Codzienna wygoda, niecodzienna przygoda. Czy rower towarowy naprawdę może zastąpić samochód?
Jeśli kiedykolwiek porozmawiacie z użytkownikiem roweru cargo, to niemal pewne, że usłyszycie coś o „objawieniu” – o życiu przed i po. Zrozumiecie to, gdy wsadzicie swoje dzieci do skrzyni roweru i nic już nie będzie takie samo.
Kiedy stajemy się rodzicami, na jakiś czas żegnamy się z losem wolnych elektronów, które swobodnie przemieszczają się po mieście. Jesteśmy taborem – z pieluchami, mokrymi chusteczkami, ubraniami na zmianę, jedzeniem, butelkami, zabawkami. Jak wygodnie przewieźć ten cały szpej i nie zwariować? Dla wielu domyślną odpowiedzią pozostaje auto, często większe, z fotelikami i bazami. Nie oznacza to jednak, że nie istnieją inne rozwiązania.
Bakfiets Mama
W Holandii określenie „Bakfiets Mama”, czyli mama na rowerze cargo, weszło już do codziennego słownika. Jest trochę żartobliwe, trochę krytyczne. W ogólnym sensie oznacza zabieganą mamę, która pakuje dwójkę dzieci do roweru i pędzi przez miasto, skupiając się na kolejnym rodzicielskim zadaniu, nieco mniej zważając na spacerujących turystów, którzy muszą uskakiwać na boki. W głębszym znaczeniu określenie to wiąże się ze zjawiskiem gentryfikacji. Rodzice z klasy średniej zaludniają nowe osiedla w dawnych dzielnicach poprzemysłowych, gdzie mogą sobie pozwolić na tańsze mieszkania. Jednocześnie nadal chcą posyłać dzieci do szkół w tych „lepszych” dzielnicach. Narzędziem, które im to umożliwia, jest rower cargo, bo nawet przy dużej odległości mogą łatwo podrzucić pociechy do podstawówki i pojechać dalej do pracy, zamiast posyłać dzieci do szkoły rejonowej. Dla krytyków tego zjawiska rower cargo stał się odpowiednikiem SUV-a, którym amerykańscy rodzice podwożą dzieci do lepszych szkół…
Tyle jeśli chodzi o problemy pierwszego świata. A jak jest u nas? Czy rowery cargo to wielkomiejska fanaberia? Od dziesięciu lat staram się udowodnić, że niekoniecznie. Zainteresowałem się nimi, zanim zostałem rodzicem, ale to właśnie dopiero doświadczenie rodzicielstwa w pełni unaoczniło mi ich rewolucyjny potencjał. Kiedy porozmawiacie z użytkownikami cargo, to niemal pewne, że usłyszycie coś o „objawieniu” – o życiu przed i po. Brzmi sekciarsko? Trochę. Ale to nie sekta od karbonowych ram i zrobionych kilometrów, tylko ludzi, którzy nie wyobrażają sobie przemieszczania się w inny sposób.
Moje dzieciaki, syn i córka, mają dziś trzy i sześć lat. Wożę je rowerem od samego początku, także w foteliku lub kołysce – na drzemki i usypianie. Bezcenne doświadczenie. Dla nich to ustawienie domyślne.
Kiedy były młodsze, myślałem, że moim zadaniem jest je zabawić, dać im zajęcie. Dziś coraz częściej myślę, że muszę chronić je przed nadmiarem bodźców.
Świat wciąga ich w machinę rozrywki – to bywa wspaniałe, ale wymaga balansu. Nie marzę o ucieczce na wieś, ponadto wiem, że polskie przedmieścia to tak naprawdę rosnące międzymieście – ziemia niczyja, gdzie wcale nie jest tak sielsko. Kocham wielkomiejski gwar i za szczęśliwy los na loterii uważam to, że wychowują się w nim moje dzieci. Muszę jednak tworzyć im warunki do zatrzymania i odpoczynku.
