„Coś taki słaby?”, czyli jak Michał Kempa próbował dogonić własnego ojca

„Coś taki słaby?”, czyli jak Michał Kempa próbował dogonić własnego ojca - Fathers.pl
Ilustracje: Adam Banaszek
Ludzie Rodzina Rowery #relacje #rowery

To w gruncie rzeczy nie jest historia o kolarstwie, choć pełno w niej rowerów. Przez całe lata próbowałem zrealizować „filmowy” scenariusz idealnej więzi z ojcem. Aż w końcu zrozumiałem, że aby spotkać się w połowie drogi, trzeba pozwolić się wyprzedzić.

1.

Lata dziewięćdziesiąte. Impreza w ogrodzie. Komunia. Zasady były proste. Jeśli rodzice byli dobrze sytuowani, to była szansa na komputer. Jak trochę gorzej, to zostawało się przy rowerze. Ja miałem szczęście. Rodzice kupili mi komputer, a wujek Janusz, mój chrzestny, dorzucił rower.

Wszystkie prezenty odbierałem na oczach gości. Nie wiem dlaczego. Takie widać były zwyczaje. Komputer dostałem w formie pieniędzy na komputer. Rower w formie roweru. Tu i teraz. To był prezent, który każdy widział. I niestety każdy też widział, że mam osiem lat i nie potrafię na nim jeździć. Ten moment będę pamiętał już zawsze. Dookoła rodzina, znajomi rodziców. Dziadki, babcie. Wujki, ciocie. Prawdziwe i przyszywane kuzynostwo. A ja wsiadam na rower, staram się pedałować i po paru metrach z niego zeskakuję. Za chwilę znowu wsiadam i znowu zeskakuję. Za nic w świecie nie jestem w stanie utrzymać równowagi.

Pamiętam też szybkie porady rzucane przez otoczenie: wujek Franek krzyczał, żebym nie patrzył pod koła, tylko przed siebie. Wujek Andrzej też coś wrzasnął. Kuzyn Adam dorzucił, żebym pedałował jak najszybciej. Starali się pomóc. Mój komunijny rower był bordowy, błyszczący i miał aż dwadzieścia jeden przerzutek. Niestety na żadnej z nich nie potrafiłem przejechać więcej niż trzydzieści metrów.

Wstydziłem się, ale nie aż tak bardzo, jak może się wydawać. Komunia to było wielkie wydarzenie. Intensywny dzień dla małego gorliwego katolika. Rowerowa porażka zeszła na dalszy plan. Rower nie był dla mnie najważniejszy. Pamiętam, że dostałem jeszcze między innymi Księgę rekordów Guinnessa i pióro Parkera. Nie licząc pierwszej komunii.

2.

Rower odłożyłem na parę lat. Robienie rzeczy, które ci nie wychodzą, nie leży chyba w naturze większości dzieci. Te, które mają inaczej, zapewne zostają potem mistrzami olimpijskimi w łyżwiarstwie figurowym czy tam w jakichś innych sportach polegających na wielokrotnym przewracaniu się i obijaniu sobie kolan.

Rower nie sprawiał mi przyjemności, więc go nie używałem. Nie pamiętam nawet, czy podejmowałem jeszcze jakieś próby. Byłem w drugiej klasie. Od dawna już powinienem to umieć. Wszyscy koledzy jeździli. Nigdy się nie przyznawałem do swojej nieumiejętności, maskowałem się idealnie. Nie zastanawiałem się też, dlaczego nikt nie próbuje mnie jednak nauczyć. Przecież mógłby to zrobić mój tata.

Bo w gruncie rzeczy – gdybyście się jeszcze nie domyślili – nie jest to historia o rowerze, tylko o relacji ojca z synem.

To, że to ojciec powinien nauczyć syna jeździć na rowerze, nie było nigdzie zapisane. Nie był to wymóg ani obowiązek.

