Być obok, kiedy się budują i być kiedy się rozpadają. Jak towarzyszyć dziecku w nastoletniej miłości?

Być obok, kiedy się budują i być kiedy się rozpadają. Jak towarzyszyć dziecku w nastoletniej miłości? - Fathers.pl
Esej Relacje Rodzina

Słuchaj w formie podcastu

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Może więc nie chodzi o to, żeby uchronić nasze nastolatki przed bólem. Ani o to, żeby nauczyć ich kochać »lepiej«, »mądrzej«, »bezpieczniej«. Może chodzi o coś znacznie trudniejszego: o to, by wytrzymać ich stawanie się. Wytrzymać to, że ich miłość nie jest naszą miłością. Że ich język relacji wymyka się naszym definicjom. Że ich wybory prowadzą przez miejsca, których sami kiedyś baliśmy się dotknąć, albo w których utknęliśmy – o dorastaniu i miłościach naszych dzieci pisze psychoterapeutka Anna Bal.

Proszę sobie wyobrazić osobę, będącą w miejscu, które można określić ni mniej, ni więcej, tylko: „pomiędzy”. Jeśli osoba ta składa się z nieskończenie wielu elementów cielesnych i psychicznych, a każda z tych cząstek woła w innym kierunku i próbuje znaleźć swoją przynależność w jakimś wystarczająco dobrym i przytulnym środowisku, mamy gotową zapowiedź perypetii.
Witajcie w świecie nastolatka, który jednocześnie biegnie i idzie. Stoi w miejscu i chce ruszyć przed siebie. Chce wyjść z dotychczasowego świata, puścić to, co trzyma go w uścisku rodzicielskich ramion i w tym samym czasie chwycić za ręce inne istoty wirujące w tym chaosie.
„Jeśli nie mogę tańczyć, to nie jest to moja rewolucja” powiedziała Emma Goldman, czołowa rewolucjonistka ruchu anarchistycznego. I miała rację. Jeśli kryzys – to rozpad starego na rzecz niejasnego i jeszcze nowego. Jeśli kryzys, to też i strata. Bycie „pomiędzy” umożliwia rozglądanie się w wielu kierunkach jednocześnie, zatem rozszerza perspektywę. Jednak jeśli chodzi o nastolatków, a o nich tu mowa, oznacza to często rozdarcie, niepołączenie z żadnym miejscem, coś w rodzaju wykorzenienia z tego, co było – w kierunku nieznanego nowego.

Dlaczego nie powinniśmy rozumieć nastolatka? Dlaczego właściwie nie wolno nam rozumieć zarówno jego, jak też jego rewolucyjnego tańca? Bo inaczej on tego kryzysu nie przejdzie w sposób właściwy i rozwojowy.

Nie wyjdzie poza strukturę dawnego doświadczenia i nie stanie na własnych nogach. Z możliwością wyciągnięcia rąk do świata. Ale po kolei, ale pomalutku.

Przeobrażenie wymaga straty

Jak w tym wszystkim lokalizuje się miłość i relacje? Jeśli jesteś rodzicem nastolatka to, prawdopodobnie towarzyszą ci uczucia wzruszenia i rozczulenia, kiedy widzisz pierwsze rumieńce, uważne przeglądanie się w lustrze, zmagasz się z wiecznie zajętą łazienką i dotyka cię ta charakterystyczna, elektryzująca drażliwość, jakby cała relacyjność sprowadzała się nagle do wysokiej jakości materiału wybuchowego z zaszyfrowanymi komendami: „zostaw mnie”, „daj mi spokój”, „wyjdź stąd”.
Nie ma transformacji bez utraty. Każde „staję się” oznacza jednocześnie: „przestaję być”. Nastolatek traci dzieciństwo, ale nie dostaje jeszcze dorosłości. Traci prostotę relacji, w których miłość była oczywista i gwarantowana, a w zamian dostaje jej nieprzewidywalność. Traci też obraz rodzica jako wszechwiedzącego przewodnika – i to jest strata bolesna dla obu stron.
Miłość w tym czasie również jest stratą – iluzji, że można być kochanym bezwarunkowo i bez ryzyka.

