klasyczne kamieniczne podwórka, place budów albo nieużytki czekające na zagospodarowanie w przyszłości. Jak refren pojawiały się słowa: trzepak, kreda, piłka, guma do skakania, łażenie po drzewach. Jeden pan wspomniał z czułością dół z wapnem pozostały po budowie tuż obok piaskownicy. 
„Kochane dzieci, pamiętajcie, aby nie wpadać do dołów z wapnem”. 
(Nikt nie narzekał). 
Jedna pani, akurat czwarta w kolejności, wyznała, że wychowała się w domu jednorodzinnym z ogrodem i nie umiała ukryć, że w kontekście poprzednich wypowiedzi czuła się tym faktem nieco zakłopotana. Więc szybko dodała, że w tym ogrodzie to też z koleżankami łaziła po drzewach. Dobre i to.

Czy na pewno potrzebujemy placów zabaw?
Czy na pewno potrzebujemy placów zabaw?

Bardzo to była pożyteczna sesja wspominkowa, bo zaraz potem z naszej rozmowy wynikło, że najlepsze przestrzenie do zabaw dla dzieci to nie te, które są jednoznacznie jako takie zdefiniowane, i nie te, które umieszczono w wydzielonej strefie. 
Że plac zabaw za płotkiem to pójście na łatwiznę, a nie szczyt możliwości inwestora. I szybko od rozmowy o placu zabaw przeszliśmy do rozmowy o podwórku – o miejscu, w którym wszyscy mogą być: dzieci – żeby się bawić, dorośli – żeby doglądać dzieci i odpocząć albo pogadać między sobą. Że coraz baczniej będziemy na takie przestrzenie zwracać uwagę – nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Widać to już pomału w badaniach i trendach. Wraz z zasypywaniem deficytu mieszkań w Polsce oraz postępującym kryzysem demograficznym coraz większe znaczenie w ofertach deweloperów będą miały nie tyle lokalizacja, metraże i dostęp do miejsca parkingowego, ale także przestrzenie wspólne i takie, które pozwolą nam spędzać czas poza domem. W pandemii dowiedzieliśmy się, jakie to ważne. 
A ich znaczenie rośnie, jeśli uświadomimy sobie, o co tutaj toczy się gra.

Plac zabaw przegrywa dziś przecież z ekranem. 


– Moja córka regularnie wraca do domu i mówi, że nikogo nie udało jej się wyciągnąć na zewnątrz, bo akurat wszyscy mają czas z komputerem – opowiadała jedna z panelistek. – Z tym dziś musi konkurować dobrze urządzony plac zabaw. A to nie jest łatwa konkurencja. Budżety big techów są przecież wielokrotnie większe niż budżety nawet największych deweloperów.

Poradnik „Place zabaw. Poradnik dla inwestorów i osób projektujących budynki mieszkalne”

Poradnik przygotował zespół: dr inż. arch. Monika Wróbel / Fundacja Skwer Sportów Miejskich, Dominik Berliński / Centrum Kontroli Placów Zabaw, dr Zuzanna Bogucka, arch. kraj. Justyna Dziedziejko / topoScape, arch. kraj. Magdalena Wnęk / topoScape, dr inż. arch. Beata Walicka-Góral / Uniwersytet Rzeszowski.

 

Czytaj więcej