Niespecjalnie się zresztą wtedy zastanawiałem, dlaczego nie podjął próby, podobnie jak kilka lat później, kiedy miałem zdawać egzamin na kartę rowerową. W wieku dwunastu lat musiałem się nauczyć jeździć. W trzy dni. Z pomocą znowu przyszedł wujek. Tym razem Andrzej. Jeździł ze mną po okolicy, poświęcał swój czas. I ledwo co, ale zdałem. Wujkowie – wierni zastępcy ojców. Znowu: nie miałem o nic pretensji. Rower był dla mnie przykrym obowiązkiem, niczym pozytywnym. Niczym ważnym. Gdyby tata mnie do niego namawiał, pewnie tylko popsułby nasze ówczesne, trudne i tak (wchodziłem w nastoletni wiek) relacje.

3.

Latem 2003 roku obejrzałem pierwsze w swoim życiu pełne Tour de France. Bite trzy tygodnie śledzenia rywalizacji przed telewizorem. Połknąłem bakcyla – okropne określenie, ale pasuje. Potem zacząłem oglądać kolejne wyścigi komentowane przez legendarny duet Jaroński i Wyrzykowski. Z czasem chciałem wstać z kanapy i samemu wziąć się za jazdę. Na poważnie. Rower po raz pierwszy stał się dla mnie ważny.

W tym samym czasie tata przeżywał coś na kształt kryzysu wieku średniego. Zresztą czy był to aż kryzys – nie powiedziałbym. Dochodził do pięćdziesiątki i zwyczajnie musiał się trochę za siebie wziąć. Zaczął więc regularnie jeździć. Co więcej: nowy rower kupił też mi. Byłem już licealistą. Poprzednie dziecięce dwa kółka zaczynały być na mnie za małe. Miałem zajawkę – miałem nowy rower. Tata jeździł, a skoro kupił mi sprzęt, to ewidentnie chciał, żebym robił to z nim. Czyli co? Zaczyna się okno pogodowe na wspólną pasję? Ojciec i syn razem na rowerze? Oczywiście że niekoniecznie.

Problem polegał na tym, że kolarstwo to sport wytrzymałościowy, a sporty wytrzymałościowe wymagają nie tylko dobrej kondycji, ale i zimnej głowy.

Kiedy piętnastolatek jedzie na rowerze obok swojego prawie pięćdziesięcioletniego ojca, nie wypada mu jechać równo z nim. Musi przyspieszyć, pokazać mu, że jest młodszy, szybszy i sprawniejszy. Tyle że ja byłem tylko młodszy. Każdą okoliczną górkę zaczynałem z przodu. Każdą kończyłem z tyłu. Czekał na górze, żeby mnie wyśmiać. „Po co ty się tak rzucasz?” – pytał retorycznie. Trochę to trwało, zanim nauczyłem się cierpliwości i przestałem odstawać na tych krótkich, okołobielskich hopkach. Na niektórych nawet go wyprzedzałem. Poczułem się mocny. Aż w końcu pojechaliśmy na Magurkę.

„Coś taki słaby?”, czyli jak Michał Kempa próbował dogonić własnego ojca
Ilustracja: Adam Banaszek

4.

Tata naopowiadał się, że „byli z Wawroszem” i ledwo wjechał. Potraktowałem to jak wyzwanie. Magurka brzmi beztrosko, ale to kawał podjazdu. Nieprzesadnie długi, bo około czterokilometrowy, ale ze średnim nachyleniem około dziesięprocent. Robi na mnie wrażenie do dzisiaj. Trudny podjazd zarówno dla szosowców, jak i dla górali jadących po asfalcie. To po prostu stroma góra z fragmentami dochodzącymi do dwudziestu procent. Uchodząca za jeden z najtrudniejszych podjazdów w Polsce, o czym wtedy raczej nie miałem większego pojęcia.