Każde zakochanie niesie w sobie potencjał rozpadu, a każdy rozpad – konieczność przebudowy siebie. Dlatego tak często młodzi trzymają się relacji, które ranią, bo utrata relacji oznacza chwilowy rozpad tożsamości.

A na to układ nerwowy nie jest jeszcze gotowy. Adolescencja to czas ogromnej przebudowy mózgu. Układ limbiczny – odpowiedzialny za emocje i nagrodę – rozwija się szybciej niż kora przedczołowa, która odpowiada za regulację, przewidywanie i kontrolę impulsów.
To dlatego emocje nastolatków są tak intensywne, a jednocześnie trudne do „opanowania”. Do tego dochodzi zwiększona wrażliwość na dopaminę, co sprawia, że doświadczenia miłosne, odrzucenie czy akceptacja mają wręcz biologicznie wzmocnioną siłę oddziaływania. Miłość w tym okresie nie jest więc „przesadą” czy „dramatyzowaniem”. Jest realnym, głęboko przeżywanym stanem neurobiologicznym, który kształtuje przyszłe wzorce relacyjne.

Miłość, po co nam miłość

Chodzi chyba o nagłe i intensywne połączenie: te wszystkie kawałki układanki, oddzielające się od starego świata, szukające nowego połączenia, po czasie, który wcześniej nazwaliśmy kryzysem przejścia, mogą złapać się w nową całość.
Miłość nastolatków to całe spektrum bliskości i jej sprawdzanie we wszystkich rozciągłościach. To naturalna adaptacyjna idealizacja, w ramach której każdy początkowo oferuje swoje poczucie własnej wartości drugiemu oraz naruszenie iluzji o własnej niezależności.
Rodzic już wie, co parzy, i wstrzymując oddech, patrzy na poczynania młodej osoby. Jednak najlepiej będzie, jeśli znajdzie dla siebie dodatkowe źródło tlenu, bo nic nie działa gorzej na dojrzewającą miłosną tkankę niż obostrzenia innych – starych – roślin, w domyśle: oplatającego bluszczu, jakim są rodzice.

Musimy pamiętać, że pod wysokim drzewem roślina doświadcza cienia, musi więc szukać innych pokrętnych ścieżek, i że to najzdrowsze, co może zrobić dla organizmu, którym jest i którym się staje.

Często jako rodzice jesteśmy rozedrgani i zaniepokojeni drogami oraz rozwiązaniami, które nasze dzieci na sobie testują i, rzecz jasna, nie sposób tego lekceważyć. Wsparcia potrzebują obie strony – to niewątpliwe.
W jaki sposób wspierać więc młode osoby, żeby dojrzewały i budowały swoje życie w oparciu o bliskie relacje miłosne, jednocześnie nie raniąc się nadmiernie? I jak w tym mają przetrwać rodzice, którzy niosą z sobą własne błędy i nieukojenia?

Kiedy patrzysz na swoje dorastające dziecko z perspektywy osobistego doświadczenia, twoje rany, które nie zdołały przekształcić się w blizny, są jednym z pierwszych znaczących zagrożeń. Miłość to zawsze cała intensywność i jaskrawość uczuć, wyborów, dylematów, największa tajemnica, alchemiczna mieszanka, która wciąga w swój wir.
Młody człowiek szuka w niej różnych rzeczy, ale przede wszystkim szuka siebie. W kryzysie przemian i stawania się osobą dorosłą, odrębną, w przejściu przez warstwy dorastania, potrzebne jest mądre towarzyszenie dorosłego, dostępne i dostrojone bycie w zasięgu ręki.
Żeby dorosły mógł taką rolę pełnić, jego własne sprawy i wahania muszą mieć na tyle uregulowany charakter, żeby w tym, co mówi i robi, była jakaś względnie uczciwa spójność. Pamiętajmy, że nikt tak wyraźnie nie widzi naszych dualizmów, spraw ukrywanych przed samym sobą, hipokryzji przykrywanej płaszczykiem moralizatorskim jak nasze latorośle. To są prawdziwi szpiedzy z krainy autentyczności. Stając się sobą, muszą zdezaktualizować i rozbroić świat skostniałych struktur, nabudowanych na niespełnionych nadziejach, dlatego wyczują każdą niespójność. Wyniuchają i zaatakują, możemy być pewni. To są właśnie te momenty, kiedy w starciu z własnymi dziećmi brakuje nam słów, a ich komentarze trafiają w punkty tak czułe, że zapierają nam dech.