Spacer, nie wyczyn
Ostatnio podczas najkrótszego dnia w roku, tuż przed świętami, zabrałem je na miasto. Moja żona przechodziła akurat trudniejszy moment i potrzebowała dnia tylko dla siebie. Pojechaliśmy na Kopiec Powstania Warszawskiego na Siekierkach, który oficjalnie nazywa się Parkiem Akcji „Burza”. Nie jest to jednak typowo parkowa uładzona zieleń, tylko miejsce, gdzie – zgodnie z założeniem – rośliny kolonizują przestrzeń przez lata leżącą w mieście odłogiem. Wytyczono alejki, ale poza tym to chaszcze i dzika góra.
W parku-gąszczu każda roślina jest interesująca. Zagłębienie w ziemi staje się bagnem, tata potworem, a przerzucona deska chybotliwym mostem. Gdy dotarliśmy na szczyt wzniesienia, z którego rozciąga się widok na miasto, dzieci wcale nie były zainteresowane panoramą wieżowców w centrum. Patrzyły na to, co bliżej – na swoją własną okolicę, to, co już znają, ale z innej perspektywy.
Takich spontanicznych wypadów odbyłem już setki. W pandemii – z pierwszym dzieckiem – robiliśmy je nawet kilka razy w tygodniu, dziś co najmniej raz, a jeszcze są mikrowycieczki w drodze powrotnej z przedszkola. W cargo zdobyliśmy Koronę Gór Warszawy, jeździliśmy do lasów i nad Wisłę, ale też do teatru, kina, głośnej sali zabaw czy centrum handlowego. Wielu z tych miejsc nie odwiedzałbym tak często bez roweru cargo. Bo rower to wolność.
Dwadzieścia kilometrów po mieście na rowerze ze wspomaganiem elektrycznym to spacer, nie wyczyn.
Możemy się zatrzymać, zawrócić, zmienić plan (weźmiemy bułkę z piekarni, a może kupimy mamie kwiaty?). Parkujemy w zasadzie, gdzie chcemy – zawsze jest miejsce. Pakowność pozwala zabrać dzieci, jedzenie i rzeczy na zmianę. Na krótkich i średnich dystansach to najszybszy środek transportu (czy znowu ubieraliśmy się przez dwadzieścia minut tuż przed wizytą u pediatry, którą mamy za kwadrans?).
Idea cargo
Nie ulegajcie złudzeniu, że to pojazd wyłącznie rekreacyjny. Cargo obsługuje codzienność: przedszkole, lekarzy, zakupy. Od drzwi do drzwi, bez szukania parkingu i zapinania fotelików. Codzienna wygoda, niecodzienna przygoda. Często słyszę pytanie: „Co będzie, gdy dzieci nauczą się jeździć same?”. Wynika ono z niezrozumienia idei cargo. Moje dzieci już jeżdżą. Ale cargo to rodzinna taksówka – także na dystanse, których dziecko samo nie pokona, a na pewno nie w takim tempie. W określonych warunkach zastępuje auto, a już na pewno niemal zawsze drugie auto w rodzinie (sprzedaż drugiego samochodu, aby sfinansować rower, to w Polsce stosunkowo częsty przypadek).
O co tyle hałasu, skoro są przyczepki? Przyczepki i foteliki rowerowe są okej, ale to zupełnie inne narzędzia i inny zakres użytkowania. Nie da się w nich prowadzić swobodnej rozmowy z dzieckiem. Nie da się załadować tygodniowych zakupów lub sprzętu piknikowego (ładowność sto kilogramów). Wreszcie, nawet mając rower elektryczny, nie da się jechać z prędkością dwudziestu pięciu kilometrów na godzinę z przyczepką, bo byłoby to niebezpieczne.
Rower cargo podnosi nasze możliwości na wyższy poziom: szybciej, więcej, dalej.