Znowu ruszyłem pierwszy. Co mogło się wydarzyć? Przecież to tylko trochę dłuższa górka niż te, na których wyprzedzałem już tatę. I trochę bardziej stroma. Szybko dociera do mnie, że zbyt stroma. Przełożenia w rowerze się kończą, siły też. Staję. Jest stromo jak cholera. Tata mnie dogania. Stoję, a on pyta tylko: „Coś jest taki słaby?” i jedzie dalej. Próbuję go gonić, ale za chwilę znowu muszę stanąć. Nigdy nie było tak stromo. I tak długo. A to tylko cztery kilometry. Do szczytu stanę jeszcze cztery razy. Dojadę zasapany i półżywy. Tata będzie czekał. Na górze zapyta, czemu się tak rzucam. A ja przez kilka lat będę opowiadał znajomym, jak pięćdziesięcioletni ojciec zmiażdżył prawie dorosłego już syna.

5.

Klęska na Magurce ani trochę nie wybiła mi z głowy roweru. Co więcej, rower i kolarstwo to wszystko, co powoduje, że rodzi się we mnie prawdziwa pasja. W pełnym tego słowa znaczeniu. Pasja, która w moim przypadku przetrwa ponad dwadzieścia lat. To wystarczająco dużo, żeby mówić o niej: „życiowa”.

„Coś taki słaby?”, czyli jak Michał Kempa próbował dogonić własnego ojca
Ilustracja: Adam Banaszek

Są ludzie, którzy zbierają znaczki, inni oglądają piłkę nożną, jeszcze inni gotują, podróżują, tresują dzikie węże. Ja mam kolarstwo.

Staje się dla mnie ważne, bardzo ważne. Oglądam wyścigi, sam jeżdżę, piszę, komentuję, nagrywam filmy. Był moment, w którym nawet udawało mi się zarabiać na tym pieniądze. Znajomy napisał do mnie kiedyś, że kolarstwo stało się treścią mojego życia zarówno prywatnego, jak i zawodowego. I coś w tym jest. I to wszystko zaczęło we mnie kwitnąć właśnie w tamtym czasie. Na dwudzieste urodziny rodzice kupili mi pierwszy w życiu szosowy rower.

6.

W 2010 roku Tour de Pologne zawitało w nasze strony. Etap kończył się na Równicy. Pięć kilometrów podjazdu zaczynającego się w Ustroniu. Pojechaliśmy tam z tatą. Była też siostra i mama. Ja z tatą na rowerach. Tata miał wtedy pięćdziesiąt trzy lata. Był w wieku facetów, z którymi dziś jeżdżę. Ale oni mają superdrogie, lekkie szosy. Sami też ważą niewiele. Mój tata jechał na góralu, miał – podobnie jak ja przez całe swe dorosłe życie – lekką nadwagę. Na nogach adidasy. Ja udawałem już zawodowca. Aluminiowa szosa, koszulka mojej ulubionej baskijskiej drużyny Euskaltel-Euscadi. Jak na te czasy wyglądałem tak profesjonalnie, że po etapie, gdy kibice wraz z kolarzami zjeżdżali z powrotem z Równicy, to mechanik zespołu pomylił mnie z kolarzem i machał, żeby przejąć mój rower i zaprowadzić do teamowego autokaru. Ale wróćmy do podjazdu.

Zaczęliśmy równo. Chwilę potem rzuciłem się do ataku. A przynajmniej tak mi się wydawało, po prostu stanąłem w korbach. Nigdy wcześniej nie wjeżdżałem pod tak długi podjazd. Byłem już dorosłym chłopem. Wydawało mi się, że umiem jeździć na rowerze. Że czasy rowerowego wstydu już minęły. Minąłem tatę, ale po kilkuset metrach złapałem zadyszkę. Zwolniłem. Zmęczenie nie ustępowało.

Musiałem zejść z roweru. Tata dogonił mnie stojącego, a nie jadącego. Rzucił lekko pogardliwie: „Co jest?” i pojechał dalej. Chwilę odsapnąłem i wróciłem na rower. Przejechałem niecały kilometr i znowu przerwa. Potem kilkaset metrów i znowu. Taty nie widziałem już od dawna. Za to przy czwartej przerwie zza zakrętu wyłoniła się moja siostra i mama. Szły pieszo.