It’s ok, not to feel ok

Jak być wystraczająco mądrym doradcą, zwłaszcza, kiedy sami nie ułożyliśmy sobie tego życia wzorcowo? Współczesne rodziny mają bardzo zróżnicowane struktury: od samotnych rodziców poprzez opiekę mieszaną, aż po rodziny patchworkowe. W każdej z nich widać, że jakiś system miłosny nie zadziałał w sposób właściwy, czy zgodny z oczekiwaniami, że my jako dorośli również często się myliliśmy i podejmowaliśmy rozmaite próby.

Myślę, że kluczowy przekaz jest taki: jeśli nawet kochasz i cierpisz, jeśli nie uda ci się stworzyć dobrej relacji z osobą, w której lokujesz uczucia, wiedz, że to nie jest koniec świata, że możesz na mnie liczyć zawsze i w każdej sytuacji.

W końcowej scenie filmu Luci Guadagnino Tamte dni, tamte noce, ojciec mówi do syna: „To, jak żyjesz, to twoja sprawa. Po prostu pamiętaj: nasze serca i ciała to jednorazowy podarunek. Zanim się zorientujesz, twoje serce jest zużyte. A twoje ciało? Przychodzi taki moment, że nikt na nie nie patrzy. A już na pewno nie chce się zbliżyć. W tej chwili czujesz ból i rozgoryczenie. Nie wyzbywaj się ich. Wraz z nimi jest radość, którą czułeś”.

Ta scena porusza właśnie dlatego, że każdy z nas potrzebował kiedyś usłyszeć, że to jest w porządku czuć się nie ok z powodu miłości. It’s ok not to feel ok. Jestem z tobą niezależnie od tego, co wybierzesz i w jaki sposób to się potoczy. Będę na ciebie czekać i łapać cię w chwilach, które będą dla ciebie turbulentne. Taka sytuacja nie musi być wypowiedziana wprost, ale jeśli jesteś rodzicem, który widzi, że dziecko wchodzi w związek powodujący cierpienie, obezwładniający i przeciążający go emocjonalnie, warto sprawdzić, czy jesteś w stanie je wspierać z tego miejsca, w którym sam/sama się znajdujesz, czy może dobrze będzie udać się po wsparcie dla siebie i tym samym zamodelować pewien rodzaj rzeczywistości, w której nikt nie musi być sam z tym, co przeżywa. Tutaj obowiązuje zasada maski z tlenem w samolocie. Najpierw zakładasz ją sobie, a potem pomagasz innym, zwłaszcza tym, którzy są od ciebie zależni. Dzięki temu czasem jako rodzice jesteśmy w stanie w porę zareagować.
Zdarzają się sytuacje tak mocne i pełne cierpienia, że wymagają naszej zdecydowanej reakcji i zaopiekowania. Pamiętajmy, że właśnie tego oczekują od nas dzieci, nie zawsze sobie to uświadamiając; wysyłają sygnały S.O.S na różne sposoby. Dzieci zamykają się na długo w swoim pokoju, nie chcą rozmawiać, odmawiają chodzenia do szkoły czy jedzenia. Widzimy, że na dłużej niż zwykle tracą zainteresowanie tym, co dotychczas sprawiało im przyjemność. Kaleczenie ciała i komunikowanie – nawet w złości – że nie chce się im żyć, to sygnały ostatecznie bardzo wyraźne. Nie bójmy się w tym momencie przejąć sterów, nawet wtedy, gdy dziecko będzie na nas za to wściekłe. Każda sytuacja, która sugeruje zagrożenie życia i zdrowia jest wołaniem o pomoc, a tą pomocą będzie zgłoszenie się do lekarza czy psychoterapeuty. Najważniejsze to dać dziecku do zrozumienia, że cokolwiek się stanie, jesteśmy w tym razem.

Do jakiego świata wychowujemy nasze dzieci? Do jakiego rodzaju romantycznej gry ich zachęcamy?