Czy to więc ekstrawagancja? Tylko jeśli ekstrawagancją jest szukanie sensownego rozwiązania problemu mobilności, kiedy mamy pod opieką dzieci. Bez korków, płaczu na tylnym siedzeniu i choroby lokomocyjnej. Jazda samochodem po mieście nie sprawia mi przyjemności, a z krzyczącymi dziećmi bywa koszmarem, który niechybnie skończy się migreną (raz nawet stłuczką po nieprzespanej nocy). W cargo mogę zachować względny spokój i prowadzić z dziećmi swobodną rozmowę, nawet jeśli te akurat mają gorszy moment, krzyczą i wymagają mojego wsparcia. Dziecięce dramaty zdarzają się tu rzadziej – przynajmniej w naszej rodzinie – być może dzięki kontaktowi z wiatrem, deszczem i słońcem. Sensoryka pochłania maluchy i pomaga wewnętrznie się wyregulować.
Zauważyłem też, że zyskały świetną orientację w przestrzeni i doskonale poznały miasto, co – jak przypuszczam – nie udałoby się tak szybko zza szyby auta (potwierdzają to badania porównujące dzieci docierające do szkoły w różny sposób).
Czy widzę wady? Pomniejsze.
Często – co wiem od innych „cargo rodziców” – dzieci nie chcą już innego środka transportu. Nawet gdy na zewnątrz pada deszcz ze śniegiem.
Porządna peleryna załatwia sprawę, choć oczywiście macie prawo nie chcieć walczyć z żywiołem. Dzieci – szczęściarze – nie muszą, są schowane w namiocie.
W Polsce barierą wejścia jest cena, wciąż wysoka jak na naszą siłę nabywczą (od dwudziestu do czterdziestu tysięcy złotych). Wybór modeli jest dziś duży (dekadę temu konstruowaliśmy je sami). Czy te najkosztowniejsze są warte swojej ceny? Moim zdaniem tak, i nie znam osoby, która żałowałaby takiego wydatku. Czy modele budżetowe nadal są funkcjonalne? Jak najbardziej i warto się nimi zainteresować – po prostu apetyt rośnie w miarę jeżdżenia. Potem nie ponosimy już kosztów paliwa, ubezpieczenia czy parkowania.
No właśnie, gdzie parkować? Tam, gdzie zaparkowalibyście skuter lub motocykl, z którego regularnie korzystacie – zazwyczaj na ulicy, pod pokrowcem. Taki pojazd naprawdę niełatwo ukraść, a jeszcze trudniej upłynnić. Niestety polscy ubezpieczyciele nie oferują w tej chwili ubezpieczenia o wyższej wartości niż dziesięć tysięcy złotych.
Jeśli ktoś mieszka daleko pod miastem, cargo może nie być dobrym rozwiązaniem. Ale wielu z nas żyje w miastach i pokonuje jednorazowe dystanse do pięciu kilometrów. Przez dziesięć lat prowadzenia bloga Jeden samochód mniej moim celem nie było zawstydzanie kierowców. Mieszkam na Mokotowie, to mój przywilej, własne auto byłoby dla mnie raczej problemem niż rozwiązaniem. W ostateczności zamówię taksówkę, a na wakacje mogę wypożyczyć samochód (to tylko tydzień, dwa w roku).
A jeśli w ogóle obchodzi was wpływ na środowisko i powietrze w mieście, pamiętajcie, że tym, co ostatecznie liczy się w badaniach ruchu, nie jest liczba zarejestrowanych pojazdów, ale realnie odbytych podróży, Spójrzcie na to, jak się przemieszczacie właśnie z tej perspektywy – ile z nich odbywacie autem, piechotą, tramwajem, a ile moglibyście na rowerze. Rewolucja zaczyna się małymi krokami. Najlepiej wypożyczyć rower na kilka dni, nie tylko na krótką przejażdżkę, żeby zobaczyć, jak realnie zmieni się codzienna mobilność.