To był dużo większy wstyd niż podczas komunii. Teraz rower był już dla mnie czymś ważnym. Oglądałem wyścigi, miałem profesjonalne ciuchy. A nadal wyprzedzał mnie starszy i lekko otyły facet po pięćdziesiątce. Tata mnie minął, dojechał na samą metę i to stamtąd oglądał finisz etapu. Ja dotarłem niżej i tam też stanąłem. Oglądaliśmy kolarzy osobno. Znowu osobno.

„Coś taki słaby?”, czyli jak Michał Kempa próbował dogonić własnego ojca
Ilustracja: Adam Banaszek

7.

Kiedy masz pasję, chcesz się nią dzielić z najbliższymi. W tym z własnym ojcem. Wychowałem się na wzorcach z amerykańskiego kina familijnego. Rodzice wypożyczali mi kasety, a ja jako dziecko pochłaniałem niezliczone historie o tym, jak tata z synem chodzą wspólnie na mecze baseballowe, odbijają razem piłkę w ogrodzie, przekazują sobie kolekcję kart z graczami. Ojciec zarażający jakąś pasją syna, syn naśladujący ojca. Tak zostałem zaprogramowany.

Ponieważ tata niespecjalnie chciał dzielić się swoimi pasjami, to ja postanowiłem walczyć o zainteresowanie go własną.

Od czasu Równicy wiele się w moim prywatnym kolarstwie zmieniło. Nowe rowery, już nie prezenty od rodziców. Wyjazdy, treningi. Ostatnie kilka lat to już całkiem zaawansowane zajęcie w moim wykonaniu. Od sześciu lat nie zdarzyło mi się przejechać rocznie mniej niż dziesięć tysięcy kilometrów. Wielu moich znajomych twierdzi, że rower jest dla mnie najważniejszy. Mylą się, bo mylą rower z kolarstwem, ale mniejsza o to.

Jeżdżę dużo. Na Równicę jestem w stanie wjeżdżać „w pierwszej strefie”. Zjeździłem kawał kolarskiego świata. Wracając z każdego wyjazdu, opowiadałem rodzicom o tym, jak widziałem ludzi w ich wieku wjeżdżających na najsłynniejsze kolarskie przełęcze: na Stelvio, na Tourmalet, na wulkan Teide. Często byli to ludzie od nich sporo starsi. Wzbudzali zainteresowanie wokół, kolarze ich pozdrawiali, dopingowali.

Myślałem, że te historie zrobią wrażenie na moim tacie, jakoś go zdopingują i kiedyś pojedziemy na taki wyjazd razem. Niespecjalnie był zainteresowany. Czasem namawiałem go na kupno lepszych kolarskich ciuchów, takich, których nie kupi w Decathlonie czy Intersporcie. Kupował, zakładał kilka razy i wracał do swoich. Kiedy na Eurosporcie leciał jakiś ważny wyścig i akurat byłem u rodziców, wołałem go i tłumaczyłem sytuację, tak żebyśmy mogli pooglądać razem. Czasem nawet udawało mi się go przytrzymać przed telewizorem, ale to była pora (między 16:00 a 17:00) jego popołudniowej drzemki.

Zdaję sobie sprawę, że to jakaś kuriozalna historia. Dorosłego chłopa, który na siłę szuka wspólnego doświadczenia z własnym, dobiegającym powoli siedemdziesiątki ojcem.

Powinienem dać mu spokój, a jednak próbuję. Mam w głowie zbyt mocno zakodowany przez telewizję, popkulturę i otoczenie obrazek. Idylliczny, o ojcu i synu. Pamiętam, jak mój kolega z dzieciństwa Tomek Poniedziałek ciągle opowiadał o swoim tacie. Mówił, jak o wzorze. Twarde nastoletnie tezy dotyczące losów świata zaczynał od „a mój tata powiedział…” . Ja nigdy tego nie robiłem.

Mój tata niespecjalnie był dla mnie wtedy autorytetem. Może dlatego potem już w dorosłym życiu chciałem tę relacje jakoś naprawić, nawiązać nić porozumienia, którego przedtem nie było. Przeżyć te wszystkie wspólne przygody. Odtworzyć wzorzec z tych durnych filmów.