„W maszynerii miłości coś się rozstroiło” jak pisze Tomasz Szlendak w swojej najnowszej książce Miłość nie istnieje. Miłość jako społeczny mechanizm służący do wiązania nas w pary odchodzi do lamusa, a miłość romantyczna nie jest w stanie podołać swemu zadaniu. W jaki sposób tego jednorożca tropią młodzi ludzie, w tym nastolatki, wkraczające w ten rozpadający się dyskurs?
To kwestia pokolenia – ludzie, urodzeni po 2015 roku, w swej strukturze doświadczeniowej niosą pandemię, kryzys klimatyczny i nową wojnę. Faktycznie, nie jesteśmy już w stanie określić, jaka przyszłość ich czeka, pojawiają się jakieś widma, które zarysowują nasze niepokoje. Ale nasze poczucie, że sensowne jest budowanie czegoś trwałego i stabilnego, zmieniło się.
Nastolatki intuicyjnie to rozumieją – ich relacje nie chcą być nazwane, bo nazwanie zamyka, a one potrzebują przestrzeni, żeby sprawdzać.

Być może więc „dziwność” jest dziś najbardziej adekwatną formą zdrowia psychicznego – zdolnością do życia bez ostatecznych odpowiedzi.

Właśnie w ten krajobraz wpisuje się słowo spektrum, często obecne dzisiaj w narracji neurobiologicznej czy diagnostycznej. Można powiedzieć, że na poziomie metafory bycie w spektrum opisuje świat, w którym zasady gry nie są określone wspólnymi normami.
Spotykam się z określeniem: „nasz związek jest w spektrum”, co mniej więcej oznacza otwartość na wszystkie te wymiary, które się w nim wyłonią. Dziwność czy queerowość, o której mowa, nie jest odstępstwem od normy – bo norma przestała być punktem odniesienia. Jest raczej językiem adaptacji do świata, który sam wymknął się definicjom. To, co kiedyś było „inne”, dziś staje się sposobem bycia w rzeczywistości, która nie oferuje stabilnych tożsamości. Queerowość można tu rozumieć szerzej niż tylko kategorię tożsamości seksualnej – jako postawę wobec świata. Odmowę wpisania się w sztywne formy. Zgodę na płynność, nieoczywistość, bycie „w trakcie”.
To może przerażać rodziców, bo bardzo odbiega od zakresu możliwych form istnienia, w których oni dorastali. To istotne, żebyśmy ten odwieczny międzypokoleniowy konflikt rozumieli jako zjawisko rozwojowe, konieczne dla budowania się młodzieńczej tożsamości.

Młodzież jest zdecydowanie bardziej skłonna do eksperymentowania z różnymi tożsamościami płciowymi, co nie jest jej „wymysłem” tylko realnym doświadczeniem psychicznym.

W dodatku te wstępne identyfikacje płciowe nie muszą być trwałe, mogą się zmieniać w ramach różnych okoliczności i jest to zupełnie zdrowe, choć rodziców może przyprawiać o zawrót głowy. A młodzi właśnie w ten sposób sprawdzają, co jest dla nich dobre, co właściwe, co im sprawia przyjemność, i w jaki sposób chcą budować siebie. Ważne, żeby ich w tej kruchości i poszukiwaniu sensu nie zawstydzać.

Moratorium to nie taki zespół

Erik Erikson opisywał adolescencję jako czas moratorium psychospołecznego – zawieszenia pomiędzy rolami, eksperymentowania bez pełnej odpowiedzialności. Dorastanie to moment, w którym jednostka ma prawo nie wiedzieć. Ma prawo próbować, zmieniać, wycofywać się, zaczynać od nowa. Problem polega na tym, że współczesny świat coraz mniej toleruje to zawieszenie. Wymaga deklaracji, określenia się, zdefiniowania – podczas gdy rozwój potrzebuje właśnie przestrzeni nieokreśloności.
Miłość w tym czasie jest jednym z głównych laboratoriów tego eksperymentu. To w niej młody człowiek testuje: kim jestem w relacji? Ile mogę ci dać? Ile mogę stracić? Czy jestem w stanie przetrwać odrzucenie?
Bycie nastolatkiem to znak, że właśnie wyruszyłeś w drogę pełną wyboistych przygód, gdzie zmagasz się z niepewnością co do własnej wartości, a w relacjach przeżywasz dysonans między swoimi potrzebami a potrzebami przynależności, tym, co dostajesz od obiektu miłosnego.