8.

Rok 2021. Pojechaliśmy całą rodziną na wakacje. Dziwne, wiem. Ja, moja dorosła siostra i rodzice. Tak się złożyło, że wylądowaliśmy na Wyspach Kanaryjskich. Od dawna jeździłem tam na wyjazdy rowerowe, spędzałem zimy. Trasy znałem jak własną kieszeń. Potem często opowiadałem o tym tacie. Teraz w końcu nadarzyła się okazja, żeby wyciągnąć go na wspólną jazdę. Dał się namówić.

Wypożyczyłem mu elektryka, siostra wzięła szosę. We trójkę pojechaliśmy na Sorię. Piękny, typowo kanaryjski podjazd. Długi i trudny. Trudnością może nawet porównywalny do Magurki. To był nasz pierwszy wspólny rower, odkąd zostałem już zaawansowanym kolarzem amatorem. Wjazd na Sorię nie stanowił dla mnie żadnego problemu. Dla taty też nie powinien. Ojciec i syn w końcu przeżyją wspólną kolarską przygodę.

Co kilka minut zagadywałem go o to, jak mu się podoba, czy fajnie, czy dobrze się jedzie, czy widoki ładne. Nie jest typem ekstrawertyka, więc wiedziałem, że ewentualne zachwyty zachowa raczej dla siebie. Bez większego entuzjazmu, ale potwierdzał. Jadąc, opowiadałem mu o tej górze, o tym, ile razy wcześniej byłem w tym miejscu, o tym, że trenują tu zawodowcy, że Peter Sagan miał tu kiedyś wypadek, o tym, że ze szczytu można węższą drogą pojechać jeszcze wyżej. Siostra niespodziewanie przyspieszyła przed początkiem podjazdu, tata jechał wolniej, bo elektryk miał blokadę prędkości. Na płaskim stanowiło to problem dla wspólnej jazdy, bo musielibyśmy zwalniać, żeby jechać równo z nim. Pojechałem za Karoliną, a on powiedział, że do nas dojedzie. Na podjeździe siostra szybko odpadła, a ja na chwilę przyspieszyłem, żeby zrobić ładne zdjęcie na pierwszym zakręcie. Tata dojechał po paru minutach. Dopadł mnie, jak stałem przy rowerze, zamiast jechać. Przejechał obok mnie i znowu: „Co tak stoisz?” z miną dokładnie taką samą jak na Równicy i na Magurce. Do szczytu też dojechał pierwszy, bo ja pomagałem umęczonej siostrze. Soria to kawał podjazdu, dla kogoś, kto na co dzień nie trenuje i nie jeździe na elektryku. Dojechała. Tata poczekał. Zapytał ją, czemu się tak rzuciła do przodu. Na szczycie, przy pięknej pogodzie zrobiliśmy sobie zdjęcie. Każdy się uśmiecha. Tata też.

Często patrzę na to zdjęcie. Zaciągnąłem go do swojego świata. Udało się. W końcu. Jeździ na rowerze dużo rzadziej niż kiedyś, ale wtedy dał się namówić. Ta nasza wspólna rowerowa przygoda, te wspólne, szukane tyle lat doświadczenie trwało dwie i pół godziny. Wystarczy mi. Nie muszę go męczyć o więcej. Ma swoje lata, nie darowałbym sobie, gdyby coś mu się stało, a rower to w tym wieku niekoniecznie bezpieczne zajęcie. Czasem zdarzy się, że kiedy wracam do Bielska, robi sobie przejażdżkę swoim elektrykiem. Czasem pojadą z nim. Przez te lokalne hopki, które mi pokazywał, kiedy ledwo byłem w stanie jechać obok niego. Teraz on na elektryku z trybem turbo, ja na lekkiej szosie. Zrywa mnie z koła, nie mam szans. Szyderczo się uśmiecha na górze. Dokładnie tak jak kiedyś. Czasem też doda: „Coś jest taki słaby?”.

 

Czytaj więcej