Badanie nad przywiązaniem

Jako rodzice możemy też mieć świadomość, że to, w jaki sposób nasze dzieci przeżywają relacje, zależy od wyjściowego stylu przywiązania (sposobu radzenia sobie z emocjonalną bliskością), które kształtują się właśnie w kontekście atmosfery emocjonalnej domu i rodziny. Im bardziej niepewne przywiązanie, tym więcej niekonstruktywnych strategii przeżywa młody człowiek, kiedy się zakocha. Można nawet powiedzieć, że pokaż mi, jak się zakochujesz, a opowiem ci twoją historię. Styl przywiązania organizuje doświadczenie miłości.
Współczesne modele psychologii rozwojowej jasno wskazują na te powiązania. Nastolatek buduje nieświadome przekonania (wewnętrzne modele operacyjne): „Czy jestem wart miłości”?, „Czy inni są dostępni i wspierający”? – a to staje się bazą dla wszystkich późniejszych relacji.

Te przekonania wpływają z kolei na sposób, w jaki nastolatki regulują emocje (co się z nimi dzieje, kiedy się do kogoś zbliżą): „styl bezpieczny” umożliwia tolerowanie, rozpoznawanie i komunikowanie emocji, a bliską osobę postrzega jako źródło wsparcia. „Styl lękowy” przeżywa emocje z większą intensywnością, z trudem umie je wyciszyć, co przekłada się na coś w rodzaju „emocjonalnej huśtawki” i silnego lęku przed odrzuceniem. „Styl unikający” prezentują osoby wycofujące się, zaprzeczające swoim potrzebom relacyjnym i przeżywające miłość jako kontrolę nad ich własną autonomią.
W okresie adolescencji mamy do czynienia z nasilonymi przejawami mieszanki stylu lękowego i unikającego. Warto pamiętać o tym, że te modulacje są odwracalne, i że w zależności od tego w jaki sposób jako dorośli jesteśmy obecni, mamy ogromną moc sprawczą, by dzieci rozwijały bliskość w oparciu o zaufanie.

Siedząc spokojnie w drugim rzędzie

Będąc rodzicem nastka/nastki musisz cierpliwie siedzieć w drugim rzędzie, czasem w niewidzialnym kręgu. Warto mieć wokół siebie stado innych rodziców, którzy złapią cię za ręce. Trzeba też wiedzieć, że nadejdzie czas, że twoje dziecko nie będzie reagowało na ciebie „oksytocynowo”, że zmieni zapach. To ważny znak dla starego mózgu. Sygnał rozpoczęcia podróży. Z „domu – domu” do „domu – świat”. Dziecko zmienia kształty i rodzic zmienia kształty. To bolesne. Ale konieczne.

Może więc nie chodzi o to, żeby uchronić nasze nastolatki przed bólem. Ani o to, żeby nauczyć ich kochać „lepiej”, „mądrzej”, „bezpieczniej”. Może chodzi o coś znacznie trudniejszego: o to, by wytrzymać ich stawanie się.

Wytrzymać to, że ich miłość nie jest naszą miłością. Że ich język relacji wymyka się naszym definicjom. Że ich wybory prowadzą przez miejsca, których sami kiedyś baliśmy się dotknąć, albo w których utknęliśmy.
Być obok, kiedy budują i kiedy się rozpadają. Nie przyspieszać. Nie poprawiać. Nie odbierać im doświadczenia pod pozorem troski. Zgodzić się na to, że miłość – ta pierwsza, druga, kolejna – nie jest projektem do zarządzania, tylko żywym procesem, który ich tworzy. I jednocześnie mieć odwagę zobaczyć, że w tej samej chwili oni tworzą nas.
Bo kiedy nastolatek kocha, świat na chwilę zatrzymuje się w punkcie najwyższego napięcia:
między tym, co było, a tym, co dopiero się wydarzy. Jeśli mamy naprawdę im coś dać, to nie gotowe odpowiedzi, tylko obecność, która mówi: „możesz iść”. Możesz się zgubić. Możesz zawsze wracać. Ja tu jestem. Nie po to, żeby wiedzieć lepiej, tylko po to, żebyś nie był w tym sam.

 

Czytaj więcej